Gdzie ta fabuła?
Jakaś fabuła jest zawsze. Czasem już od samego początku wiemy do czego książka będzie zmierzać. Czy to do szczęścia homoseksualnej pary czy do śmierci na krześle elektrycznym nazywanym czule "Starą Iskrówą". Czasem jednak nie do końca możemy być tego pewni.
Przeczytałam "Smażone zielone pomidory" od Fannie Flagg i z wielką przyjemnością stwierdziłam, że to coś całkiem innego, a jednocześnie fantastycznego. Ktoś, bodajże na Lubimy czytać napisał, że ta książka po prostu przytula. I się zgodziłam. Nawet jeśli działo się coś złego z bohaterami, to nie kończyło się źle. Bo to, że ktoś straci kawałek ramienia nie jest przecież końcem życia. To, że dzieci chętnie popatrzą na umarlaka w trumnie to przecież też nic nadzwyczajnego. Naturalna część życia, ciekawość. Okradanie pociągów? Przecież biedni też muszą jeść. Książka Flagg pokazuje również dość dobrze jak traktowano kiedyś czarnoskórych mieszkańców Ameryki. Narzucano im ciężkie restrykcje, które jednak nie znajdowały zastosowania w drugą stronę. Dwuznaczne uczucia wzbudzała sprawa zaginięcia(/śmierci) męża Ruth. No, bo przecież też skończyło się dobrze, nie? Czy nie?
Nie wiem jak to wyjaśnić. Fabuła jest zawsze. Układ zdarzeń w świecie przedstawionym. Jest. W książce Flagg wszystko jest jednak przemieszane, poszatkowane. Dowiadujemy się co działo się kiedyś ("Tygodnik Dot Weems" - pod tym kątem bardzo zabawny, w szczególności jej druga połowa ;) w Whistle Stop. Te wydarzenia przeplatają się z rozmowami, które w domu dla staruszków prowadzą dwie inne kobiety. Przeszłość jednej z niej i teraźniejszość drugiej też interesują czytelnika i wywołują uśmiech na twarzy. Nie, nie chodzi tutaj o to, że ta powieść to same heheszki. Jest to jednak pozytywna i ciepła historia pokazująca, że podziałami nie dojdzie się do niczego. Że nie można nikogo skreślać. Należy mieć przyjaciół, ale należy mieć też własne zdanie. Należy wierzyć w siebie i swoje siły. Należy kochać świat.
Tak, lubię czytać takie książki. Trudno mi w nie wierzyć. W ten światopogląd. W to, że świat może być dobry. Pandemia, zamęczane zwierzęta w schroniskach i na trasach turystycznych, konflikty zbrojne, koniec urlopu. "Smażone zielone pomidory" to jednak piękna bajka dla dorosłych, która przytula czytelnika i zostaje z nim na długo.
____________________________
A w Toruniu było fajnie. Kopernik miał maseczkę, koty w Neko Cafe nie były dość entuzjastycznie nastawione do głaskania, a wypiek pierników w Żywym Muzeum Piernika poszedł pozytywnie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane. Pokaż wszystkie posty
18 lip 2020
11 cze 2020
"Księgarenka w Big Stone Gap" - W. Welch.
Kiedy tak siedzę i zastanawiam się co napisać, bo o dobrych książkach trudno pisać, Małż podpowiada, że: "książka była fajna". Koniec.
Można to tak ująć, najprościej i najnormalniej.
Nie odda to jednak całej przyjemności z jej czytania. Każdego uśmiechu jaki dzięki niej zagościł na mojej twarzy i tego jak optymistycznie ta historia potrafiła mnie nastroić.
Małżeństwo, Jack i Wendy Welch, postanowiło porzucić swoje miejsca w wyścigu szczurów. Nie nadawali się do tego. Zamiast stawiać się co rano w biurze zainwestowali resztę swoich oszczędności w dom w którym postanowili urządzić księgarnię z używanymi książkami.
Sam ten pomysł wydaje się bajeczny. Czytając książkę niejednokrotnie ma się ochotę z nimi tam popracować, pomóc w prowadzeniu interesu i wsiąknąć w społeczność jaką wokół siebie zgromadzili. Ma się ochotę rzucić to wszystko w cholerę i założyć własną księgarnię, raz się żyje.
Na początku nie wydaje się by to mogło się udać. Nie mają biznes planu. Nie mają zbyt wiele pieniędzy. Mają dom i swój własny zbiór książek, które przeglądają by mieć coś na start. Ale to mało. Ruszją więc na tak popularne w Ameryce wyprzedaże garażowe by szukać i kupować książki, które później będą mogli odsprzedawać. Próbują rozreklamować swoją księgarnię, co na początku idzie im marnie. Muszą się mierzyć z mało przychylnymi opiniami miejscowych, którzy nie pokładają w nich zbyt wielkich nadziei. Są obcy, posiedzą pewnie trochę i się zwiną. Małżeństwo swoją pracą i uporem udowadnia jednak, że to nie jest prawdą. Budują wokół siebie społeczność ludzi, których ciągnie do kultury. Organizują im wieczorne zajęcia, angażują się w ich codzienność. Odnoszą sukces dzięki uporowi, pogodzie ducha i szczęściu.
Tak, wszystko to może wydawać się takie cukierkowe i nieprawdopodobne. Może i takie jest, ale nie potrafię spojrzeć na tą książkę krytycznie. Bo dlaczego mam się czepiać, że to trochę chyba naciągane, że w tej historii nie ma jakiś większych momentów zwątpienia czy gorszych chwil bohaterów. Cóż, nie wydaje mi się by to było potrzebne. Ta historia ma nas wyciągać z dołka, pokazywać, że się da i przywracać wiarę w człowieka.
Nawet ja, typowy odludek, momentami chciałam do nich wszystkich dołączyć i coś od siebie dać. Nic w tym złego.
Książka podzielona jest na rozdziały w których autorka porusza różnorakie tematy, od wyboru i wyceny książek po objazdy podobnych księgarń w okolicy. Welch pisze niezwykle lekko, podczas czytania ma się wrażenie, że słucha się opowieści dobrej znajomej przy kawie. Jest przy tym bardzo zabawna i mądra.
Jest to doskonała lektura dla osób, które kochają książki. W książce o książkach książki są obracane we wszystkie strony. Nawet stare encyklopedie, które już dawno straciły na ważności mogą się ponownie przydać, choćby na zajęciach z rękodzieła. Welch pisze o rzeczach, które rozczulają, np. jeśli komuś spłonie dom, a miał w nim książki bardzo często zaglądając do księgarni na początek odbudowy biblioteczki wybiera swoją ulubioną książkę z dzieciństwa. Są trudne rozmowy z ludźmi, którzy oddają książki po osobach, które zmarły, lub z którymi musiały się rozstać. Pisze też o rzeczach śmiesznych (trudno u nich znaleźć niektóre pstryczki od światła, bo zasłaniają je książki) i o takich o których się nie myśli, kiedy to przyświeca nam nowa wspaniała idea, która musi, po prostu musi się udać.
Wendy Welch pokazała, że jej zawodowa droga nie sprowadza się tylko do handlowania książkami. Czasem trzeba kogoś wysłuchać, komuś pomóc, pogadać, zrobić herbatę. Wraz ze swoim mężem podjęła ryzyko. Wiele ze swojego domu oddali książkom i zamiast stracić ogromnie zyskali. Są zadowoleni ze swojego życia i szczęśliwi. Oparli się naporowi ebooków czy książek z Amazona.
Muszę ją mieć w wersji papierowej.
Można to tak ująć, najprościej i najnormalniej.
Nie odda to jednak całej przyjemności z jej czytania. Każdego uśmiechu jaki dzięki niej zagościł na mojej twarzy i tego jak optymistycznie ta historia potrafiła mnie nastroić.
Małżeństwo, Jack i Wendy Welch, postanowiło porzucić swoje miejsca w wyścigu szczurów. Nie nadawali się do tego. Zamiast stawiać się co rano w biurze zainwestowali resztę swoich oszczędności w dom w którym postanowili urządzić księgarnię z używanymi książkami.
Sam ten pomysł wydaje się bajeczny. Czytając książkę niejednokrotnie ma się ochotę z nimi tam popracować, pomóc w prowadzeniu interesu i wsiąknąć w społeczność jaką wokół siebie zgromadzili. Ma się ochotę rzucić to wszystko w cholerę i założyć własną księgarnię, raz się żyje.
Na początku nie wydaje się by to mogło się udać. Nie mają biznes planu. Nie mają zbyt wiele pieniędzy. Mają dom i swój własny zbiór książek, które przeglądają by mieć coś na start. Ale to mało. Ruszją więc na tak popularne w Ameryce wyprzedaże garażowe by szukać i kupować książki, które później będą mogli odsprzedawać. Próbują rozreklamować swoją księgarnię, co na początku idzie im marnie. Muszą się mierzyć z mało przychylnymi opiniami miejscowych, którzy nie pokładają w nich zbyt wielkich nadziei. Są obcy, posiedzą pewnie trochę i się zwiną. Małżeństwo swoją pracą i uporem udowadnia jednak, że to nie jest prawdą. Budują wokół siebie społeczność ludzi, których ciągnie do kultury. Organizują im wieczorne zajęcia, angażują się w ich codzienność. Odnoszą sukces dzięki uporowi, pogodzie ducha i szczęściu.
Tak, wszystko to może wydawać się takie cukierkowe i nieprawdopodobne. Może i takie jest, ale nie potrafię spojrzeć na tą książkę krytycznie. Bo dlaczego mam się czepiać, że to trochę chyba naciągane, że w tej historii nie ma jakiś większych momentów zwątpienia czy gorszych chwil bohaterów. Cóż, nie wydaje mi się by to było potrzebne. Ta historia ma nas wyciągać z dołka, pokazywać, że się da i przywracać wiarę w człowieka.
Nawet ja, typowy odludek, momentami chciałam do nich wszystkich dołączyć i coś od siebie dać. Nic w tym złego.
Książka podzielona jest na rozdziały w których autorka porusza różnorakie tematy, od wyboru i wyceny książek po objazdy podobnych księgarń w okolicy. Welch pisze niezwykle lekko, podczas czytania ma się wrażenie, że słucha się opowieści dobrej znajomej przy kawie. Jest przy tym bardzo zabawna i mądra.
"Wierzcie mi, najbardziej przerażające, najtrudniejsze, najsmutniejsze i najważniejsze historie, jakie można znaleźć w księgarni, nie kryją się w książkach, ale w klientach."
"Po lewej będziesz miał ogólną beletrystykę i poezję, książki o sztuce i fotografii, science fiction, fantasy oraz romanse paranormalne (wilkołaki, wampiry i demony, o Boże, albo, jak je nazywa Jack "przygody z sierścią i kłami")."
Jest to doskonała lektura dla osób, które kochają książki. W książce o książkach książki są obracane we wszystkie strony. Nawet stare encyklopedie, które już dawno straciły na ważności mogą się ponownie przydać, choćby na zajęciach z rękodzieła. Welch pisze o rzeczach, które rozczulają, np. jeśli komuś spłonie dom, a miał w nim książki bardzo często zaglądając do księgarni na początek odbudowy biblioteczki wybiera swoją ulubioną książkę z dzieciństwa. Są trudne rozmowy z ludźmi, którzy oddają książki po osobach, które zmarły, lub z którymi musiały się rozstać. Pisze też o rzeczach śmiesznych (trudno u nich znaleźć niektóre pstryczki od światła, bo zasłaniają je książki) i o takich o których się nie myśli, kiedy to przyświeca nam nowa wspaniała idea, która musi, po prostu musi się udać.
Wendy Welch pokazała, że jej zawodowa droga nie sprowadza się tylko do handlowania książkami. Czasem trzeba kogoś wysłuchać, komuś pomóc, pogadać, zrobić herbatę. Wraz ze swoim mężem podjęła ryzyko. Wiele ze swojego domu oddali książkom i zamiast stracić ogromnie zyskali. Są zadowoleni ze swojego życia i szczęśliwi. Oparli się naporowi ebooków czy książek z Amazona.
![]() |
| Wendy i Jack Welch |
Muszę ją mieć w wersji papierowej.
8 kwi 2020
Historie dwóch kobiet.
Tak się złożyło, że czytając i słuchając ostatnio książek trafiłam na dwie kompletnie inne bohaterki. Dwie inne sytuacje.
Podobał mi się ten rozdźwięk między nimi. Myślałam sobie o jednej i drugiej. Jedna z nich w pewnym sensie trochę mnie bawiła, a druga budziła dość mieszane uczucia. Ta jedna była kreowana na bardzo konkretną, pewną siebie kobietę. Miała być taka zła, bardzo zła... Tak koszmarnie zła, że aż chce kogoś zabić w ramach zemsty. Ta druga jest zagubioną, zmęczoną, zrozpaczoną młodą matką, która nie może sobie poradzić z dzieckiem i tak trochę chyba z samą sobą.
Pierwsza bohaterka, ta do szczętu zła to "Dziewczyna zwana Jane Doe". Dlaczego mnie bawiła? No cóż, akcja książki krąży wokół motywu zemsty i tego kim jest Jane. A jest ona jak sama wielokrotnie zauważa i podkreśla - socjopatką. Poznajemy historię z perspektywy osoby pierwszej, więc wiemy doskonale co o sobie myśli i mówi Jane. Bohaterka poświęca swój czas na zemstę. Jej celem staje się Steven, bucowaty, dwulicowy facet, który na sam skraj popchnął najlepszą przyjaciółkę Jane. Meg popełnia samobójstwo. Nasza bohaterka planuje słodką zemstę, tworzy sobie drugą tożsamość, podejmuje pracę w tym samym biurze co Steve, a robi to tylko po to by go zabić. Czekałam z utęsknieniem, aż w końcu to się stanie i nic z tego nie wyszło, niestety. Zemsta jednak się dopełnia, Jane osiąga spokój ducha i rozpoczyna nowy rozdział życia.
Druga z książek to jak przewijanie kasety wideo od tyłu. "Gdzie jest Mia" opowiada historię Estelle. Jak wspominałam, Estelle jest młodą matką, która bardzo martwi się o swoją córeczkę. Jest przewrażliwiona i wyczerpana. Zostawiona sama sobie traci nad wszystkim kontrolę, aż w końcu pewnego dnia odkrywa, że Mia jak i wszystko co było z nią związane znika z mieszkania. Estelle traci pamięć, a my śledzimy drogę jaką przebywa by odzyskać i siebie i swoją córkę. Bo czy to ona jest winna? Skąd krew? A rana postrzałowa? Gdzie jest Mia? Dlaczego Estelle skończyła w rozbitym w wąwozie samochodzie?
Jeśli bym miała zdecydować, która z książek była lepsza trudno by mi było wskazać. Jedna i druga miała swoje plusy jak i minusy. Zależy kto co lubi czytać. Jednych urzeknie historia zagubionej w sobie i w czasie Estelle walczącej o zdrowie i córkę. Drudzy będą kibicować Jane, która z zimną krwią planować będzie zemstę. Rozczaruje ich jednak to, że tej krwawej vendetty nie będzie. Mnie osobiście to bardzo zirytowało. Bo, och, ona taka zła, tak jej się podobają ślady jakie nóż zostawia na gardle Stevena... A może odetnie mu coś innego? A może, może...
W drugim przypadku wina leży po mojej stronie. Nie umiem się odnaleźć w bohaterce, ani też nawiązać z nią nici porozumienia. Śledziłam jej losy z ciekawością, ale fabuła nie zapierała tchu jak można by się spodziewać po tych okładkowych zapowiedziach.
Nie mogę powiedzieć, że polecam, ale nie mogę też powiedzieć, że to jakieś złe książki, które należy z dala omijać.
"Gdzie jest Mia" jest odhaczeniem punktu rocznego wyzwania. Występuje jako 'książka która była nieprzeczytana na twojej półce najdłużej'. Zabierałam się za nią już kilka lat aż wreszcie się stało i jest przeczytana.
Podobał mi się ten rozdźwięk między nimi. Myślałam sobie o jednej i drugiej. Jedna z nich w pewnym sensie trochę mnie bawiła, a druga budziła dość mieszane uczucia. Ta jedna była kreowana na bardzo konkretną, pewną siebie kobietę. Miała być taka zła, bardzo zła... Tak koszmarnie zła, że aż chce kogoś zabić w ramach zemsty. Ta druga jest zagubioną, zmęczoną, zrozpaczoną młodą matką, która nie może sobie poradzić z dzieckiem i tak trochę chyba z samą sobą.
Pierwsza bohaterka, ta do szczętu zła to "Dziewczyna zwana Jane Doe". Dlaczego mnie bawiła? No cóż, akcja książki krąży wokół motywu zemsty i tego kim jest Jane. A jest ona jak sama wielokrotnie zauważa i podkreśla - socjopatką. Poznajemy historię z perspektywy osoby pierwszej, więc wiemy doskonale co o sobie myśli i mówi Jane. Bohaterka poświęca swój czas na zemstę. Jej celem staje się Steven, bucowaty, dwulicowy facet, który na sam skraj popchnął najlepszą przyjaciółkę Jane. Meg popełnia samobójstwo. Nasza bohaterka planuje słodką zemstę, tworzy sobie drugą tożsamość, podejmuje pracę w tym samym biurze co Steve, a robi to tylko po to by go zabić. Czekałam z utęsknieniem, aż w końcu to się stanie i nic z tego nie wyszło, niestety. Zemsta jednak się dopełnia, Jane osiąga spokój ducha i rozpoczyna nowy rozdział życia.
Druga z książek to jak przewijanie kasety wideo od tyłu. "Gdzie jest Mia" opowiada historię Estelle. Jak wspominałam, Estelle jest młodą matką, która bardzo martwi się o swoją córeczkę. Jest przewrażliwiona i wyczerpana. Zostawiona sama sobie traci nad wszystkim kontrolę, aż w końcu pewnego dnia odkrywa, że Mia jak i wszystko co było z nią związane znika z mieszkania. Estelle traci pamięć, a my śledzimy drogę jaką przebywa by odzyskać i siebie i swoją córkę. Bo czy to ona jest winna? Skąd krew? A rana postrzałowa? Gdzie jest Mia? Dlaczego Estelle skończyła w rozbitym w wąwozie samochodzie?
Jeśli bym miała zdecydować, która z książek była lepsza trudno by mi było wskazać. Jedna i druga miała swoje plusy jak i minusy. Zależy kto co lubi czytać. Jednych urzeknie historia zagubionej w sobie i w czasie Estelle walczącej o zdrowie i córkę. Drudzy będą kibicować Jane, która z zimną krwią planować będzie zemstę. Rozczaruje ich jednak to, że tej krwawej vendetty nie będzie. Mnie osobiście to bardzo zirytowało. Bo, och, ona taka zła, tak jej się podobają ślady jakie nóż zostawia na gardle Stevena... A może odetnie mu coś innego? A może, może...
W drugim przypadku wina leży po mojej stronie. Nie umiem się odnaleźć w bohaterce, ani też nawiązać z nią nici porozumienia. Śledziłam jej losy z ciekawością, ale fabuła nie zapierała tchu jak można by się spodziewać po tych okładkowych zapowiedziach.
Nie mogę powiedzieć, że polecam, ale nie mogę też powiedzieć, że to jakieś złe książki, które należy z dala omijać.
"Gdzie jest Mia" jest odhaczeniem punktu rocznego wyzwania. Występuje jako 'książka która była nieprzeczytana na twojej półce najdłużej'. Zabierałam się za nią już kilka lat aż wreszcie się stało i jest przeczytana.
3 mar 2020
To i owo od B. A. Paris.
Ponieważ targi książki zbliżają się wielkimi krokami niedawno wzięłam do ręki książkę B.A. Paris "Pozwól mi wrócić". Przywiozłam ją właśnie z targów, z książkowej wymiany rok temu. Pamiętam, że jej okładka zdobiła wtedy wystawy księgarń, a ja na wymianie wzięłam ją w gruncie rzeczy niechętnie, bo pierwsza książka tej autorki którą miałam okazję przeczytać nie podobała mi się.
Reklamowany ostatnio "Dylemat" czeka na swoją premierę i postanowiłam nadrobić twórczość Paris, po pierwsze by w końcu wyrobić sobie zdanie, a po drugie by zepchnąć jej książkę ze stosu hańby.
Zaraz kiedy skończyłam czytać zaczęłam też słuchać audiobooka. "Na skraju załamania" to książka numer dwa, książka pośrednia, która ukazała się pomiędzy "Za zamkniętymi drzwiami" a "Pozwól mi wrócić".
Niestety nie pomogło mi to w wyrobieniu sobie opinii, bo to nie było łatwe.
W "Pozwól mi wrócić" mamy do czynienia z mężczyzną, który stracił ukochaną. Stracił w takim sensie, że zaginęła. Z biegiem czasu nasz Fin związał się z siostrą swej byłej partnerki. Planują ślub, życie im się układa, oboje jakoś pogodzili się ze stratą. Oczywiście pewnego dnia to wszystko przestaje być takie piękne.
"Na skraju załamania" opowiada o Cass, która pechowo wybiera drogę powrotną do domu. Widzi stojący w zatoczce samochód i choć wykazuje chęci to jednak nie pomaga parkującej w lesie kobiecie. Konsekwencje tego co wydarzyło się później bardzo komplikują życie bohaterki i spychają ją, no... Na sam skraj załamania.
I która lepsza?
Cóż, bez wahania powiem, że historia Cass przemówiła do mnie o wiele bardziej niż Fin i jego znikająca Layla.
W tej książce był ten dreszczyk, to coś co sprawiało, że rzucało się lekko zaniepokojone spojrzenia na otoczenie i zastanawiało się czy aby wszystko się dobrze pamięta, bo pamięć jest w tu dość istotnym elementem układanki. Paris pokazała jak łatwo można zmanipulować człowieka, który przypuszcza, że posiada pewne obciążenia chorobowe z poprzedniego pokolenia. Bohaterka popadała w paranoję, a ja razem z nią.
W tym przypadku identyfikacja z bohaterem nie jest czymś miłym.
W historii Fina i Layli już nie było tego napięcia. Niby intryga się snuła, kolejne podejrzane wydarzenia miały miejsce, ale to już zdecydowanie nie było to. Czytałam książkę z chęcią, bo byłam ciekawa zakończenia, ale budziła we mnie zdecydowanie mniejsze emocje niż ta, której słuchałam później. Zakończenia ich obu nie wbiły mnie w fotel, ale o wiele lepiej oceniam "Na skraju załamania" choćby przez to co zakończenie poprzedzało.
Pozostaje czekać na to co przyniesie ze sobą "Dylemat". Wydawnictwo Albatros organizuje w sobotę spotkanie z Paris na którym będzie można przedpremierowo nabyć jej najnowszą książkę i dostać autograf, więc i o tą najnowszą pozycje odpowiednio zadbam czytając ją i starając się osądzić czy Paris dla mnie w końcu pisze fajnie czy nie.
Reklamowany ostatnio "Dylemat" czeka na swoją premierę i postanowiłam nadrobić twórczość Paris, po pierwsze by w końcu wyrobić sobie zdanie, a po drugie by zepchnąć jej książkę ze stosu hańby.
Zaraz kiedy skończyłam czytać zaczęłam też słuchać audiobooka. "Na skraju załamania" to książka numer dwa, książka pośrednia, która ukazała się pomiędzy "Za zamkniętymi drzwiami" a "Pozwól mi wrócić".
Niestety nie pomogło mi to w wyrobieniu sobie opinii, bo to nie było łatwe.
W "Pozwól mi wrócić" mamy do czynienia z mężczyzną, który stracił ukochaną. Stracił w takim sensie, że zaginęła. Z biegiem czasu nasz Fin związał się z siostrą swej byłej partnerki. Planują ślub, życie im się układa, oboje jakoś pogodzili się ze stratą. Oczywiście pewnego dnia to wszystko przestaje być takie piękne.
"Na skraju załamania" opowiada o Cass, która pechowo wybiera drogę powrotną do domu. Widzi stojący w zatoczce samochód i choć wykazuje chęci to jednak nie pomaga parkującej w lesie kobiecie. Konsekwencje tego co wydarzyło się później bardzo komplikują życie bohaterki i spychają ją, no... Na sam skraj załamania.
I która lepsza?
Cóż, bez wahania powiem, że historia Cass przemówiła do mnie o wiele bardziej niż Fin i jego znikająca Layla.
W tej książce był ten dreszczyk, to coś co sprawiało, że rzucało się lekko zaniepokojone spojrzenia na otoczenie i zastanawiało się czy aby wszystko się dobrze pamięta, bo pamięć jest w tu dość istotnym elementem układanki. Paris pokazała jak łatwo można zmanipulować człowieka, który przypuszcza, że posiada pewne obciążenia chorobowe z poprzedniego pokolenia. Bohaterka popadała w paranoję, a ja razem z nią.
W tym przypadku identyfikacja z bohaterem nie jest czymś miłym.
W historii Fina i Layli już nie było tego napięcia. Niby intryga się snuła, kolejne podejrzane wydarzenia miały miejsce, ale to już zdecydowanie nie było to. Czytałam książkę z chęcią, bo byłam ciekawa zakończenia, ale budziła we mnie zdecydowanie mniejsze emocje niż ta, której słuchałam później. Zakończenia ich obu nie wbiły mnie w fotel, ale o wiele lepiej oceniam "Na skraju załamania" choćby przez to co zakończenie poprzedzało.
Pozostaje czekać na to co przyniesie ze sobą "Dylemat". Wydawnictwo Albatros organizuje w sobotę spotkanie z Paris na którym będzie można przedpremierowo nabyć jej najnowszą książkę i dostać autograf, więc i o tą najnowszą pozycje odpowiednio zadbam czytając ją i starając się osądzić czy Paris dla mnie w końcu pisze fajnie czy nie.
23 lut 2020
"Światło między oceanami", M.L. Stedman.
Jak wspominałam wcześniej był sobie latarnik, Tom Sherbourne. Mężczyzna ten poszukiwał spokoju po czasach wojny. Wydawać by się mogło, że go znalazł, został latarnikiem. Znalazł też żonę, która zamieszkała z nim na wyspie. Ponieważ jednak nie mogło być tak pięknie los wystawił małżeństwo na ciężkie próby. Isabel dwa razy poroniła, a raz urodziła martwe dziecko. Kładzie się to cieniem na ich związku, a kobieta pomimo wysiłków Toma popada w depresję. Kiedy sytuacja wydaje się być beznadziejna do wyspy przybija łódka w której znajdują się zwłoki mężczyzny i malutka, żywa dziewczynka, którą natychmiast zajmuje się Isabele.
Im dalej w tą książkę tym trudniej polubić czy przywiązać się do bohaterów. Bo na początku jest okej. Cieszymy się, że znaleźli siebie nawzajem. Patrzymy jak wspólnie zajmują się wyspą, jak Tom odzyskuje spokój. Współczujemy Isabele każdej straty. A później już nie wiem co począć. Tom dla szczęścia swej żony gotów jest zrobić wszystko, a ona w końcu szczęśliwa przymyka oczy na ewentualne nieszczęście krewnych dziewczynki. Dziewczynki, która zostaje na wyspie, a Tom i Isabel podejmują się jej wychowania. Problemy zaczynają się kiedy po dłuższym czasie schodzą na ląd i okazuje się, że ich mała dziewczynka ma matkę, która praktycznie oszalała z powodu straty męża i córki.
Później jest już coraz trudniej.
Nie potrafię powiedzieć czy jestem po którejkolwiek ze stron (no dobra jestem, ale wychodzę na okrutnika). Czy w ogóle jestem po stronie bohaterów. Owszem, potrafię sobie wyobrazić to, że mężczyzna chce dla swej żony najlepszego i przystaje na to by zatrzymała ona niemowlę. Potrafię sobie też wyobrazić matkę, która trzy razy straciła dziecko i zrobi wszystko by móc w końcu zostać matką w pełni. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić, że idą w zaparte, że ciągną to wszystko mimo iż później poznają prawdę o pochodzeniu dziewczynki.
Nie będę pisała które z nich, Tom czy Isabel łamie się pierwsze i do czego to dalej prowadzi.
Zachęcam jednak do przeczytania tej książki, bo ta historia nie jest prosta i każde z was odbierze ją inaczej w zależności od tego przez co sam przeszedł w życiu i jakie ma poglądy.
Jest to książka którą w ramach czytelniczych wskazań miałam przeczytać w lutym. Ponieważ zawsze najpierw książka, a później film to dopiero dziś po południu sobie obejrzę wyobrażenia filmowców na temat historii stworzonej przez Stedman.
Swoją drogą w maju mam przeczytać książkę proponowaną dla dzieci ewentualnie takich średniaków. Ponieważ kompletnie nie orientuję się w temacie może coś podpowiecie? I wiecie, wolałabym jednak coś dla starszaków.
Ps. Ktoś się wybiera na Targi Książki w Poznaniu albo na wymianę książkową Lubimy czytać?
Im dalej w tą książkę tym trudniej polubić czy przywiązać się do bohaterów. Bo na początku jest okej. Cieszymy się, że znaleźli siebie nawzajem. Patrzymy jak wspólnie zajmują się wyspą, jak Tom odzyskuje spokój. Współczujemy Isabele każdej straty. A później już nie wiem co począć. Tom dla szczęścia swej żony gotów jest zrobić wszystko, a ona w końcu szczęśliwa przymyka oczy na ewentualne nieszczęście krewnych dziewczynki. Dziewczynki, która zostaje na wyspie, a Tom i Isabel podejmują się jej wychowania. Problemy zaczynają się kiedy po dłuższym czasie schodzą na ląd i okazuje się, że ich mała dziewczynka ma matkę, która praktycznie oszalała z powodu straty męża i córki.
Później jest już coraz trudniej.
Nie potrafię powiedzieć czy jestem po którejkolwiek ze stron (no dobra jestem, ale wychodzę na okrutnika). Czy w ogóle jestem po stronie bohaterów. Owszem, potrafię sobie wyobrazić to, że mężczyzna chce dla swej żony najlepszego i przystaje na to by zatrzymała ona niemowlę. Potrafię sobie też wyobrazić matkę, która trzy razy straciła dziecko i zrobi wszystko by móc w końcu zostać matką w pełni. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić, że idą w zaparte, że ciągną to wszystko mimo iż później poznają prawdę o pochodzeniu dziewczynki.
Nie będę pisała które z nich, Tom czy Isabel łamie się pierwsze i do czego to dalej prowadzi.
Zachęcam jednak do przeczytania tej książki, bo ta historia nie jest prosta i każde z was odbierze ją inaczej w zależności od tego przez co sam przeszedł w życiu i jakie ma poglądy.
Jest to książka którą w ramach czytelniczych wskazań miałam przeczytać w lutym. Ponieważ zawsze najpierw książka, a później film to dopiero dziś po południu sobie obejrzę wyobrażenia filmowców na temat historii stworzonej przez Stedman.
Swoją drogą w maju mam przeczytać książkę proponowaną dla dzieci ewentualnie takich średniaków. Ponieważ kompletnie nie orientuję się w temacie może coś podpowiecie? I wiecie, wolałabym jednak coś dla starszaków.
Ps. Ktoś się wybiera na Targi Książki w Poznaniu albo na wymianę książkową Lubimy czytać?
27 sty 2020
"Czerń i purpura", W. Dutka.
Jeśli ktoś myśli, że "Czerń i purpura" to romans w dodatku podlany emocjami, egzaltacją i strachem, bo akcja dzieje się w obozie koncentracyjnym pomiędzy Żydówką, a jednym z esesmanów to niech powstrzyma swędzące łapki i odetchnie głębiej. Proszę ograniczyć emocje.
Ta książka jest jak sam obóz. Straszna. Długa jak pobyt w nim. Przykra. Niesamowita.
Nie ma tutaj jakiś płomiennych wybuchów miłości. Nie ma karkołomnych ucieczek. Potajemnych schadzek.
Jest bardzo skromne i jednocześnie piękne uczucie dwóch osób, które tą miłością darzyć się nie mogły. Jest to najlepsza z wersji miłości, która mogła tam powstać, bo opierała się na niesieniu pomocy i otaczaniu opieką.
Na początku książki poznajemy naszych bohaterów: Franza Weimerta i Milenę Zinger. Ona pochodzi ze Słowacji, a on z Austrii. Autor opisuje ich życia i drogę w wyniku której znaleźli się w obozie. Milena jako Żydówka trafiła tam pod przymusem, a Franz jako młody chłopak wstępuje najpierw do Hitlerjugend, a później do SS, a później już wybierając między jednym, a drugim złem wybiera Auschwitz.
Franz jako esesman miał oczywisty zakaz jakichkolwiek kontaktów z Żydami, pomijając lżenie, bicie, torturowanie i zabijanie. Milenę poznał na urodzinowej imprezie, na której ta śpiewała dla wroga. Kobieta, jako więźniarka i w dodatku takiego a nie innego wyznania, w Auschwitz nie znaczyła praktycznie nic. Jednak tego wieczoru w sercu esesmana zaczyna kiełkować uczucie, które nakazuje mu ściągnąć ją do swojego komanda gdzie dziewczyna zaczyna pracę przy sortowaniu Żydowskiego mienia jakie zostało przywłaszczane przez Hitlerowców.
Także nie liczcie na płomienny romans, naprawdę nie. Nie liczcie też na prawdziwie dobre, cukierkowe zakończenie. Możecie za to oczekiwać ładnej, interesującej historii. Mnóstwa faktów, choć te w zasadzie są przerażające i odpychające. Znienawidzicie Tłustą Ingę, ale niektórzy z bohaterów zaimponują czy zatrwożą i sprawią, że zaczniecie się zastanawiać czym tak naprawdę jest bohaterstwo czym bestialstwo i gdzie kończy się granica pomiędzy nimi, pomiędzy dobrem i złem.
Autor oparł swoją historię na prawdziwych wydarzeniach co pozwało myśleć, że nawet w najczarniejszym i najstraszniejszym miejscu na świecie jakie mogło powstać zdarzały się dobre rzeczy i można było znaleźć osobę, która nie będzie do szpiku kości przesycona tym co najgorsze.
Jest to ten typ historii w którym choć akcja czy wydarzenia nas odpychają i zniechęcają to sięgamy po nią, bo chcemy wiedzieć co będzie dalej. Boimy się o bohaterów, bo zdążyliśmy ich już polubić. Weimert przechodzi wewnętrzną przemianę, Milena nigdy go nie zdradza.
To chyba jedna z lepszych książek jakie zdarzyło mi się przeczytać. Podparta faktami i zawierająca w sobie historię prawdziwych ludzi o których szczególnie dziś należy pamiętać.
Ta książka jest jak sam obóz. Straszna. Długa jak pobyt w nim. Przykra. Niesamowita.
Nie ma tutaj jakiś płomiennych wybuchów miłości. Nie ma karkołomnych ucieczek. Potajemnych schadzek.
Jest bardzo skromne i jednocześnie piękne uczucie dwóch osób, które tą miłością darzyć się nie mogły. Jest to najlepsza z wersji miłości, która mogła tam powstać, bo opierała się na niesieniu pomocy i otaczaniu opieką.
Na początku książki poznajemy naszych bohaterów: Franza Weimerta i Milenę Zinger. Ona pochodzi ze Słowacji, a on z Austrii. Autor opisuje ich życia i drogę w wyniku której znaleźli się w obozie. Milena jako Żydówka trafiła tam pod przymusem, a Franz jako młody chłopak wstępuje najpierw do Hitlerjugend, a później do SS, a później już wybierając między jednym, a drugim złem wybiera Auschwitz.
Franz jako esesman miał oczywisty zakaz jakichkolwiek kontaktów z Żydami, pomijając lżenie, bicie, torturowanie i zabijanie. Milenę poznał na urodzinowej imprezie, na której ta śpiewała dla wroga. Kobieta, jako więźniarka i w dodatku takiego a nie innego wyznania, w Auschwitz nie znaczyła praktycznie nic. Jednak tego wieczoru w sercu esesmana zaczyna kiełkować uczucie, które nakazuje mu ściągnąć ją do swojego komanda gdzie dziewczyna zaczyna pracę przy sortowaniu Żydowskiego mienia jakie zostało przywłaszczane przez Hitlerowców.
Także nie liczcie na płomienny romans, naprawdę nie. Nie liczcie też na prawdziwie dobre, cukierkowe zakończenie. Możecie za to oczekiwać ładnej, interesującej historii. Mnóstwa faktów, choć te w zasadzie są przerażające i odpychające. Znienawidzicie Tłustą Ingę, ale niektórzy z bohaterów zaimponują czy zatrwożą i sprawią, że zaczniecie się zastanawiać czym tak naprawdę jest bohaterstwo czym bestialstwo i gdzie kończy się granica pomiędzy nimi, pomiędzy dobrem i złem.
Autor oparł swoją historię na prawdziwych wydarzeniach co pozwało myśleć, że nawet w najczarniejszym i najstraszniejszym miejscu na świecie jakie mogło powstać zdarzały się dobre rzeczy i można było znaleźć osobę, która nie będzie do szpiku kości przesycona tym co najgorsze.
Jest to ten typ historii w którym choć akcja czy wydarzenia nas odpychają i zniechęcają to sięgamy po nią, bo chcemy wiedzieć co będzie dalej. Boimy się o bohaterów, bo zdążyliśmy ich już polubić. Weimert przechodzi wewnętrzną przemianę, Milena nigdy go nie zdradza.
To chyba jedna z lepszych książek jakie zdarzyło mi się przeczytać. Podparta faktami i zawierająca w sobie historię prawdziwych ludzi o których szczególnie dziś należy pamiętać.
11 sty 2020
"Vox", Ch. Dalcher.
Ervisha napisała, że słyszała "o tym jaka jest "mocna"" ta książka.
Jest. Niewątpliwie jest w niej wiele tematów które dają do myślenia, które nakazują się zastanawiać i gdybać.
Nasza bohaterka, którą znany jako żonę i matkę przeinacza się w spiskowca i burzy nowy porządek by przywrócić stary. Wszystko się udaje, sprawa wraca do normy. Ktoś się poświęca by szczęśliwy mógł być ktoś.
"Vox" był interesujący, dziwny i interesujący zarazem. Czasem widziałam w innych opiniach porównania do "Opowieści podręcznej", ale nie zaprzątało mi to głowy, bo tych nie miałam okazji przeczytać.
Najbardziej w książce Dalcher dręczyło mnie to, że mimo iż świat wydawał się być dobrze wykreowany ja podczas czytania tekstu wyszukiwałam luki, które wydawały mi się zasadne. No bo jak, całe Stany Zjednoczone nagle narzucają swoim obywatelkom na nadgarstki liczniki słów i uciszają je, ot tak <pstryk palcami>? Nikt, naprawdę nikt nie protestuje, nie ma jakiś zamieszek? Żaden z mężczyzn się nie sprzeciwia? Ani jeden? Co to w ogóle znaczy, że całym krajem zaczyna rządzić jakiś klecha? I naprawdę każdy mu się podporządkowuje? Żyd? Buddysta? Ateista? Jak to jest, że władzę ma religia, ale tak naprawdę nie przewija się ona zbyt wiele przez treść książki? Jest jakimś tam napędem, ale skoro ojcowie i synowie tak podporządkowali się woli Bożej i wierzą w to, że to oni mają pracować, a żony siedzieć w domu bez słowa i wychowywać dzieci, to dlaczego nie gną krzyży w pokłonach i nie całują krucyfiksów? Jest jakiś procent ślepo wierzących i cytujących Biblię z pamięci, ale są w mniejszości.
Nie pasowało mi, że akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych i w dodatku miesza się w nią religię. Nie żebym się czuła obrażona czy zbulwersowana. Przez to, że książka miała być taka prawdziwa, to przestała taka być. Lepiej chyba byłoby gdyby kraj był fikcyjny i religia też.
Bo czy naprawdę dezinformacja była tak dobra, że żadne inne kraje nie wiedziały co się dzieje? Nikt nie interesował się tym co jest grane na podwórku jednego z największych mocarstw świata? Tym bardziej, że nasza Jean rozmawiała z rodzicami mieszkającymi we Włoszech? Kobiety z całego świata odwróciły się od Amerykanek? Wszystkie organizacje rządowe i pozarządowe, Czerwony Krzyż i cały długi szereg podobnych instytucji na to pozwoliły?
Ta książka może się podobać. Bo jest dobra i mocna. Trzeba ją jednak przyjąć totalnie bezkrytycznie i przymknąć oczy na kilka spraw by absolutnie się nią cieszyć. Również na zakończenie.
Jest. Niewątpliwie jest w niej wiele tematów które dają do myślenia, które nakazują się zastanawiać i gdybać.
Nasza bohaterka, którą znany jako żonę i matkę przeinacza się w spiskowca i burzy nowy porządek by przywrócić stary. Wszystko się udaje, sprawa wraca do normy. Ktoś się poświęca by szczęśliwy mógł być ktoś.
"Vox" był interesujący, dziwny i interesujący zarazem. Czasem widziałam w innych opiniach porównania do "Opowieści podręcznej", ale nie zaprzątało mi to głowy, bo tych nie miałam okazji przeczytać.
Najbardziej w książce Dalcher dręczyło mnie to, że mimo iż świat wydawał się być dobrze wykreowany ja podczas czytania tekstu wyszukiwałam luki, które wydawały mi się zasadne. No bo jak, całe Stany Zjednoczone nagle narzucają swoim obywatelkom na nadgarstki liczniki słów i uciszają je, ot tak <pstryk palcami>? Nikt, naprawdę nikt nie protestuje, nie ma jakiś zamieszek? Żaden z mężczyzn się nie sprzeciwia? Ani jeden? Co to w ogóle znaczy, że całym krajem zaczyna rządzić jakiś klecha? I naprawdę każdy mu się podporządkowuje? Żyd? Buddysta? Ateista? Jak to jest, że władzę ma religia, ale tak naprawdę nie przewija się ona zbyt wiele przez treść książki? Jest jakimś tam napędem, ale skoro ojcowie i synowie tak podporządkowali się woli Bożej i wierzą w to, że to oni mają pracować, a żony siedzieć w domu bez słowa i wychowywać dzieci, to dlaczego nie gną krzyży w pokłonach i nie całują krucyfiksów? Jest jakiś procent ślepo wierzących i cytujących Biblię z pamięci, ale są w mniejszości.
Nie pasowało mi, że akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych i w dodatku miesza się w nią religię. Nie żebym się czuła obrażona czy zbulwersowana. Przez to, że książka miała być taka prawdziwa, to przestała taka być. Lepiej chyba byłoby gdyby kraj był fikcyjny i religia też.
Bo czy naprawdę dezinformacja była tak dobra, że żadne inne kraje nie wiedziały co się dzieje? Nikt nie interesował się tym co jest grane na podwórku jednego z największych mocarstw świata? Tym bardziej, że nasza Jean rozmawiała z rodzicami mieszkającymi we Włoszech? Kobiety z całego świata odwróciły się od Amerykanek? Wszystkie organizacje rządowe i pozarządowe, Czerwony Krzyż i cały długi szereg podobnych instytucji na to pozwoliły?
Ta książka może się podobać. Bo jest dobra i mocna. Trzeba ją jednak przyjąć totalnie bezkrytycznie i przymknąć oczy na kilka spraw by absolutnie się nią cieszyć. Również na zakończenie.
2 sty 2020
Historie dobre i historie złe.
Przychodzę tu dziś z dwiema książkami. Jedna jest świetna, druga po przeczytaniu wzbudza uczucie niedosytu i wykrzywia usta, bo zakończenie niczego ciekawego nie przyniosło.
Może zacznijmy od tej drugiej i wyrzućmy to z siebie.
Powieści Harlana Cobena nigdy wcześniej nie miałam okazji przeczytać. Jego książka "W domu" trafiła na moją półkę w ramach książkowej wymiany organizowanej na Poznańskich Targach Książki, na początku zeszłego roku. Ponieważ zebrała już dostateczną ilość kurzu, a tegoroczna edycja Targów zbliża się wielkimi krokami (będzie w marcu) postanowiłam przeczytać książki, które wtedy z Małżem przywieźliśmy.
Pomińmy fakt, że nie sprawdziłam w ogóle informacji o tej książce. Może gdybym to zrobiła to wcale bym jej nie zaczynała, bo okazało się, że to 11 tom z serii o nijakim Myronie Bolitar.
Sprawdziłam po tym jak skończyłam ją czytać i pomyślałam, że to taki strzał w kolano z jednej strony. Bo może gdybym zaczęła czytać jak wypada czyli od początku śledziłabym losy Myrona z nadzieją, że z książki na książkę będzie lepiej, a tymczasem załapałam się na koniec ogonka i to w dodatku mocno średni. Nic mi się w tej książce nie podobało po zakończeniu lektury. Cały czas człowiek liczył na jakiś szalony punkt zwrotny, coś co zatrzęsie tą książką i przyprawi o palpitacje serca, ale nic takiego nie nastąpiło. Co zabawne, czytałam tą historię z jakimś ślepym uporem, bo chciałam wiedzieć o co chodziło, co się stanie na końcu. Książka, jak teraz widzę, ma wiele pozytywnych opinii, a ja nie wiem dlaczego. Bohaterowie byli jacyś zabawni, ale nie wiem... W taki dziwny sposób. Bo obok Myrona stoi Win, kimkolwiek on jest, ale jest oczywiście świetny w swej robocie. Aż za świetny. I razem rozwiązują różne sprawy kryminalne.
Zakończenie być może i zaskakiwało, ale cała droga jaką trzeba było przebyć by się na nie załapać trochę zniechęcała. Miałam wrażenie, że Coben pisał i pisał, aż wreszcie mu się znudziło i postanowił zagadkę rozwiązać.
W drugim przypadku sprawa miała się całkiem inaczej. Alex Michaelides wodził czytelnika za nos od samego początku aż już przebierało się nogami ze zniecierpliwienia. Nagle nad głową czytającego zapalała się taka komiksowa żaróweczka, a mózg krzyczał 'nie!'. "Pacjentka", bo o tym thrillerze teraz mowa, okazała się być świetną, zwięzłą (bardzo szybko się skończyła, za szybko) i wciągającą pozycją. Nie miałam czego słuchać, a audiobook ten był dostępny w ramach abonamentu Empiku, więc by w ogóle czegoś słuchać wybrałam tą historię. Też nie sprawdzałam wcześniej informacji o niej, ale w przeciwności do "W domu" okazała się być strzałem w dziesiątkę. Zakończenie wbijało w fotel. Pozycja dla osób lubiących i nie bojących się psychologii, bo mnie osobiście zawsze trochę martwi na wieść o tym jak człowiekowi może pomieszać się w głowie. I że czasem, wcale nie stajemy się kimś kto sobie nie radzi i po prostu potrzebuje pomocy. Czasem stajemy się czymś o wiele gorszym, czymś co wcale nie potrzebuje pomocy w dobrym tego słowa znaczeniu.
____________________________________________
"W domu" to pozycja ze stosu hańby. Teraz czytam "Zamianę" i to będzie kolejna pozycja, która ten stos uszczupli.
Całkiem nieźle jak na początek roku.
Może zacznijmy od tej drugiej i wyrzućmy to z siebie.
Powieści Harlana Cobena nigdy wcześniej nie miałam okazji przeczytać. Jego książka "W domu" trafiła na moją półkę w ramach książkowej wymiany organizowanej na Poznańskich Targach Książki, na początku zeszłego roku. Ponieważ zebrała już dostateczną ilość kurzu, a tegoroczna edycja Targów zbliża się wielkimi krokami (będzie w marcu) postanowiłam przeczytać książki, które wtedy z Małżem przywieźliśmy.
Pomińmy fakt, że nie sprawdziłam w ogóle informacji o tej książce. Może gdybym to zrobiła to wcale bym jej nie zaczynała, bo okazało się, że to 11 tom z serii o nijakim Myronie Bolitar.
Sprawdziłam po tym jak skończyłam ją czytać i pomyślałam, że to taki strzał w kolano z jednej strony. Bo może gdybym zaczęła czytać jak wypada czyli od początku śledziłabym losy Myrona z nadzieją, że z książki na książkę będzie lepiej, a tymczasem załapałam się na koniec ogonka i to w dodatku mocno średni. Nic mi się w tej książce nie podobało po zakończeniu lektury. Cały czas człowiek liczył na jakiś szalony punkt zwrotny, coś co zatrzęsie tą książką i przyprawi o palpitacje serca, ale nic takiego nie nastąpiło. Co zabawne, czytałam tą historię z jakimś ślepym uporem, bo chciałam wiedzieć o co chodziło, co się stanie na końcu. Książka, jak teraz widzę, ma wiele pozytywnych opinii, a ja nie wiem dlaczego. Bohaterowie byli jacyś zabawni, ale nie wiem... W taki dziwny sposób. Bo obok Myrona stoi Win, kimkolwiek on jest, ale jest oczywiście świetny w swej robocie. Aż za świetny. I razem rozwiązują różne sprawy kryminalne.
Zakończenie być może i zaskakiwało, ale cała droga jaką trzeba było przebyć by się na nie załapać trochę zniechęcała. Miałam wrażenie, że Coben pisał i pisał, aż wreszcie mu się znudziło i postanowił zagadkę rozwiązać.
W drugim przypadku sprawa miała się całkiem inaczej. Alex Michaelides wodził czytelnika za nos od samego początku aż już przebierało się nogami ze zniecierpliwienia. Nagle nad głową czytającego zapalała się taka komiksowa żaróweczka, a mózg krzyczał 'nie!'. "Pacjentka", bo o tym thrillerze teraz mowa, okazała się być świetną, zwięzłą (bardzo szybko się skończyła, za szybko) i wciągającą pozycją. Nie miałam czego słuchać, a audiobook ten był dostępny w ramach abonamentu Empiku, więc by w ogóle czegoś słuchać wybrałam tą historię. Też nie sprawdzałam wcześniej informacji o niej, ale w przeciwności do "W domu" okazała się być strzałem w dziesiątkę. Zakończenie wbijało w fotel. Pozycja dla osób lubiących i nie bojących się psychologii, bo mnie osobiście zawsze trochę martwi na wieść o tym jak człowiekowi może pomieszać się w głowie. I że czasem, wcale nie stajemy się kimś kto sobie nie radzi i po prostu potrzebuje pomocy. Czasem stajemy się czymś o wiele gorszym, czymś co wcale nie potrzebuje pomocy w dobrym tego słowa znaczeniu.
____________________________________________
"W domu" to pozycja ze stosu hańby. Teraz czytam "Zamianę" i to będzie kolejna pozycja, która ten stos uszczupli.
Całkiem nieźle jak na początek roku.
16 gru 2019
"Szeptacz", A. North.
Czasem nie rozumiem tej zmasowanej histerii na punkcie jakieś książki. Wyskakuje na nas zewsząd. Można ją wygrać w konkursach, można ją dostać w jakiś akcjach promocyjnych. Naprawdę jest wszędzie. Wszędzie. Wszyscy się nią interesują, wszyscy o niej mówią i większość (bo nie napiszę, że wszyscy) jest po lekturze pozytywnie zaskoczona i pieje z zachwytu.
Przeczytałam "Szeptacza".
Hm... Hm, hm, hm...
Alex North stworzył interesującą, nieprzeciętną historię w której na szczęście nie ma kobiety, która ma problemy z alkoholem (za co na samym wstępie ma mały plusik, bo nie zniosłabym kolejnej takiej bohaterki). I to jedyny plusik, który mogłabym dać, bo później już historia jest poprawno-średniointeresująca.
W gruncie rzeczy najbardziej ciekawiły mnie w tej książce interakcje i relacje międzyludzkie. Wszystko było dla mnie takie trochę naciągane, bo... W zasadzie najpierw należy przytoczyć trochę fabuły. Mamy wdowca. Tom Kennedy. Tom ma syna Jacke'a, lat kilka. Tom ma też ojca, który okazuje się być policjantem z przeszłością alkoholową. Spotykają się po latach niewidzenia przypadkiem w związku ze znalezieniem w domu do którego wprowadził się Tom wraz z Jack'em, kości dawno zaginionego chłopca. Ogólnie też nasz główny bohater ma depresję i problemy z dogadaniem się z synem. Syn radzi sobie ze stratą matki na swój sposób. Ma teczkę w której trzyma swoje skarby i ma niewidzialną dla ojca koleżankę. Przeprowadzają się z poprzedniej miejscowości do Featherbank z nadzieją na nowy początek.
Mamy też zbrodnię sprzed lat, zbrodnię z czasów teraźniejszych i kumulację dziwności. Bo dla mnie to naprawdę dziwne, że ktoś kogo nie trawimy i obwiniamy nagle staję się idealną nianią dla naszego dziecka. Dziecka, które z nim zostawiamy pomimo tego iż wiemy i widzimy, że ma ono wyraźne problemy. Idziemy na piwo, spotkać się z kobietą, ale ponieważ trawi nas niepokój zwijamy się stamtąd szybciej niż przyszliśmy.
Brakowało mi tu jakiegoś błysku, czegoś co by mnie zaskoczyło i sprawiło, że otwierałabym oczy przed czytnikiem szerzej z niedowierzania. Wszystko ładnie się składało, ładnie się tłumaczyło i kończyło wątek. Było ładne. I tyle.
W gruncie rzeczy najbardziej emocjonującymi momentami były te w których sprawdzano czy wejściowe drzwi do domu są zamknięte. Wtedy sama miałam ochotę zamknąć swoje na cztery spusty.
Przeczytałam "Szeptacza".
Hm... Hm, hm, hm...
Alex North stworzył interesującą, nieprzeciętną historię w której na szczęście nie ma kobiety, która ma problemy z alkoholem (za co na samym wstępie ma mały plusik, bo nie zniosłabym kolejnej takiej bohaterki). I to jedyny plusik, który mogłabym dać, bo później już historia jest poprawno-średniointeresująca.
W gruncie rzeczy najbardziej ciekawiły mnie w tej książce interakcje i relacje międzyludzkie. Wszystko było dla mnie takie trochę naciągane, bo... W zasadzie najpierw należy przytoczyć trochę fabuły. Mamy wdowca. Tom Kennedy. Tom ma syna Jacke'a, lat kilka. Tom ma też ojca, który okazuje się być policjantem z przeszłością alkoholową. Spotykają się po latach niewidzenia przypadkiem w związku ze znalezieniem w domu do którego wprowadził się Tom wraz z Jack'em, kości dawno zaginionego chłopca. Ogólnie też nasz główny bohater ma depresję i problemy z dogadaniem się z synem. Syn radzi sobie ze stratą matki na swój sposób. Ma teczkę w której trzyma swoje skarby i ma niewidzialną dla ojca koleżankę. Przeprowadzają się z poprzedniej miejscowości do Featherbank z nadzieją na nowy początek.
Mamy też zbrodnię sprzed lat, zbrodnię z czasów teraźniejszych i kumulację dziwności. Bo dla mnie to naprawdę dziwne, że ktoś kogo nie trawimy i obwiniamy nagle staję się idealną nianią dla naszego dziecka. Dziecka, które z nim zostawiamy pomimo tego iż wiemy i widzimy, że ma ono wyraźne problemy. Idziemy na piwo, spotkać się z kobietą, ale ponieważ trawi nas niepokój zwijamy się stamtąd szybciej niż przyszliśmy.
Brakowało mi tu jakiegoś błysku, czegoś co by mnie zaskoczyło i sprawiło, że otwierałabym oczy przed czytnikiem szerzej z niedowierzania. Wszystko ładnie się składało, ładnie się tłumaczyło i kończyło wątek. Było ładne. I tyle.
W gruncie rzeczy najbardziej emocjonującymi momentami były te w których sprawdzano czy wejściowe drzwi do domu są zamknięte. Wtedy sama miałam ochotę zamknąć swoje na cztery spusty.
8 gru 2019
"Jeśli mógłbym dokończyć...", J. Clarkson.
Ciemno rano, ciemno po południu, światła słonecznego ostatnio w pracy nie widuję wcale. Jakże miło sięgało się więc po książkę, która okazała się być promieniem słońca w codziennej szarej i ciemnej rutynie.
Clarksona można nie lubić, facet często czepia się innych, często obśmiewa różne modele i marki samochodów, ale w swoich felietonach porusza zdecydowanie więcej tematów i tych z życia prywatnego jak i z życia codziennego Brytyjczyków. Co dla czytelniczek jest najważniejsze nie ma tutaj wielu wzmianek o samochodach, więc jeśli nie przepadacie za tą stroną zawodową Jeremy'ego możecie śmiało po tą książkę sięgnąć.
Felietony pochodzą z "The Sunday Times" gdzie Clarkson ma swoją rubrykę i są datowane od 22 marca 2015 do 31 grudnia 2017.
O czym pisze? Naprawdę o wszystkim. O tym co dzieje się w Wielkiej Brytanii. Ponieważ, jak widać po datach jest to historia najnowsza, dowiemy się co jest z tym całym Brexitem i kto jest temu winien (młodzi Brytyjczycy). Dowiemy się też dlaczego koty tak naprawdę nie są takie miłe jak nam się wydaje i w rzeczywistości każdy z nich kryje w sobie psychopatę. Clarkson czasem w swoich felietonach pisze też o sprawach mniej błahych, wspomina śmierć matki i trudny dla niego czas, kiedy to został zwolniony z "Top Gear". Nie są to jednak łzawe wynurzenia kogoś kto ma poczucie niesprawiedliwości i szkody. Chyba nie byłby sobą gdyby nie zachował do wszystkiego pewnego dystansu. Dość żartobliwie wspomina swój pierwszy poważniejszy pobyt w szpitalu. Dla człowieka, który tak naprawdę nigdy sam nie chorował, okazało się to dość traumatycznym doświadczeniem. Okazało się przy okazji, że zapalenie płuc doskonale wspomaga rzucenie palenia. Dowiemy się też jak trudno jest uzyskać aprobatę dla pomysłu tytułu nowego programu.
Jego krótkie opowiastki bardzo mnie rozbawiły i przyniosły więcej radości niż każda inna książka, która tą radość miała mi w założeniu dać, jak wynikało z zapowiedzi wydawnictw czy innych recenzentów. Można twierdzić, że niektóre kwestie są prostackie i powiedzmy sobie wprost - chamskie. Jednak tak naprawdę jest tak jak Clarkson napisał. Nie lubimy słuchać gości w krawacie, bo kiedy tylko widzimy krawat, wiemy, że koleś będzie przynudzał. Jeremy z okładki ma poczochrane i przerzedzone włosy, nieogoloną twarz i nie ma krawatu co faktycznie może nas bardziej skłaniać do tego, że chcemy się dowiedzieć co ma do powiedzenia. Nie czujemy jakiegoś dystansu, ot znajomy facet z którym miło pogadać.
Wielokrotnie czytałam na głos fragmenty jak i całe felietony Małżowi. Śmialiśmy się z nich, bo są bardzo śmieszne i życiowe.
Bardzo się cieszę, że w domu mam jeszcze jedną książkę z tej serii. Przejrzałam też już olx, bo z chęcią zapoznam się ze wcześniejszymi historiami, które spłodził ten nieprzeciętnie dziwny, ale bardzo zabawny umysł.
Clarksona można nie lubić, facet często czepia się innych, często obśmiewa różne modele i marki samochodów, ale w swoich felietonach porusza zdecydowanie więcej tematów i tych z życia prywatnego jak i z życia codziennego Brytyjczyków. Co dla czytelniczek jest najważniejsze nie ma tutaj wielu wzmianek o samochodach, więc jeśli nie przepadacie za tą stroną zawodową Jeremy'ego możecie śmiało po tą książkę sięgnąć.
Felietony pochodzą z "The Sunday Times" gdzie Clarkson ma swoją rubrykę i są datowane od 22 marca 2015 do 31 grudnia 2017.
O czym pisze? Naprawdę o wszystkim. O tym co dzieje się w Wielkiej Brytanii. Ponieważ, jak widać po datach jest to historia najnowsza, dowiemy się co jest z tym całym Brexitem i kto jest temu winien (młodzi Brytyjczycy). Dowiemy się też dlaczego koty tak naprawdę nie są takie miłe jak nam się wydaje i w rzeczywistości każdy z nich kryje w sobie psychopatę. Clarkson czasem w swoich felietonach pisze też o sprawach mniej błahych, wspomina śmierć matki i trudny dla niego czas, kiedy to został zwolniony z "Top Gear". Nie są to jednak łzawe wynurzenia kogoś kto ma poczucie niesprawiedliwości i szkody. Chyba nie byłby sobą gdyby nie zachował do wszystkiego pewnego dystansu. Dość żartobliwie wspomina swój pierwszy poważniejszy pobyt w szpitalu. Dla człowieka, który tak naprawdę nigdy sam nie chorował, okazało się to dość traumatycznym doświadczeniem. Okazało się przy okazji, że zapalenie płuc doskonale wspomaga rzucenie palenia. Dowiemy się też jak trudno jest uzyskać aprobatę dla pomysłu tytułu nowego programu.
Jego krótkie opowiastki bardzo mnie rozbawiły i przyniosły więcej radości niż każda inna książka, która tą radość miała mi w założeniu dać, jak wynikało z zapowiedzi wydawnictw czy innych recenzentów. Można twierdzić, że niektóre kwestie są prostackie i powiedzmy sobie wprost - chamskie. Jednak tak naprawdę jest tak jak Clarkson napisał. Nie lubimy słuchać gości w krawacie, bo kiedy tylko widzimy krawat, wiemy, że koleś będzie przynudzał. Jeremy z okładki ma poczochrane i przerzedzone włosy, nieogoloną twarz i nie ma krawatu co faktycznie może nas bardziej skłaniać do tego, że chcemy się dowiedzieć co ma do powiedzenia. Nie czujemy jakiegoś dystansu, ot znajomy facet z którym miło pogadać.
Wielokrotnie czytałam na głos fragmenty jak i całe felietony Małżowi. Śmialiśmy się z nich, bo są bardzo śmieszne i życiowe.
Bardzo się cieszę, że w domu mam jeszcze jedną książkę z tej serii. Przejrzałam też już olx, bo z chęcią zapoznam się ze wcześniejszymi historiami, które spłodził ten nieprzeciętnie dziwny, ale bardzo zabawny umysł.
16 lis 2019
"Jej wisienki", P. Bloom.
Nastały te czasy kiedy jesienna chandra osiągnęła apogeum. Wychodzę rano z domu i jest ciemno. Wracam do domu i jest ciemno. Poniedziałek nie bardzo chce się różnić od piątku czy nawet soboty. Obowiązkowe nabijanie kilometrówki na orbitreku i spanie. Na takie właśnie czasy na kindlu czekały na mnie "Jej wisienki", ale dobrze się stało, że przeczytałam tą książkę na początku listopada.
Nie była w stanie mnie rozbawić. Ani trochę.
Te wszystkie zachwyty nad nią były zupełnie chybione. Strach pomyśleć co mieli na myśli ludzie, którzy pisali, że to lepsza książka niż ta pierwsza z cyklu, "Jego banan". To musiał być totalny gniot.
Mamy sobie Hailey, młodą właścicielkę piekarni, która nie bardzo ma skąd wysupłać pieniądze na czynsz. Ma też byłego chłopaka, który ciągle ma nadzieję, że coś się zmieni między nimi.
Mamy sobie Williama. Typowego bogatego pajaca, który myśli, że może wszystko. Przy okazji jest też kleptomanem, który ze swojego problemu próbuje uczynić coś jakby sztukę, bo stworzył pomieszczenie na kształt galerii rzeczy skradzionych.
Oczywiście zaczynają się z sobą spotykać, wypadki się dzieją, a oni zostają parą.
To przykre, że ludzie piszą takie książki, wydawnictwa je wydają i jeszcze wykładają pieniądze na promocję. Zastanawiają mnie tez ludzie, którzy piszą pozytywne opinie na temat podobnych historyjek. Szczerze, tak naprawdę szczerze, z ręką na sercu, im się ta książka podobała?
Nie stawiałam tu nie wiem jak wysoko poprzeczki. Chciałam się po prostu odprężyć i trochę pośmiać. Umęczyłam się jednak okropnie brnąc uparcie przez historię o wiśniowej tarcie. Takie to wszystko było niedopracowane i rozbite. Tu jakaś była Williama, tu jego pazerni rodzice jak urwani z choinki i ta babcia Hailey, skończona hazardzistka...
Aż samej siebie mi żal, że tak czekałam na tą książkę.
Trzeba przyznać, że kryzys jest i to poważny. Książek tyle, a czytać mi się nie chcę. Zapodaję sobie tylko kolejne audiobooki z serii Harry'ego Pottera i zastanawiam się czemu są w nich takie różnice, bo w "Czarze Ognia", którą czyta Wiktor Zborowski mój ulubiony profesor od czarnej magii nazywa się 'Lupę' (brzmi bardzo francusko), a kiedy książkę czyta Fronczewski jest już profesorem Lupinem. Tak samo sprawa tyczy się jednego z domów. 'Slajterin' a Slytherin. Drażni to. Zborowski ma jakiś dziwny akcent. W ogóle czemu akurat Zborowski? Myślałam, że czytał tylko Fronczewski. Nic tu nie pasuje.
Nie była w stanie mnie rozbawić. Ani trochę.
Te wszystkie zachwyty nad nią były zupełnie chybione. Strach pomyśleć co mieli na myśli ludzie, którzy pisali, że to lepsza książka niż ta pierwsza z cyklu, "Jego banan". To musiał być totalny gniot.
Mamy sobie Hailey, młodą właścicielkę piekarni, która nie bardzo ma skąd wysupłać pieniądze na czynsz. Ma też byłego chłopaka, który ciągle ma nadzieję, że coś się zmieni między nimi.
Mamy sobie Williama. Typowego bogatego pajaca, który myśli, że może wszystko. Przy okazji jest też kleptomanem, który ze swojego problemu próbuje uczynić coś jakby sztukę, bo stworzył pomieszczenie na kształt galerii rzeczy skradzionych.
Oczywiście zaczynają się z sobą spotykać, wypadki się dzieją, a oni zostają parą.
To przykre, że ludzie piszą takie książki, wydawnictwa je wydają i jeszcze wykładają pieniądze na promocję. Zastanawiają mnie tez ludzie, którzy piszą pozytywne opinie na temat podobnych historyjek. Szczerze, tak naprawdę szczerze, z ręką na sercu, im się ta książka podobała?
Nie stawiałam tu nie wiem jak wysoko poprzeczki. Chciałam się po prostu odprężyć i trochę pośmiać. Umęczyłam się jednak okropnie brnąc uparcie przez historię o wiśniowej tarcie. Takie to wszystko było niedopracowane i rozbite. Tu jakaś była Williama, tu jego pazerni rodzice jak urwani z choinki i ta babcia Hailey, skończona hazardzistka...
Aż samej siebie mi żal, że tak czekałam na tą książkę.
Trzeba przyznać, że kryzys jest i to poważny. Książek tyle, a czytać mi się nie chcę. Zapodaję sobie tylko kolejne audiobooki z serii Harry'ego Pottera i zastanawiam się czemu są w nich takie różnice, bo w "Czarze Ognia", którą czyta Wiktor Zborowski mój ulubiony profesor od czarnej magii nazywa się 'Lupę' (brzmi bardzo francusko), a kiedy książkę czyta Fronczewski jest już profesorem Lupinem. Tak samo sprawa tyczy się jednego z domów. 'Slajterin' a Slytherin. Drażni to. Zborowski ma jakiś dziwny akcent. W ogóle czemu akurat Zborowski? Myślałam, że czytał tylko Fronczewski. Nic tu nie pasuje.
6 lis 2019
"Dzieci Hitlera", G. Posner.
Kiedyś na insta ktoś zachwycał się jedną z książek traktujących o rzeczywistych wydarzeniach. Nie pamiętam już o jaką książkę chodziło, ale ta osoba pytała też czy lubimy taki typ literatury. Napisałam, że nie, że mój tata taką bardziej woli.
Mnie w zupełności zawsze zadowalała fikcja.
Ostatnimi czasy, bo oczywiście w środowisku też to odnotowano, podobnie jak wielu innych książkoholików, zaczęłam poczytywać książki o wojnie w których autor osadził jakąś w pełni czy w części zmyśloną historię. Zazwyczaj są to historie o miłości. Pomyślałam jednak, że fajnie by było gdyby nie o to zawsze chodziło, przynajmniej nie o miłość na linii kobieta - mężczyzna. A co jeśli mowa o miłości ojcowskiej względem dziecka?
W bibliotece moją uwagę przykuła książka Geralda Posnera "Dzieci Hitlera". Mowa w niej o potomkach nazistów, o tych którzy zdecydowali się coś autorowi powiedzieć o relacjach jakie łączyły ich z ojcami. W książce wspomina się tylko o ojcach. No cóż, matki siedziały w domach i nie przygotowywały planów wojennych.
Historie są przeróżne, a w niektóre naprawdę trudno uwierzyć. Bo jak można być synem generalnego gubernatora i nie wiedzieć czym tak naprawdę było getto i Auschwitz? Bardzo dziwna jest też historia Josefa Mengele i jego syna Rolfa. Niektóre postaci są dość intrygujące, bo wydawać by się mogło, że sędziowie nie zawsze są sprawiedliwi i ktoś kto miał być oprawcą jawi się nam jako ofiara.
Jeśli nikomu nic nie mówią nazwiska takie jak Frank, Saur, czy Goring niech się nie martwi. Autor przytacza życiorysy opisywanych nazistów, więc będzie wiadomo o kogo chodzi i co ten ktoś zrobił. Są zdjęcia.
Uważam, że to niesamowity plus, te zdjęcia i życiorysy, bo przyznam się szczerze, że o II Wojnie Światowej wiem mniej niż więcej. Wiedza ze szkoły już dawno wyparowała, a jeśli mam ją ponownie przyswoić to wolę takie książki niż podręczniki.
Relację ojców i ich dzieci jak wspominałam są różnorodne. Jedni starają się zrozumieć. Nie pochwalają. Drudzy się dystansują. Trzeci ostro potępiają i chcą się odciąć od takiego ojca. Te historie są bardzo ciekawe i pokazują, że tak naprawdę działania które podejmowali naziści nie dotykały tylko tych, których zbiorowo nazywa się 'ofiarami'. Dotykały również osób o których się nie myśli od razu kiedy przed oczami wyskakuje nam hasło 'zbrodniarz wojenny'. Może to nie była typowa przemoc, nie był to głód czy zimno. Coś jednak za ich dziećmi się ciągnie i często kładzie cieniem na ich życiu.
Jeśli komuś ta książka wpadnie w ręce niech czyta.
Mnie w zupełności zawsze zadowalała fikcja.
Ostatnimi czasy, bo oczywiście w środowisku też to odnotowano, podobnie jak wielu innych książkoholików, zaczęłam poczytywać książki o wojnie w których autor osadził jakąś w pełni czy w części zmyśloną historię. Zazwyczaj są to historie o miłości. Pomyślałam jednak, że fajnie by było gdyby nie o to zawsze chodziło, przynajmniej nie o miłość na linii kobieta - mężczyzna. A co jeśli mowa o miłości ojcowskiej względem dziecka?
W bibliotece moją uwagę przykuła książka Geralda Posnera "Dzieci Hitlera". Mowa w niej o potomkach nazistów, o tych którzy zdecydowali się coś autorowi powiedzieć o relacjach jakie łączyły ich z ojcami. W książce wspomina się tylko o ojcach. No cóż, matki siedziały w domach i nie przygotowywały planów wojennych.
Historie są przeróżne, a w niektóre naprawdę trudno uwierzyć. Bo jak można być synem generalnego gubernatora i nie wiedzieć czym tak naprawdę było getto i Auschwitz? Bardzo dziwna jest też historia Josefa Mengele i jego syna Rolfa. Niektóre postaci są dość intrygujące, bo wydawać by się mogło, że sędziowie nie zawsze są sprawiedliwi i ktoś kto miał być oprawcą jawi się nam jako ofiara.
Jeśli nikomu nic nie mówią nazwiska takie jak Frank, Saur, czy Goring niech się nie martwi. Autor przytacza życiorysy opisywanych nazistów, więc będzie wiadomo o kogo chodzi i co ten ktoś zrobił. Są zdjęcia.
Uważam, że to niesamowity plus, te zdjęcia i życiorysy, bo przyznam się szczerze, że o II Wojnie Światowej wiem mniej niż więcej. Wiedza ze szkoły już dawno wyparowała, a jeśli mam ją ponownie przyswoić to wolę takie książki niż podręczniki.
Relację ojców i ich dzieci jak wspominałam są różnorodne. Jedni starają się zrozumieć. Nie pochwalają. Drudzy się dystansują. Trzeci ostro potępiają i chcą się odciąć od takiego ojca. Te historie są bardzo ciekawe i pokazują, że tak naprawdę działania które podejmowali naziści nie dotykały tylko tych, których zbiorowo nazywa się 'ofiarami'. Dotykały również osób o których się nie myśli od razu kiedy przed oczami wyskakuje nam hasło 'zbrodniarz wojenny'. Może to nie była typowa przemoc, nie był to głód czy zimno. Coś jednak za ich dziećmi się ciągnie i często kładzie cieniem na ich życiu.
Jeśli komuś ta książka wpadnie w ręce niech czyta.
2 lis 2019
"To", S. King.
Dawno temu spotkałam się z krótką, bardzo ogólną opinią o tej książce. Ot, ktoś chyba miał pewne wyobrażenie i nie zweryfikował go myśląc, że we wszystkich bajkach grupka dzieciaków pokonuje zło, które na nie dybie. Odbywa się to szybko, łatwo i przyjemnie.
W gruncie rzeczy "To" można określić jednym przymiotnikiem. "To" jest trudne. Trudne do czytania, trudne do zabierania ze sobą, trudne do trzymania w dłoniach. Trudne do ogarnięcia. Trudne do zrozumienia.
Historyjka niby prosta. Dzieci - strach - zło - walka - zwycięstwo. W naprawdę wielkim skrócie.
Jak to u Kinga bywa bohaterowie są odmalowani bardzo realistycznie, całe Derry, czyli miejsce występowania "Tego" również. (Sonia Kaspbrak jak dla mnie została najbardziej wyrazistą bohaterką, choć nie gra w tej historii pierwszych, drugich czy nawet trzecich skrzypiec. Jej solowy występ w szpitalu na długo zapada w pamięć (choć w tym przypadku to niewątpliwie zasługa lektora)). Bardzo to u niego lubię, bo dowiaduję się wielu rzeczy z życia przeciętnego Amerykanina żyjącego w roku 1958. Strona obyczajowa powieści jest jak zwykle dopracowana na najwyższym poziomie. W pewnym sensie momentami przebija to nawet warstwę fabularną, trochę ją podreperowuje.
Bo książka podobała mi się, owszem, ale do czasu. Jak pisałam wcześniej akcja w pewnym momencie przestała mi się zazębiać. Na początku wszystko fajnie się zgrywało, pasowało, a później, nie wiem nawet kiedy, chyba wtedy kiedy stery przejmują dorosłe wersje naszych bohaterów czegoś zaczyna brakować. (Nie pojmowałam też w czym miałby pomóc seks smarkaczy.) Powiedzmy że ta część książki, która opowiada o życiu Frajerów za młodu wciągnęła i przeraziła mnie bardziej niż reszta.
Wiele matek dostałoby pewnie palpitacji serca na wieść co w czasie wolnym porabiają ich pociechy. A pociechy z Derry miały dość interesujące zajęcia. Budowali tamę. Uciekali przed starszymi, agresywnymi chłopakami. Budowali lepianki, w których później odbywały się spotkania Frajerów i wdychali w nich dym. Mierzyli się z tym o czym dorośli nie mieli pojęcia. Z wilkołakami, wielkimi ptaszyskami, mumiami i trędowatymi. Wszystko to było jednym, było to Tym, które terroryzowało miasteczko od niepamiętnych czasów. To żywiło się i strachem i krwią i ciałem. Mieszkało w kanałach i przybierało różne formy, najczęściej klowna, który rozdawał baloniki. Maczało to palce we wszystkich krwawych masakrach jakie miały miejsce w Derry, a biorąc pod uwagę wielkość i ilość mieszkańców miasteczka było tego stosunkowo bardzo dużo.
Bill Denbrough traci brata. Kilkuletni George wychodzi na dwór z papierowym statkiem, który zrobił mu rozłożony chorobą brat. Kiedy śledzi płynący stateczek napotyka się u wylotu kanału na klowna. To z najgorszych spotkań z klownem George'a kończy się oderwanym ramieniem i śmiercią dziecka.
Dorosły Bill wraz z przyjaciółmi wraca do Derry by ostatecznie pokonać To i przerwać ciągnącą się od wielu lat makabrę.
Ta książka jest okropnie długa. Jest jednak wspaniale napisana czego Kingowi nigdy nie można było odmówić. Jak jednak bywa w moich relacjach z tym autorem koniec książki wydaje mi się zbyt krótki, zbyt nijaki, potraktowany można by powiedzieć po macoszemu, bo jakoś to trzeba było skończyć. Nie wiem jednak co można by dać w zamian. Pozostaje zwyczajowy niedosyt, który chyba jest jednak spowodowany moim niezrozumieniem niż brakami u autora.
Choć mam papierową wersję, książkę przesłuchałam w wersji audio. Lektor jak wspominałam robił to niesamowicie. Książkę czytał Leszek Filipowicz i choć nie przesłuchałam zbyt wielu jeszcze audiobooków ten lektor zalicza się do tych, których będę bardzo lubiła (choćby za interpretację też już wspominanej Sonii Kaspbrak). Gdyby nie to, że można było jej wysłuchać nie poznałabym nigdy tej historii, bo sam widok tej książki budził we mnie przerażenie i wewnętrzny opór, bo 'jednak jest za gruba, daj spokój'. Było to ponad 54 godziny słuchania tekstu, nie jestem w stanie powiedzieć jak długo czytałabym książkę sama.
Został jeszcze "Bastion". Też podobny gabarytowo.
W gruncie rzeczy "To" można określić jednym przymiotnikiem. "To" jest trudne. Trudne do czytania, trudne do zabierania ze sobą, trudne do trzymania w dłoniach. Trudne do ogarnięcia. Trudne do zrozumienia.
Historyjka niby prosta. Dzieci - strach - zło - walka - zwycięstwo. W naprawdę wielkim skrócie.
Jak to u Kinga bywa bohaterowie są odmalowani bardzo realistycznie, całe Derry, czyli miejsce występowania "Tego" również. (Sonia Kaspbrak jak dla mnie została najbardziej wyrazistą bohaterką, choć nie gra w tej historii pierwszych, drugich czy nawet trzecich skrzypiec. Jej solowy występ w szpitalu na długo zapada w pamięć (choć w tym przypadku to niewątpliwie zasługa lektora)). Bardzo to u niego lubię, bo dowiaduję się wielu rzeczy z życia przeciętnego Amerykanina żyjącego w roku 1958. Strona obyczajowa powieści jest jak zwykle dopracowana na najwyższym poziomie. W pewnym sensie momentami przebija to nawet warstwę fabularną, trochę ją podreperowuje.
Bo książka podobała mi się, owszem, ale do czasu. Jak pisałam wcześniej akcja w pewnym momencie przestała mi się zazębiać. Na początku wszystko fajnie się zgrywało, pasowało, a później, nie wiem nawet kiedy, chyba wtedy kiedy stery przejmują dorosłe wersje naszych bohaterów czegoś zaczyna brakować. (Nie pojmowałam też w czym miałby pomóc seks smarkaczy.) Powiedzmy że ta część książki, która opowiada o życiu Frajerów za młodu wciągnęła i przeraziła mnie bardziej niż reszta.
Wiele matek dostałoby pewnie palpitacji serca na wieść co w czasie wolnym porabiają ich pociechy. A pociechy z Derry miały dość interesujące zajęcia. Budowali tamę. Uciekali przed starszymi, agresywnymi chłopakami. Budowali lepianki, w których później odbywały się spotkania Frajerów i wdychali w nich dym. Mierzyli się z tym o czym dorośli nie mieli pojęcia. Z wilkołakami, wielkimi ptaszyskami, mumiami i trędowatymi. Wszystko to było jednym, było to Tym, które terroryzowało miasteczko od niepamiętnych czasów. To żywiło się i strachem i krwią i ciałem. Mieszkało w kanałach i przybierało różne formy, najczęściej klowna, który rozdawał baloniki. Maczało to palce we wszystkich krwawych masakrach jakie miały miejsce w Derry, a biorąc pod uwagę wielkość i ilość mieszkańców miasteczka było tego stosunkowo bardzo dużo.
Bill Denbrough traci brata. Kilkuletni George wychodzi na dwór z papierowym statkiem, który zrobił mu rozłożony chorobą brat. Kiedy śledzi płynący stateczek napotyka się u wylotu kanału na klowna. To z najgorszych spotkań z klownem George'a kończy się oderwanym ramieniem i śmiercią dziecka.
Dorosły Bill wraz z przyjaciółmi wraca do Derry by ostatecznie pokonać To i przerwać ciągnącą się od wielu lat makabrę.
Ta książka jest okropnie długa. Jest jednak wspaniale napisana czego Kingowi nigdy nie można było odmówić. Jak jednak bywa w moich relacjach z tym autorem koniec książki wydaje mi się zbyt krótki, zbyt nijaki, potraktowany można by powiedzieć po macoszemu, bo jakoś to trzeba było skończyć. Nie wiem jednak co można by dać w zamian. Pozostaje zwyczajowy niedosyt, który chyba jest jednak spowodowany moim niezrozumieniem niż brakami u autora.
Choć mam papierową wersję, książkę przesłuchałam w wersji audio. Lektor jak wspominałam robił to niesamowicie. Książkę czytał Leszek Filipowicz i choć nie przesłuchałam zbyt wielu jeszcze audiobooków ten lektor zalicza się do tych, których będę bardzo lubiła (choćby za interpretację też już wspominanej Sonii Kaspbrak). Gdyby nie to, że można było jej wysłuchać nie poznałabym nigdy tej historii, bo sam widok tej książki budził we mnie przerażenie i wewnętrzny opór, bo 'jednak jest za gruba, daj spokój'. Było to ponad 54 godziny słuchania tekstu, nie jestem w stanie powiedzieć jak długo czytałabym książkę sama.
Został jeszcze "Bastion". Też podobny gabarytowo.
14 paź 2019
Ta o najlepszym serialu na świecie.
Powiedzmy sobie na samym początku wprost - ta książka nie jest tym czego się oczekiwało.
Nie jest książką złą. Nie jest niedoporacowana, nie traktuje o serialu pobieżnie, wręcz przeciwnie, autorka rozpracowała wszystko od podszewki. Ale czy chcemy czytać od tej podszewki właśnie?
W gruncie rzeczy mam wrażenie, że czytałam pracę dbałością ocierającą się o doktorat. Liczba przypisów przyprawiała o zawroty głowy. Kelsey Miller wzięła się za temat swojego ulubionego serialu bardzo dokładnie. Zaczęła od osób za "Przyjaciół" najbardziej odpowiedzialnych. Wspominała o aktorach, o okolicznościach w jakich dostali oni swoje role. Opisała ich wzajemne stosunki, opisała stosunki na planie. Opisała około serialowe skandale, szał jaki wywołała fryzura na 'The Rachel'. Cały rozdział poświęcono odcinkowi w którym była żona Rossa bierze ślub ze swoją partnerką. Autorka rozłożyła to na czynniki pierwsze od realizacji samej sceny do tego jak społeczeństwo odebrało ten ślub i jak się do niego odniosło.
Wszystko to jednak było strasznie sztywne i obdarte z tego z czego "Przyjaciele" zasłynęli. Nie było w tej książce radości ani zabawy. Miller brnęła z punktu a do b i choć robiła to z wdziękiem, bo nie można powiedzieć, że książka czytelnika męczyła, ciągle czegoś brakowało. Może i opisywała jakieś zabawne anegdotki, ale po chwili mieliśmy już do czynienia z miejscem jakie serial zajmował w wieczornej ramówce stacji telewizyjnej, która go emitowała. Autorka wnikliwie opisywała wszelakie niuanse z jaką takowe ramówki są układane, co w zasadzie mi nie było do szczęścia potrzebne.
Gdzieś spotkałam się z twierdzeniem, że książka nie wnosi nic nowego, to wszystko człowiek mógł sam wyczytać w internecie, trzeba było tylko poszukać. Cóż, może było można, ale autorka pod tym kątem odwaliła kawał niezłej roboty i za to należą jej się oklaski. Wszystkie fakty podała w dość suchej, ale strawnej formie. Zabrakło mi jednak czegoś bardziej soczystego. Jakiś ploteczek, jakiś wpadek z planu, większej ilości materiałów o aktorach. Nie można powiedzieć, że tego nie było, było jednak jak na lekarstwo i to słabe.
Autorka, wydaje mi się, bardzo wyidealizowała wszystko. Nie chce mi się wierzyć, że przez tyle lat kręcenia jednego serialu, nigdy nie było między aktorami żadnych zgrzytów. Że wszyscy byli bardzo zgodni i zawsze dążyli do jednego? Owszem, jestem w stanie uwierzyć, że jeśli walczyli o podwyżki robili to razem, ale każde z nich było człowiekiem i pewnie też miało gorsze dni.
Dowiedziałam się skąd się wzięła Ursula i czy była ona siostrą bliźniaczką Lisy Kudrow. Sporym zaskoczeniem było też oddziaływanie jakie na jeden serial mógł mieć inny. Bardzo fajny pomysł, jestem ciekawa jak wyglądałoby to w praktyce i czy u nas, w natłoku telenowel i seriali obyczajowych, coś takiego mogłoby mieć miejsce. Bardzo mało wspomina się tu o Janice i jej okrzyku, który słyszał chyba każdy. Oh! My! God! Tak, wiem, że ta postać nie jest pierwszoplanowa, ale należy też chyba do takich bohaterów, którzy najmocniej zapadają w pamięć.
Jest to fajna pozycja, dla fanów także, ale brakuje w niej jakieś swobody tematu i leniwego snucia się między poszczególnymi wspomnieniami. W zasadzie gdyby sprawiała wrażenie sympatycznej gawędy, można by było z nią przysiąść na fotelu czy kanapie i popijając kawę z wielkiego kubka czekać aż opisywani "Przyjaciele" do nas dołączą. Autorka ujęła temat bardzo rzeczowo, kładąc duży nacisk na serial jako zjawisko społeczne i kulturowe, przez co stracił on sporo na swym uroku, ciągle będąc porównywanym do czegoś w stylu produktu.
Nie jest książką złą. Nie jest niedoporacowana, nie traktuje o serialu pobieżnie, wręcz przeciwnie, autorka rozpracowała wszystko od podszewki. Ale czy chcemy czytać od tej podszewki właśnie?
W gruncie rzeczy mam wrażenie, że czytałam pracę dbałością ocierającą się o doktorat. Liczba przypisów przyprawiała o zawroty głowy. Kelsey Miller wzięła się za temat swojego ulubionego serialu bardzo dokładnie. Zaczęła od osób za "Przyjaciół" najbardziej odpowiedzialnych. Wspominała o aktorach, o okolicznościach w jakich dostali oni swoje role. Opisała ich wzajemne stosunki, opisała stosunki na planie. Opisała około serialowe skandale, szał jaki wywołała fryzura na 'The Rachel'. Cały rozdział poświęcono odcinkowi w którym była żona Rossa bierze ślub ze swoją partnerką. Autorka rozłożyła to na czynniki pierwsze od realizacji samej sceny do tego jak społeczeństwo odebrało ten ślub i jak się do niego odniosło.
Wszystko to jednak było strasznie sztywne i obdarte z tego z czego "Przyjaciele" zasłynęli. Nie było w tej książce radości ani zabawy. Miller brnęła z punktu a do b i choć robiła to z wdziękiem, bo nie można powiedzieć, że książka czytelnika męczyła, ciągle czegoś brakowało. Może i opisywała jakieś zabawne anegdotki, ale po chwili mieliśmy już do czynienia z miejscem jakie serial zajmował w wieczornej ramówce stacji telewizyjnej, która go emitowała. Autorka wnikliwie opisywała wszelakie niuanse z jaką takowe ramówki są układane, co w zasadzie mi nie było do szczęścia potrzebne.
Gdzieś spotkałam się z twierdzeniem, że książka nie wnosi nic nowego, to wszystko człowiek mógł sam wyczytać w internecie, trzeba było tylko poszukać. Cóż, może było można, ale autorka pod tym kątem odwaliła kawał niezłej roboty i za to należą jej się oklaski. Wszystkie fakty podała w dość suchej, ale strawnej formie. Zabrakło mi jednak czegoś bardziej soczystego. Jakiś ploteczek, jakiś wpadek z planu, większej ilości materiałów o aktorach. Nie można powiedzieć, że tego nie było, było jednak jak na lekarstwo i to słabe.
Autorka, wydaje mi się, bardzo wyidealizowała wszystko. Nie chce mi się wierzyć, że przez tyle lat kręcenia jednego serialu, nigdy nie było między aktorami żadnych zgrzytów. Że wszyscy byli bardzo zgodni i zawsze dążyli do jednego? Owszem, jestem w stanie uwierzyć, że jeśli walczyli o podwyżki robili to razem, ale każde z nich było człowiekiem i pewnie też miało gorsze dni.
Dowiedziałam się skąd się wzięła Ursula i czy była ona siostrą bliźniaczką Lisy Kudrow. Sporym zaskoczeniem było też oddziaływanie jakie na jeden serial mógł mieć inny. Bardzo fajny pomysł, jestem ciekawa jak wyglądałoby to w praktyce i czy u nas, w natłoku telenowel i seriali obyczajowych, coś takiego mogłoby mieć miejsce. Bardzo mało wspomina się tu o Janice i jej okrzyku, który słyszał chyba każdy. Oh! My! God! Tak, wiem, że ta postać nie jest pierwszoplanowa, ale należy też chyba do takich bohaterów, którzy najmocniej zapadają w pamięć.
Jest to fajna pozycja, dla fanów także, ale brakuje w niej jakieś swobody tematu i leniwego snucia się między poszczególnymi wspomnieniami. W zasadzie gdyby sprawiała wrażenie sympatycznej gawędy, można by było z nią przysiąść na fotelu czy kanapie i popijając kawę z wielkiego kubka czekać aż opisywani "Przyjaciele" do nas dołączą. Autorka ujęła temat bardzo rzeczowo, kładąc duży nacisk na serial jako zjawisko społeczne i kulturowe, przez co stracił on sporo na swym uroku, ciągle będąc porównywanym do czegoś w stylu produktu.
9 wrz 2019
"Telefon od anioła", G. Musso.
To mniej więcej było tak: małż z mamą jechali do lekarza, a ponieważ czekania tam dużo to małż lubi przejść się do centrum handlowego. W centrum jest Empik. W Empiku są książki, a jak ktoś ma Empik Premium to ma zniżki. Poprosiłam go zatem, by tam poszedł i zrobił mi niespodziankę. Miał kupić mi książkę, którą sam wybierze, która wg. niego przypadnie mi do gustu.
I proszę bardzo. Jakby wiedział.
Duża czcionka i duże marginesy.
Jasna, pogodna okładka.
I bum! Romantyczny thriller jeśli wierzyć "Le Figaro Magazine".
Jest to książka w którą bardzo trudno uwierzyć. Niesamowite sploty wydarzeń i bohaterowie, którzy sprawiają wrażenie jakby urwali się z choinki. Pogmatwanie z poplątaniem.
Jonathan - kucharz. Madeline - kwiaciarka. San Francisco. Paryż. Wpadają na siebie na lotnisku Kennedy'ego i przypadkiem zamieniają się telefonami. Kiedy zyskują tego świadomość są już zbyt daleko od siebie. I tu zaczynają się prawdziwe cyrki. Oboje zaczynają grzebać w telefonach i internecie dzięki czemu znajdują rzeczy, które teoretycznie nie powinny ich interesować. A zainteresują.
Jakoś nie przemawia do mnie fakt, że paryska kwiaciarka, kilka lat wstecz była twardą policjantką z Manchesteru, która usiłowała popełnić samobójstwo ze względu na niepowodzenie w sprawie nijakiej Alice Dixon. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Jonathan okazuje się być tym, który ostatni widział Alice i w dodatku widział ją żywą, po tym już jak na posterunek dostarczono jej wyrwane z piersi serce. Bohaterowie na własną rękę wznawiają śledztwo nie wiedząc jakie pociągnie to za sobą konsekwencje. Po drodze rozwiązują prywatne problemy. Jonathan dowiaduje się też, że jego była żona jest morderczynią (i co? I nic.) W całą sprawę zamieszany jest też pewien szef mafii i policja z U.S.A.
Brzmi to niemożliwie i takie też jest. Jeśli jednak czytelnik przeboleje wszelakie wybryki wyobraźni autora dostanie całkiem dobrą, choć momentami jak dla mnie minimalnie kulejącą historię. Bo jak można kogoś ot, tak sobie, zabić? Jak można tak nagle z godziny na godzinę przestawić swoje życie na inne tory? Tak, wiem. Tylko mnie to dziwi i to dlatego, że sama sobie tego nie wyobrażam.
Rozdźwięk między okładką, a treścią książki jest ogromny. Próżno szukać tu subtelnej i delikatnej kobiety z parasolką, no może przez kilkadziesiąt początkowych stron.
Nie jest to jednak ani dobry thriller, ani dobry romans, ani też dobra książka obyczajowa. Jest to dziwny miks tego wszystkiego, który można spokojnie przeczytać, aczkolwiek lepiej nie stawiać tej pozycji zbyt wysokiej poprzeczki.
Z tego wszystkiego najbardziej podobał mi się cytat umieszczony na początku jednego z rozdziałów.
Alfred De Musset
I proszę bardzo. Jakby wiedział.
Duża czcionka i duże marginesy.
Jasna, pogodna okładka.
I bum! Romantyczny thriller jeśli wierzyć "Le Figaro Magazine".
Jest to książka w którą bardzo trudno uwierzyć. Niesamowite sploty wydarzeń i bohaterowie, którzy sprawiają wrażenie jakby urwali się z choinki. Pogmatwanie z poplątaniem.
Jonathan - kucharz. Madeline - kwiaciarka. San Francisco. Paryż. Wpadają na siebie na lotnisku Kennedy'ego i przypadkiem zamieniają się telefonami. Kiedy zyskują tego świadomość są już zbyt daleko od siebie. I tu zaczynają się prawdziwe cyrki. Oboje zaczynają grzebać w telefonach i internecie dzięki czemu znajdują rzeczy, które teoretycznie nie powinny ich interesować. A zainteresują.
Jakoś nie przemawia do mnie fakt, że paryska kwiaciarka, kilka lat wstecz była twardą policjantką z Manchesteru, która usiłowała popełnić samobójstwo ze względu na niepowodzenie w sprawie nijakiej Alice Dixon. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Jonathan okazuje się być tym, który ostatni widział Alice i w dodatku widział ją żywą, po tym już jak na posterunek dostarczono jej wyrwane z piersi serce. Bohaterowie na własną rękę wznawiają śledztwo nie wiedząc jakie pociągnie to za sobą konsekwencje. Po drodze rozwiązują prywatne problemy. Jonathan dowiaduje się też, że jego była żona jest morderczynią (i co? I nic.) W całą sprawę zamieszany jest też pewien szef mafii i policja z U.S.A.
Brzmi to niemożliwie i takie też jest. Jeśli jednak czytelnik przeboleje wszelakie wybryki wyobraźni autora dostanie całkiem dobrą, choć momentami jak dla mnie minimalnie kulejącą historię. Bo jak można kogoś ot, tak sobie, zabić? Jak można tak nagle z godziny na godzinę przestawić swoje życie na inne tory? Tak, wiem. Tylko mnie to dziwi i to dlatego, że sama sobie tego nie wyobrażam.
Rozdźwięk między okładką, a treścią książki jest ogromny. Próżno szukać tu subtelnej i delikatnej kobiety z parasolką, no może przez kilkadziesiąt początkowych stron.
Nie jest to jednak ani dobry thriller, ani dobry romans, ani też dobra książka obyczajowa. Jest to dziwny miks tego wszystkiego, który można spokojnie przeczytać, aczkolwiek lepiej nie stawiać tej pozycji zbyt wysokiej poprzeczki.
![]() |
| Książka w podróży najlepszym przyjacielem. |
Z tego wszystkiego najbardziej podobał mi się cytat umieszczony na początku jednego z rozdziałów.
Nie wiem, dokąd mnie los prowadzi, ale lepiej mi się idzie, gdy trzymam cię za rękę.
Alfred De Musset
31 sie 2019
Fjällbacka raz jeszcze.
Kto miał umrzeć żył, kto miał żyć zginął. Tak można by podsumować "Bliźnięta z lodu". Bardzo dobre zakończenie. Takie gęste od niepokoju i każące się zastanawiać czy to było tylko szaleństwo czy tylko duchy. Nie wiadomo co gorsze. W zasadzie należałoby też wspomnieć o winie, skuteczności leków przeciwdepresyjnych i zemście. O ludziach słabszych i mocniejszych.
Podobała mi się ta książka. Jest też istotnym wkładem jeśli chodzi o umniejszenie stosu hańby. Z tego powodu jestem szczęśliwa, bo w końcu choć coś drgnęło.
Z stosu hańby spadł też "Kamieniarz". I to jest prawdziwy powód do dumy, bo to jedna z książek (tu akurat w dwóch częściach) od których zaczęłam zapełnianie regałów i półek. Co prawda nie przeczytałam jej, a przesłuchałam, ale koniec końców poznałam tą historię.
Po "Złotej klatce" i początkach historii o Fjällbace byłam tak średnio zainteresowana poznaniem dalszych losów Eriki i Patryka, ale w gruncie rzeczy stało się tak, że zatęskniłam za bohaterami. Jest to zgraja w miarę sympatycznych ludzi, posiadających swoje wady i zalety. Najbardziej komiczny z nich wszystkich jest oczywiście komendant Mellberg. Swoją funkcję pełni raczej tylko reprezentacyjnie, bo postrachu nie wzbudza wśród swoich podwładnych wcale. Większy posłuch ma oczywiście sekretarka, Annika, bez której komisariat nie miałby racji bytu. Irytującą postacią jest dla mnie siostra Eriki, Anna. Trochę mnie dziwi, że autorka tak gładko przeszła do porządku nad faktem, że Anna w obronie własnej i dzieci zabiła swojego męża. Ot, stało się i nie ma co roztrząsać. Nie przypominam sobie nawet by jakoś konkretniej to wytłumaczono, nie wiem co zrobiła prócz tego, że 'zabiła'. Dzieci się rodzą, ludzie umierają, życie się toczy.
Nie mogę powiedzieć, że nagle specjalnie zaczęłam doceniać książki, które napisała Läckberg. Nie. "Kamieniarz" był okej. "Ofiara losu" była też dość interesująca pod kątem kryminalnym (seryjny morderca!), ale sięgam po nie zdecydowanie ze względu na bohaterów. Wczoraj zaczęłam słuchać "Niemieckiego bękarta" i mój uśmiech wzbudzał Mellberg i jego nowy towarzysz - pies nazwany Ernstem. Swoją drogą o tym jak "świetnym" komendantem jest Mellberg świadczy odpływ 20 tysięcy koron z jego bankowego konta. Kasa wpłynęła na poczet pewnej pani o której słuch wszelaki zaginął, a jemu po niej został pierścionek wygrzebany z czekoladowego musu.
Jeśli komuś nie zależy na mrożących krew w żyłach historiach to może śmiało sięgnąć po te książki. Dużym plusem jest tutaj też dla mnie lektor, który czyta z podziałem na role i robi to naprawdę zabawnie momentami. Harry'ego Hole czyta Bonaszewski i on pasuje do tej książki. Zdecydowany, ciężki ton. Te jego pomrukiwania i pochrząkiwania idealnie współgrają z czytanym tekstem. Książki Läckberg czyta Marcin Perchuć i czasem przychodzi mu się wcielać w role dzieci czy staruszek. To niewątpliwy plus audiobooków. Jest zabawnie.
Jeśli ktoś chce zobaczyć jak wygląda Fjällbacka to zachęcam spojrzeć na ten post. A jeśli kogoś nie interesuje sama Fjällbacka to i tak polecam popatrzeć, bo to piękne krajobrazy.
Podobała mi się ta książka. Jest też istotnym wkładem jeśli chodzi o umniejszenie stosu hańby. Z tego powodu jestem szczęśliwa, bo w końcu choć coś drgnęło.
Z stosu hańby spadł też "Kamieniarz". I to jest prawdziwy powód do dumy, bo to jedna z książek (tu akurat w dwóch częściach) od których zaczęłam zapełnianie regałów i półek. Co prawda nie przeczytałam jej, a przesłuchałam, ale koniec końców poznałam tą historię.
Po "Złotej klatce" i początkach historii o Fjällbace byłam tak średnio zainteresowana poznaniem dalszych losów Eriki i Patryka, ale w gruncie rzeczy stało się tak, że zatęskniłam za bohaterami. Jest to zgraja w miarę sympatycznych ludzi, posiadających swoje wady i zalety. Najbardziej komiczny z nich wszystkich jest oczywiście komendant Mellberg. Swoją funkcję pełni raczej tylko reprezentacyjnie, bo postrachu nie wzbudza wśród swoich podwładnych wcale. Większy posłuch ma oczywiście sekretarka, Annika, bez której komisariat nie miałby racji bytu. Irytującą postacią jest dla mnie siostra Eriki, Anna. Trochę mnie dziwi, że autorka tak gładko przeszła do porządku nad faktem, że Anna w obronie własnej i dzieci zabiła swojego męża. Ot, stało się i nie ma co roztrząsać. Nie przypominam sobie nawet by jakoś konkretniej to wytłumaczono, nie wiem co zrobiła prócz tego, że 'zabiła'. Dzieci się rodzą, ludzie umierają, życie się toczy.
Nie mogę powiedzieć, że nagle specjalnie zaczęłam doceniać książki, które napisała Läckberg. Nie. "Kamieniarz" był okej. "Ofiara losu" była też dość interesująca pod kątem kryminalnym (seryjny morderca!), ale sięgam po nie zdecydowanie ze względu na bohaterów. Wczoraj zaczęłam słuchać "Niemieckiego bękarta" i mój uśmiech wzbudzał Mellberg i jego nowy towarzysz - pies nazwany Ernstem. Swoją drogą o tym jak "świetnym" komendantem jest Mellberg świadczy odpływ 20 tysięcy koron z jego bankowego konta. Kasa wpłynęła na poczet pewnej pani o której słuch wszelaki zaginął, a jemu po niej został pierścionek wygrzebany z czekoladowego musu.
Jeśli komuś nie zależy na mrożących krew w żyłach historiach to może śmiało sięgnąć po te książki. Dużym plusem jest tutaj też dla mnie lektor, który czyta z podziałem na role i robi to naprawdę zabawnie momentami. Harry'ego Hole czyta Bonaszewski i on pasuje do tej książki. Zdecydowany, ciężki ton. Te jego pomrukiwania i pochrząkiwania idealnie współgrają z czytanym tekstem. Książki Läckberg czyta Marcin Perchuć i czasem przychodzi mu się wcielać w role dzieci czy staruszek. To niewątpliwy plus audiobooków. Jest zabawnie.
Jeśli ktoś chce zobaczyć jak wygląda Fjällbacka to zachęcam spojrzeć na ten post. A jeśli kogoś nie interesuje sama Fjällbacka to i tak polecam popatrzeć, bo to piękne krajobrazy.
30 cze 2019
"Nóż", Jo Nesbo.
Mówiąc szczerze to nowy Harry mnie rozczarował.
Intryga oczywiście była poprawna.
Zakończenie było zaskakujące.
Harry był sobą, ale...
Ale to wszystko mnie rozczarowało.
Jeśli jest to ostatnia książka w której mamy okazję spotkać się z komisarzem Harrym Hole to w porządku. W gruncie rzeczy jeśli tak faktycznie jest to nie mogło być inaczej i nie mam się na co skarżyć. Chciałabym jednak by wątki, takie luźne wątki, które bardzo lubiłam, a były tymi pobocznymi znalazły swoje rozwiązanie. Polubiłam nawet Trulsa. Chciałabym wiedzieć co z trupem którego umieścił w tarasie Bellmanów. Chciałabym wiedzieć co z samymi Bellmanami. Chciałabym poznać inne odpowiedzi, a Nesbo jakby wszystko oddzielił bardzo grubą kreską i skupił się tylko na jednym.
Harry nie wie co robić. Budzi się z pustką w głowie, na spodniach ma krew, bolą go kłykcie. Ot, pustka w głowie jak wiele innych, w końcu nie pierwszy raz alkohol go zamroczył.
Jak się jednak dosć szybko okazuje sprawa wygląda gorzej niż zwykle. Rakel nie żyje. Harry pomimo tego, że rozstał się z nią i degradacji do poziomu Berntsena zaczyna szukać winnego. Miota się od Tego-Który-Jest-Winien-Na-100%, do coraz to mniej sensownych poszlak. Nawet najmniejszy ślad zostaje zbadany i wskazuje na kolejnego winnego.
Książka wydaje się jednym wielkim studium paranoi głównego bohatera. Jest w swej paranoi genialny. Sprawdzi wszystkich i wszystko byle tylko poznać prawdę. Spróbuje wszystkiego.
Czytelnik znający jego przygody od początku musiał się tego spodziewać od czasu kiedy 'Nóż' zapowiedziano.
Bo jeśli paranoja osiągnęła apogeum czy nie oznacza to, że Harry Hole może stać się mordercą?
Zdziwiłoby to kogoś?
Chyba nie.
Nesbo jest jednak mistrzem jeśli chodzi o zaskakiwanie czytelników.
Podobała mi się postać Roara Bohra i Petera Ringdala. Wydawać by się mogło, że morderca jest w każdym z nas. Potrzeba tylko pewnych specyficznych okoliczności by to zwierzę się obudziło.
Udręczyły mnie natomiast postaci kobiece. Które bardzo chętnie widziałby się obok Harry'ego. Nie wiem. Kai nigdy nie lubiłam, a Alexandra mnie do siebie nie przekonała. Takie zapchajdziury, które czasem pomogły fabule.
Najbardziej jednak w tej książce rozczarował mnie sam Harry. Nie dlatego, że tak długo miotał się wśród wszystkiego tylko dlatego, że więcej lojalności wykazał względem przyjaciół niż względem własnej żony. I chcąc nie chcąc przyczynił się do tego co ją spotkało.
Tak, wiem, nikt nie jest w stanie przewidzieć późniejszych konsekwencji swoich czynów, ale...
Jak dla mnie to Harry był winien.
Zdołowała mnie ta książka i tyle.
Intryga oczywiście była poprawna.
Zakończenie było zaskakujące.
Harry był sobą, ale...
Ale to wszystko mnie rozczarowało.
Jeśli jest to ostatnia książka w której mamy okazję spotkać się z komisarzem Harrym Hole to w porządku. W gruncie rzeczy jeśli tak faktycznie jest to nie mogło być inaczej i nie mam się na co skarżyć. Chciałabym jednak by wątki, takie luźne wątki, które bardzo lubiłam, a były tymi pobocznymi znalazły swoje rozwiązanie. Polubiłam nawet Trulsa. Chciałabym wiedzieć co z trupem którego umieścił w tarasie Bellmanów. Chciałabym wiedzieć co z samymi Bellmanami. Chciałabym poznać inne odpowiedzi, a Nesbo jakby wszystko oddzielił bardzo grubą kreską i skupił się tylko na jednym.
Harry nie wie co robić. Budzi się z pustką w głowie, na spodniach ma krew, bolą go kłykcie. Ot, pustka w głowie jak wiele innych, w końcu nie pierwszy raz alkohol go zamroczył.
Jak się jednak dosć szybko okazuje sprawa wygląda gorzej niż zwykle. Rakel nie żyje. Harry pomimo tego, że rozstał się z nią i degradacji do poziomu Berntsena zaczyna szukać winnego. Miota się od Tego-Który-Jest-Winien-Na-100%, do coraz to mniej sensownych poszlak. Nawet najmniejszy ślad zostaje zbadany i wskazuje na kolejnego winnego.
Książka wydaje się jednym wielkim studium paranoi głównego bohatera. Jest w swej paranoi genialny. Sprawdzi wszystkich i wszystko byle tylko poznać prawdę. Spróbuje wszystkiego.
Czytelnik znający jego przygody od początku musiał się tego spodziewać od czasu kiedy 'Nóż' zapowiedziano.
Bo jeśli paranoja osiągnęła apogeum czy nie oznacza to, że Harry Hole może stać się mordercą?
Zdziwiłoby to kogoś?
Chyba nie.
Nesbo jest jednak mistrzem jeśli chodzi o zaskakiwanie czytelników.
Podobała mi się postać Roara Bohra i Petera Ringdala. Wydawać by się mogło, że morderca jest w każdym z nas. Potrzeba tylko pewnych specyficznych okoliczności by to zwierzę się obudziło.
Udręczyły mnie natomiast postaci kobiece. Które bardzo chętnie widziałby się obok Harry'ego. Nie wiem. Kai nigdy nie lubiłam, a Alexandra mnie do siebie nie przekonała. Takie zapchajdziury, które czasem pomogły fabule.
Najbardziej jednak w tej książce rozczarował mnie sam Harry. Nie dlatego, że tak długo miotał się wśród wszystkiego tylko dlatego, że więcej lojalności wykazał względem przyjaciół niż względem własnej żony. I chcąc nie chcąc przyczynił się do tego co ją spotkało.
Tak, wiem, nikt nie jest w stanie przewidzieć późniejszych konsekwencji swoich czynów, ale...
Jak dla mnie to Harry był winien.
Zdołowała mnie ta książka i tyle.
22 maj 2019
"Save You". And me.
Dobrze jest się zanurzyć od czasu do czasu w
takich zwyczajnych problemach innych ludzi. Tym bardziej kiedy oni są
naszymi wyobrażonymi znajomymi z książek. Nie obarcza nas to zbytnio,
zawsze choć trochę czegoś uczy, a po przeczytaniu książki możemy
spokojnie zasnąć, bo wiemy, że będzie kolejny tom, a wtedy dla naszych
znajomych wszystko skończy się dobrze. Przynajmniej możemy mieć taką
nadzieję.
Z bohaterami znanymi z "Save me" lubię się. Nie są jacyś
przesłodzeni, nie są zbyt roztrzęsieni, ogólnie mówiąc wzbudzają
zaufanie, bo wydają się prawdziwi. Typowi młodzi dorośli, tyle że
obarczeni życiową schedą jak James i Lydia, oraz Ruby, nadal szalenie
odpowiedzialna i ukierunkowana prosto na Oksford.
W drugim tomie śledzimy ich dalsze losy. Już jakby mniej
czasu spędzamy w Maxton Hall. Książka skupia się na relacji młodego
Beauforta, a to z Ruby, a to z siostrą, ojcem i przyjaciółmi. Lydia,
która musi mierzyć się z własnymi problemami dostaje od Mony Kasten
więcej czasu, co mi bardzo przypadło do gustu, bo nie mamy dzięki temu
do czynienia z historią traktującą tylko i wyłącznie o jednej parze i
ich rozterkach. Również postać Ember, która jest siostrą Ruby, zostaje bardziej
rozwinięta. Dobrze uzupełnia fabułę i wydaje się, że w trzecim tomie
odegra większą rolę od statystki, jaką pełniła w pierwszej części.
Nieszablonowość, to zaleta tej serii. Jeśli ktoś liczył na
to, że historia Ruby i Jamesa będzie prosta to się przeliczy. Para
spotyka się z przeciwnościami losu, musi też sprostać nieprzychylności
ludzi, którzy wydawali się dla jednego z nich przyjaciółmi. W dodatku -
nie całkiem z ich winy. Zazwyczaj jest tak, że para musi walczyć, ale po
swojej stronie ma rodzinę i przyjaciół. Kasten wszystko jednak fajnie
komplikuje i robi to zgrabnie. Ruby i James nie wiedzą skąd na nich
spadnie pech. Postać ojca Jamesa, też już nie wydaje się taka oczywista
jak było w pierwszym tomie i większość drugiego. Chciałoby się mieć
nadzieję, że miłość rozwiąże każdy problem, ale czy tak będzie?
12 maj 2019
"Krwawa pomarańcza" była smaczna.
Hm... Co by tu napisać o tej "Krwawej pomarańczy"? Na pewno to, że książka była zaskakująca. W pewnym sensie, bo choć od początku można było zgadnąć kto stoi za tym co złe, to jednak skala tego złego jest bardziej zadziwiająca niż mogłoby się wydawać.
Także postać Alison jest zaskakująca, bo choć nie mogłam jej zdzierżyć do samego końca to jednak musiałam na nią spojrzeć pod trochę innym kątem. Owszem, każdy ma wolną wolę, każdy może wybierać jak chce, ale co jeśli pod pewnym względem ktoś decyduje za nas i mniej czy bardziej, ale jest jednak odpowiedzialny za to co tak szczerze myślimy o sobie? Popycha nas do obwiniania samego siebie jednocześnie starając się być tym najlepszym? Toksyczni ludzie. Nawet ci najbliżsi.
Fajny strzał w ciemno, bo kiedy kupowałam tą książkę nie wiedziałam o niej nic. Może nie stała się jedną z ulubionych, ale nie szkoda mi pieniędzy jakie za nią zapłaciłam, ani też czasu jaki spędziłam na czytaniu. Dobra, wciągająca historyjka przy której kartki przewracają się same.
Ktoś napisał o tej książce, mniej więcej, że nie po to nauczył się czytać, by czuć obrzydzenie. Ale gdzie? Wydaje mi się, że są książki ukazujące w bardziej dosadny sposób sceny tzw. 'ostrego seksu' czy wręcz gwałtu. Nie ma się czego bać. Choć oczywiście rozumiem, bo sama mam podobnie odnośnie innych treści, które innych nie wzruszają.
________________________________
Ależ piękna dziś ta pogoda. Pada cały dzień, więc trzeba by rozejrzeć się za inną lekturą.
Także postać Alison jest zaskakująca, bo choć nie mogłam jej zdzierżyć do samego końca to jednak musiałam na nią spojrzeć pod trochę innym kątem. Owszem, każdy ma wolną wolę, każdy może wybierać jak chce, ale co jeśli pod pewnym względem ktoś decyduje za nas i mniej czy bardziej, ale jest jednak odpowiedzialny za to co tak szczerze myślimy o sobie? Popycha nas do obwiniania samego siebie jednocześnie starając się być tym najlepszym? Toksyczni ludzie. Nawet ci najbliżsi.
Fajny strzał w ciemno, bo kiedy kupowałam tą książkę nie wiedziałam o niej nic. Może nie stała się jedną z ulubionych, ale nie szkoda mi pieniędzy jakie za nią zapłaciłam, ani też czasu jaki spędziłam na czytaniu. Dobra, wciągająca historyjka przy której kartki przewracają się same.
Ktoś napisał o tej książce, mniej więcej, że nie po to nauczył się czytać, by czuć obrzydzenie. Ale gdzie? Wydaje mi się, że są książki ukazujące w bardziej dosadny sposób sceny tzw. 'ostrego seksu' czy wręcz gwałtu. Nie ma się czego bać. Choć oczywiście rozumiem, bo sama mam podobnie odnośnie innych treści, które innych nie wzruszają.
________________________________
Ależ piękna dziś ta pogoda. Pada cały dzień, więc trzeba by rozejrzeć się za inną lekturą.
17 mar 2019
"Słowik", Kristin Hannah.
Gdybyście jednak zapytali dlaczego to nie potrafiłabym tego uzasadnić. Owszem, Isabelle miała trudne życie. Niebezpieczne. Jej uczucie do Gaetona było opisane dość skromnie, żadna tam wielka rozbuchana miłość. Wydarzenia się toczyły, trudne jak podczas każdej wojny. Niebezpieczna gra o życie obcych ludzi, szalone przeprawy przez Pireneje, tortury, próby przetrwania obozu. Z drugiej strony życie Vianne, można by powiedzieć, że służalcze, takie mało brawurowe. Byle tylko uchronić dzieci, byle przeżyć kolejny dzień, kolejną zimę, kolejny rok. Obie siostry choć miały tak odmienne stanowiska poświęcały ile mogły by robić to co mogły zrobić.
Złamałam się wtedy kiedy go wreszcie spotkała, kiedy to on ją znalazł i kiedy to nie skończyło się szczęśliwie, choć jeśli karma wraca to właśnie wtedy powinna zacząć swoje szczęśliwe życie jako zakochana dziewczyna ze swym chłopcem u boku. Złamałam się kiedy Vianne odebrano Daniela. Bo jakoś nigdy o tym nie pomyślałam, o tym, że skoro ukrywało się Żydowskie dzieci to po wojnie ich rodziny, bliższe czy dalsze, szukały i przyzywały je do siebie. A te dzieci przecież kochało się jak własne.
Czytając książkę na początku myślałam z niezadowoleniem, że mało tu wojny. Mało opisów, mało jakiś faktów, ale tak naprawdę nie było to jednak potrzebne. Cała tragedia pokazana została w relacjach sióstr, wzajemnych, w relacji Isabelle - ojciec, w relacji Vianne i Becka, bo przecież tak naprawdę Niemcy przede wszystkim byli ludźmi, nie potworami, nie wszyscy. Wojna też ich dotykała, też ich męczyła i zabijała.
Wszystkie słowa zachwytu nad tą książką są jak najbardziej zasadne. To wspaniała, choć przejmująco smutna historia, pokazująca nie tyle okrucieństwa obozów, a okrucieństwo codzienności w jakiej musieli się odnaleźć zwyczajni ludzie, którym przyszło żyć podczas wojny. Powinien ją przeczytać każdy, chociaż raz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























