Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo świat książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo świat książki. Pokaż wszystkie posty

8 kwi 2020

Historie dwóch kobiet.

Tak się złożyło, że czytając i słuchając ostatnio książek trafiłam na dwie kompletnie inne bohaterki. Dwie inne sytuacje.

Podobał mi się ten rozdźwięk między nimi. Myślałam sobie o jednej i drugiej. Jedna z nich w pewnym sensie trochę mnie bawiła, a druga budziła dość mieszane uczucia. Ta jedna była kreowana na bardzo konkretną, pewną siebie kobietę. Miała być taka zła, bardzo zła... Tak koszmarnie zła, że aż chce kogoś zabić w ramach zemsty. Ta druga jest zagubioną, zmęczoną, zrozpaczoną młodą matką, która nie może sobie poradzić z dzieckiem i tak trochę chyba z samą sobą.


Pierwsza bohaterka, ta do szczętu zła to "Dziewczyna zwana Jane Doe".  Dlaczego mnie bawiła? No cóż, akcja książki krąży wokół motywu zemsty i tego kim jest Jane. A jest ona jak sama wielokrotnie zauważa i podkreśla - socjopatką. Poznajemy historię z perspektywy osoby pierwszej, więc wiemy doskonale co o sobie myśli i mówi Jane. Bohaterka poświęca swój czas na zemstę. Jej celem staje się Steven, bucowaty, dwulicowy facet, który na sam skraj popchnął najlepszą przyjaciółkę Jane. Meg popełnia samobójstwo. Nasza bohaterka planuje słodką zemstę, tworzy sobie drugą tożsamość, podejmuje pracę w tym samym biurze co Steve, a robi to tylko po to by go zabić. Czekałam z utęsknieniem, aż w końcu to się stanie i nic z tego nie wyszło, niestety. Zemsta jednak się dopełnia, Jane osiąga spokój ducha i rozpoczyna nowy rozdział życia.

Druga z książek to jak przewijanie kasety wideo od tyłu. "Gdzie jest Mia" opowiada historię Estelle. Jak wspominałam, Estelle jest młodą matką, która bardzo martwi się o swoją córeczkę. Jest przewrażliwiona i wyczerpana. Zostawiona sama sobie traci nad wszystkim kontrolę, aż w końcu pewnego dnia odkrywa, że Mia jak i wszystko co było z nią związane znika z mieszkania. Estelle traci pamięć, a my śledzimy drogę jaką przebywa by odzyskać i siebie i swoją córkę. Bo czy to ona jest winna? Skąd krew? A rana postrzałowa? Gdzie jest Mia? Dlaczego Estelle skończyła w rozbitym w wąwozie samochodzie?

Jeśli bym miała zdecydować, która z książek była lepsza trudno by mi było wskazać. Jedna i druga miała swoje plusy jak i minusy. Zależy kto co lubi czytać. Jednych urzeknie historia zagubionej w sobie i w czasie Estelle walczącej o zdrowie i córkę. Drudzy będą kibicować Jane, która z zimną krwią planować będzie zemstę. Rozczaruje ich jednak to, że tej krwawej vendetty nie będzie. Mnie osobiście to bardzo zirytowało. Bo, och, ona taka zła, tak jej się podobają ślady jakie nóż zostawia na gardle Stevena... A może odetnie mu coś innego? A może, może...
W drugim przypadku wina leży po mojej stronie. Nie umiem się odnaleźć w bohaterce, ani też nawiązać z nią nici porozumienia. Śledziłam jej losy z ciekawością, ale fabuła nie zapierała tchu jak można by się spodziewać po tych okładkowych zapowiedziach.

Nie mogę powiedzieć, że polecam, ale nie mogę też powiedzieć, że to jakieś złe książki, które należy z dala omijać.

"Gdzie jest Mia" jest odhaczeniem punktu rocznego wyzwania. Występuje jako 'książka która była nieprzeczytana na twojej półce najdłużej'. Zabierałam się za nią już kilka lat aż wreszcie się stało i jest przeczytana.

25 mar 2020

"Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta", C.North.

Będę się zachwycać, ostrzegam.

Każdy kto tutaj zagląda wie, że lubię historie, które mają kilka tomów. Czytam sobie takie mniej więcej na przestrzeni roku. Poprzednio były to książki Nesbo o Harrym Hole, teraz poczytuję felietony Jeremy'ego Clarksona.

Ale książka którą ostatnio przesłuchałam była jakby skondensowaną kapsułką. Mieściła w sobie piętnaście żyć głównego bohatera. I była świetna.


Harry August przychodzi na świat jako owoc gwałtu. Jego przybrany ojciec pracuje w majątku jego biologicznego ojca. Przeżywa swoje życie i umiera. Rodzi się znowu. Znowu jako bękart, znów przeżywa swoje życie. Rodzi się w znajomych sobie okolicznościach, pamięta poprzednie życie. Żyje i umiera. Zazwyczaj umiera na szpiczaka chyba że popełnia samobójstwo, chyba że ktoś strzela mu w tył głowy. Jest ouroboraninem i urodzi się znowu. I znowu umrze. W którymś życiu dowiaduje się o Bractwie Kronosa. O innych osobnikach jemu podobnych. O swoistych podróżach w czasie, o przekazywaniu wiadomości z przeszłości i z przyszłości. Bo świat nagle zaczyna się rozpadać, niszczeć, a Harry może temu położyć kres, bo wie co się dzieje.

Jeśli zaczniecie głębiej się zastanawiać nad istotą tej książki nie poczujecie się zbyt mądrzy. Przynajmniej ja się nie poczułam, bo jak można się rodzić i przeżywać wciąż to samo życie? I jak mogą to robić inni? Co tam z tym czasem? To linia, czy koło? Dlaczego w ogóle istnieje przeszłość i przyszłość? Radzę się nad tym nie zastanawiać i po prostu czytać.

A książka jest wyborna. Bo jeśli na początku wszystko może wydawać się trochę pogmatwane i jednocześnie nudne, to później już historia się klaruje i naprawdę wciąga. Śledzimy poszczególne epizody z życia Harry'ego, które składają się w jedną spójną całość. Poznajemy innych ouroboraninów, dowiadujemy się jakie skutki może mieć amnezja i zabójstwo przed urodzeniem. Dowiadujemy się też dlaczego nie warto grzebać w historii, nie można zmieniać jej biegu i przyspieszać rozwoju technologii.

"Piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" kwalifikowana jest jako fantastyka czy sci-fi. Zgodzę się z tym, ale jest to całkiem fajna powieść obyczajowa, momentami sensacyjna. Po części opowiada o szukaniu swojego miejsca na ziemi, bo to kim bohater jest pozwala mu na obranie kilkunastu różnych dróg i sprawdzenia ich. Walka z głównym antagonistą pokazuje jak wielką cierpliwość trzeba mieć i jak bardzo przebiegłym trzeba być, bo nie zamyka się ona w jednym żywocie.

Historia Harry'ego skłania do wielu przemyśleń. Bo iluż z nas po jakimś czasie myśli sobie, ach zrobiłbym/zrobiła to inaczej? Albo że obralibyśmy całkiem inne drogi, studiowalibyśmy co innego, lub związali się z kimś innym? Bohater ma takie możliwości, ale jest też trochę uprzywilejowany, bo z poprzednich żyć zna wyniki meczów, gonitw, wszystkiego na czym można zarobić i trochę się ustawić pod kątem pieniędzy. Będąc dzieckiem jednocześnie ma świadomość dorosłej osoby. Ma o wiele większą kontrolę. My życie mamy tylko jedno, kontrolę przez sporą jego część praktycznie żadną, a i tak umieramy z przeświadczeniem, że coś było nie tak. Przynajmniej ja mam takie wrażenie, choć raczej na końcu pewnie mało mnie będzie to obchodziło. Chyba, że umrę na raka płuc. Wtedy będę umierała strasznie wkurzona, bo nigdy nie paliłam. Mniejsza z tym.

Książkę polecam.

Wspomnę też skąd pomysł na to by poznać historię Augusta. Jakiś czas temu pisałam, że zaczynam słuchać podcastów, bo raz, że już nie słucham Trójki, a dwa, że ogólnie za często w radiu mówią o koronawirusie. Trafiłam więc na kanał Strefa Czytacza, gdzie było tylko kilka odcinków w temacie okołoksiążkowym. Później odwiedziłam kanał na You Tubie i tam poznałam trochę bliżej sympatyczną parę która opowiada o książkach właśnie. I robi to na różne sposoby, na przykład takie >klik, klik< :)

5 gru 2019

Przyszły nowe.

Przyszła wyczekiwana paczka z Empiku o której miałam wam napisać. Zawierała w sobie trzy książki, dwie dla mnie, a ta ostatnia, trzecia książka ma być prezentem dla pewnego młodego mężczyzny.



Może zacznę od "Królestwa nędzników" Paulliny Simons. Jest to drugi tom trylogii Kres Wieczności opowiadającej o losach uczucia Juliana i Josephine. O pierwszym tomie "Łowcy tygrysów" pisałam w okolicach czerwca, jeśli ktoś jest zainteresowany niech zerknie do archiwum. Podoba mi się ta historia, bo opowiada o, wydawać by się mogło, oklepanym temacie w dość nieszablonowy i zaskakujący sposób. Tym bardziej chcę ją przeczytać, bo trzeci tom już jest i tylko czekać aż pewnie niedługo pojawi się polskie tłumaczenie.


Kto zna Coreya Taylora ten jest już przyzwyczajony do jego scenicznego image. Kto go nie zna, proszę, niech wygogluje sobie 'Corey Taylor masks'. Tylko się nie przestraszcie. Taylor jest wokalistą dwóch zespołów (Slipknot i Stone Sour), które grają coś co małż określa 'muzyką mocno relaksacyjną'. Sama osobiście bardzo lubię takie klimaty i od długiego już czasu chciałam przeczytać jakąkolwiek książkę jego autorstwa, ale jakoś nigdy żadnej nie mogłam kupić. Padło wreszcie na tą pierwszą. Czego się można spodziewać? "Siedem Grzechów Głównych to brutalnie szczere "spojrzenie na życie, które mogło potoczyć się tragicznie" i na odkrywcze przemyślenia, które pomogły je wyprostować."
Swoją drogą to chyba jedyna książka wydana u nas. Taylor napisał łącznie trzy.


"1000 ciekawostek o motoryzacji" przegląda właśnie małż i chyba mu się podoba. Kiedy zapytałam go co tam ciekawego w środku odparł ze stoickim spokojem, że: "1000 ciekawostek o motoryzacji". Taaak. Zatem to książka raczej dla mężczyzn, co zabawne napisana przez kobietę, Iwonę Czarkowską. Zerkałam na książkę kątem oka i zauważyłam, że składa się z kilkunastu działów i wielu ładnych mniejszych i większych fotografii, które na pewno przyciągną oko i zainteresują wspominanymi ciekawostkami. Poczytamy o samochodach, parkingach motocyklach, formule 1, a także o motoryzacyjnych rekordach i wielu innych rzeczach. Myślę, że każdemu przedstawicielowi płci męskiej, starszemu czy młodszemu przypadnie do gustu.





Czekam na jeszcze jedną książkę, którą udało mi się zgarnąć w radiowej Trójce. Razem z małżem podjęliśmy ok. 100 prób połączeń telefonicznych aż w końcu się udało i jakiś miły pan, który pełnił poranny dyżur podniósł słuchawkę.

2 paź 2019

"Zimowy ogród", K. Hannah.

Chyba się starzeję. Coraz łatwiej się wzruszam oglądając filmy i czytając książki. Staram się unikać drażliwych dla mnie kwestii i jest lista książek czy filmów, których nie przeczytam ani nie obejrzę. Niekiedy jednak biorąc do ręki daną książkę człowiek się spodziewa i nawet jest pewien, ale jednak czyta.

Książki Hannah mają w sobie to coś co do płaczu zmusza. Przy "Zimowym ogrodzie" sprawa zakończyła się na jednym szlochu, bo przecież żaden szanujący się pesymista nie weźmie takiego zakończenia na serio, ale jednak - szloch był.



Kristin Hannah chyba lubi pisać o kobietach i o rodzeństwie. Tutaj głównymi bohaterkami sa siostry. Meredith - twardo stąpająca po ziemi matka dwóch dorosłych córek, mężatka. Prowadzi rodzinny interes, który przejęła po ojcu, opiekuje się nim i matką. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Nina. Obieżyświat i fotograf. Zawsze jest tam gdzie dzieją się złe rzeczy. Nie dąży do ustatkowania się choć od kilku lat jest w czymś co można nazwać stałym związkiem. Zawsze z aparatem w ręku, gość w domu.

Obrazu kobiet w tej rodzinie dopełnia ich matka. Ponad osiemdziesięcioletnia cicha, opanowana i zasadnicza Anja Whitson. Jeśli córki przyjmowałyby kolory czarny i biały, Anja byłaby neutralną szarością. Trudno ją nazwać matką. Wydaje się nie mieć serca dla własnych córek. Może i nimi nie pogardza, ale też nie wygląda na to, że kocha. Jedyną osobą, która doświadczyła miłości z jej strony jest jej mąż. Wszystkie trzy są zmuszone stawić czoła pewnemu wydarzeniu z przeszłości, które zapoczątkowało rozłam na linii matka - córki. Staje się tak za sprawą ostatniej woli głowy rodziny. Ojciec umierając zostawia je nijako skazane na siebie.

Dużo tytułem wstępu, ale naprawdę mało zdradziłam z fabuły. Dość prostej, by nie powiedzieć, że oklepanej. Wiele z was ma na pewno problemy z dogadywaniem się z rodziną i to najbliższą. Ktoś być może przechodzi żałobę i stara się sobie ze stratą poradzić. Radzimy sobie różnie. Siedzimy, płaczemy, uciekamy w pracę czy obowiązki. Być może ktoś oddala się od bliskich, wierząc, że tak właśnie sobie poradzi. A co jeśli sprawa ma się podobnie jak w książce, kiedy to zostaje jeden z rodziców? Czy to co dla niego wybieramy będzie dobre? Czy posiłkowanie się pomocą przy opiece będzie dobrze odebrane? Czy należy wszystko uparcie trzymać w garści i powtarzać przez łzy, że jest okej?

Książka jest właśnie o tym. O tym, że w pojedynkę trudno sobie radzić ze stratą. Należy się otworzyć na drugiego człowieka by poczuć się lepiej. Trudno jest nosić przez całe życie wspomnienia z przeszłości i kisić je w sobie zapamiętale. Idealnym przykładem tego jest matka Niny i Meredith. Traumatyczne wydarzenia z oblężonego Leningradu rzutowały i niszczyły większą część jej życia. Niszczyły jej relacje z córkami, niszczyły z ją samą.

Być może nie jest to arcydzieło, ale jest to książka godna polecenia. Zakończenie, jak już wspominałam, jest dla mnie mało prawdopodobne, ale każda bajka kończy się dobrze, tak więc i bajka Wiery Pietrowny Marczenko Whitson musiała tak się skończyć. Jest to też historia dla ludzi szukających pocieszenia w trudnych chwilach. Tak, można prychnąć: phi, takie rzeczy tylko w książkach! Od czegoś trzeba jednak zacząć. Książka porusza wiele istotnych kwestii w stosunkach międzyludzkich panujących w rodzinie. Pokazuje jak istotna jest zwykła rozmowa, czasem wystarczy zwyczajnie pogadać. Wystarczy chcieć.

No i ten Leningrad w tle.

16 cze 2019

"Łowca tygrysów", P. Simons.

Czy jeśli stracilibyście miłość swojego życia postawilibyście wszystko na jedną szalę, by spróbować w jedną noc, w jedną minutę ją odzyskać?

Można spróbować i zostać łowcą tygrysów.



Taki problem rysuje się przed bohaterem najnowszej książki Paulliny Simons. Julian nie ma lekko. Po stracie Josephine (która wcale nie była Josephine) boryka się z żalem, wyrzutami sumienia i próbami odnalezienia dla siebie miejsca w świecie. Opuszcza słoneczne Los Angeles na rzecz chmurnego Londynu, byle dalej od wszystkiego. Od tego czego nie rozumie, od rozpaczy, od ludzi. Spotyka tam kucharza. Który w zasadzie jest czymś, kimś, więcej. Czy to co proponuje zdruzgotanemu mężczyźnie jest normalne? Sensowne? Jak on zdecyduje?

Tak jak wspominałam poprzednio coś poszło źle. Piękna, aż nierealna, historia miłości dwojga ludzi została przerwana by autorka mogła snuć ją dalej. W całkiem innym czasie i w całkiem innych okolicznościach. Jeśli ktoś lubi elementy fantastyczne w książkach to myślę, że ta historia przypadnie mu do gustu. Jules się nie poddaje, stara się i podejmuje ryzyko. Nie wiem jeszcze do końca czy to mu się opłaci. Kindle informuje, że do przeczytania książki pozostało 23%, więc jak wiadomo może zdarzyć się wszystko, najróżniejsze rzeczy i mam nadzieję, że tak, bo jeśli to ma być trylogia to historia nie może znaleźć swego finału zbyt szybko.

Bohatera polubiłam. Jules jest fajnie wyważony. Bo jest zrozpaczony, ale nie do końca pokonany. Tytułuje się mianem Tego Który Wie Wszystko, a tak naprawdę okazuje się, że nie wie nic. Jest jak dziecko we mgle, ale nie poddaje się. Walczy i wierzy, choć ta wiara na samym początku była bardzo chwiejna. Uwierzył, by szukać swego szczęścia w innym czasie. By dać im szansę, której nie mogli tak w zasadzie mieć w Los Angeles. Zaryzykował.

Czego żałuję bardzo to tego, że autorka zrezygnowała z tak urzekającego sposobu narracji. Jest to dla mnie zrozumiale, bo fabuła, bo wydarzenia, bo dialogi, bla, bla, bla, ale... Ech, bardzo przyjemnie się to czytało. Mam nadzieję, że do tego wróci.

Książka jest zabawna, mądra. Można sobie przy niej podgybać i się zapomnieć. Od jutra można zacząć na nią polować w owadzim dyskoncie i skuszę się, bo warto ją mieć i myślę, że miło będzie do niej wracać bez względu jak historia Josephine i Julesa się skończy.





No wiem, że to trylogia i tak szybko się nie skończy. Tym lepiej. Wierzę w Simons.

6 cze 2019

Inne czasy, inna historia.

Leningrad, 1941.
Los Angeles, czasy najpewniej współczesne.

Dwie pary, całkiem inne życia.

Nowa trylogia. "Koniec wieczności".

Siłą rzeczy nie mogę się powstrzymać by nie zacząć od porównywania z "Jeźdźcem miedzianym". Można powiedzieć, że ta nowa historia w porównaniu do "Jeźdźca" jest wręcz trywialna. Świetne czasy, wszystkiego w bród, praca, jedzenie, wolny wybór.

On, Julian, w miarę ustatkowany, przystojny. Wie czego chce i nie boi się iść za głosem serca. Ona, Josephine, jest fantastycznie roztrzepaną, sfiksowaną na punkcie teatru aktorką.

Paullina Simons lubi snuć długie powieści, a ja lubię kiedy ona to robi. Ta jedna, ta z Leningradu, opisująca jego blokadę z roku 1941 wydaje się być trudną od samego początku. Trudny temat, trudne życie, trudne czasy. Tutaj sytuacja jest całkiem odwrotna. Jules nie zostaje wierny, nie musi udawać, podąża za tym co dyktuje mu serce. Josephine jest wolna, wydaje się nie mieć żadnych zobowiązań, cały świat leży u jej stóp, nie ogląda się na nikogo.

Co może pójść źle?

Pewnie wszystko. Przekonam się.

W zasadzie jestem dopiero na początku tej książki, ale musiałam o niej już wspomnieć dlatego, że jest (jak dotychczas) genialnie napisana. Jest płynna. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim, z taką wersją narracji w której wszystko się miesza. Jak dla mnie, daje to piorunujący efekt.


Dzwonisz do paru osób. Wszyscy są tobą rozczarowani. Wszyscy z wyjątkiem niej. Ona jest tobą zachwycona.


 Bardzo łatwo dać się porwać tej historii.

12 maj 2019

"Krwawa pomarańcza" była smaczna.

Hm... Co by tu napisać o tej "Krwawej pomarańczy"? Na pewno to, że książka była zaskakująca. W pewnym sensie, bo choć od początku można było zgadnąć kto stoi za tym co złe, to jednak skala tego złego jest bardziej zadziwiająca niż mogłoby się wydawać.

Także postać Alison jest zaskakująca, bo choć nie mogłam jej zdzierżyć do samego końca to jednak musiałam na nią spojrzeć pod trochę innym kątem. Owszem, każdy ma wolną wolę, każdy może wybierać jak chce, ale co jeśli pod pewnym względem ktoś decyduje za nas i mniej czy bardziej, ale jest jednak odpowiedzialny za to co tak szczerze myślimy o sobie? Popycha nas do obwiniania samego siebie jednocześnie starając się być tym najlepszym? Toksyczni ludzie. Nawet ci najbliżsi.

Fajny strzał w ciemno, bo kiedy kupowałam tą książkę nie wiedziałam o niej nic. Może nie stała się jedną z ulubionych, ale nie szkoda mi pieniędzy jakie za nią zapłaciłam, ani też czasu jaki spędziłam na czytaniu. Dobra, wciągająca historyjka przy której kartki przewracają się same.


Ktoś napisał o tej książce, mniej więcej, że nie po to nauczył się czytać, by czuć obrzydzenie. Ale gdzie? Wydaje mi się, że są książki ukazujące w bardziej dosadny sposób sceny tzw. 'ostrego seksu' czy wręcz gwałtu. Nie ma się czego bać. Choć oczywiście rozumiem, bo sama mam podobnie odnośnie innych treści, które innych nie wzruszają.


________________________________
Ależ piękna dziś ta pogoda. Pada cały dzień, więc trzeba by rozejrzeć się za inną lekturą.

8 maj 2019

Polejcie Alison jeszcze jednego.



Nie wiem dlaczego bohaterki kryminałów czy thrillerów tak często muszą być takie... Flejowate. Choć w zasadzie 'często' to złe słowo. Najbardziej zapadają w pamięć, może tak. Bo ta bohaterka z "Dziewczyny z pociągu", której imienia już nie pamiętam (Rachel?) też lubiła wypić, też miała tylko pracę (jej główne zajęcie) i powiedzmy, że była wątpliwa moralnie. Poczytuję teraz "Krwawą pomarańczę" i ta Alison wydaje mi się taka sama. Niby ma dobrą pracę czyli coś co powinno ustawiać niektóre sprawy we właściwej kolejności, ma męża, którego kocha (lub kiedyś kochała) i ma córkę, którą kocha cały czas. Ma dom. W teorii to składa się na całkiem fajne życie, którego można pozazdrościć. I co? A to, że zdradza tego męża, o córce zdarza się jej zapomnieć, lubi wypić i ssać Patrickowi, który w gruncie rzeczy ma z nią niby romans, ale wydaje się, że traktuje ją bardziej jak prywatną dziwkę, a nie kogoś z kim można by się zabawić nazywając to romansem, takim właściwym.

I Alison oczywiście wielokrotnie powtarza, że to koniec z Patrickiem, że nie będzie pić, że bardziej zainteresuje się córką, że postara się naprawić relację z mężem, że się ogarnie...

Bleh...

Irytują mnie takie.


W gruncie rzeczy jednak książkę czyta się fajnie. Akcja zawiązuje się raczej powoli, ale nie przeszkadza to w niczym, bo autorka pisze w sposób dość wciągający i mimo, że wydaje się, że nic się nie dzieje, to przewracamy kartkę za kartką i chcemy wiedzieć co będzie dalej. Akcja toczy się w dwojako. Alison dostaje anonimowe sms wskazujące na to iż ktoś wie o jej romansie co jest jednym wątkiem, drugi związany jest z jej pracą, bo pani mecenas bronić będzie w sądzie kobiety oskarżonej o morderstwo.

To naprawdę dobra lektura. Tym bardziej kiedy za sobą ma się tą część Brigdet Jones, w której to bohaterka oczekuje dziecka. Ach, co to było za zuo. ZUO.

_______________________________________
Przypominam się. Proszę klikać i podawać dalej.

17 mar 2019

"Słowik", Kristin Hannah.

Rzadko, naprawdę rzadko zdarza mi się płakać podczas czytania książki. W zasadzie nie pamiętam kiedy ostatnio uroniłam łzę, albo kiedy ostatnio zwilgotniały mi oczy. Fenomen "Słowika" polegał na tym, że poryczałam się z powodu bohaterki, która na początku tak bardzo mnie irytowała i skłaniała do tego by książkę odłożyć.


Gdybyście jednak zapytali dlaczego to nie potrafiłabym tego uzasadnić. Owszem, Isabelle miała trudne życie. Niebezpieczne. Jej uczucie do Gaetona było opisane dość skromnie, żadna tam wielka rozbuchana miłość. Wydarzenia się toczyły, trudne jak podczas każdej wojny. Niebezpieczna gra o życie obcych ludzi, szalone przeprawy przez Pireneje, tortury, próby przetrwania obozu. Z drugiej strony życie Vianne, można by powiedzieć, że służalcze, takie mało brawurowe. Byle tylko uchronić dzieci, byle przeżyć kolejny dzień, kolejną zimę, kolejny rok. Obie siostry choć miały tak odmienne stanowiska poświęcały ile mogły by robić to co mogły zrobić.

Złamałam się wtedy kiedy go wreszcie spotkała, kiedy to on ją znalazł i kiedy to nie skończyło się szczęśliwie, choć jeśli karma wraca to właśnie wtedy powinna zacząć swoje szczęśliwe życie jako zakochana dziewczyna ze swym chłopcem u boku. Złamałam się kiedy Vianne odebrano Daniela. Bo jakoś nigdy o tym nie pomyślałam, o tym, że skoro ukrywało się Żydowskie dzieci to po wojnie ich rodziny, bliższe czy dalsze, szukały i przyzywały je do siebie. A te dzieci przecież kochało się jak własne.

Czytając książkę na początku myślałam z niezadowoleniem, że mało tu wojny. Mało opisów, mało jakiś faktów, ale tak naprawdę nie było to jednak potrzebne. Cała tragedia pokazana została w relacjach sióstr, wzajemnych, w relacji Isabelle - ojciec, w relacji Vianne i Becka, bo przecież tak naprawdę Niemcy przede wszystkim byli ludźmi, nie potworami, nie wszyscy. Wojna też ich dotykała, też ich męczyła i zabijała.

Wszystkie słowa zachwytu nad tą książką są jak najbardziej zasadne. To wspaniała, choć przejmująco smutna historia, pokazująca nie tyle okrucieństwa obozów, a okrucieństwo codzienności w jakiej musieli się odnaleźć zwyczajni ludzie, którym przyszło żyć podczas wojny. Powinien ją przeczytać każdy, chociaż raz.