To już przestało być śmieszne.
Sprawa jest poważna i jeśli przy następnej książce (choć czytam "Red, White & Royal Blue" więc wątpię) znów stanie się to co się działo do tej pory zacznę zastanawiać się nad przeznaczeniem.
Zaczęło się od osławionej tutaj "Księgarenki w Big Stone Gap". Księgarnia, antykwariat, fajny i miły dla serca temat. Taki chwilowy impuls do marzycielskich rozważań. Bo gdyby tak wszystko rzucić i założyć swój własny antykwariat... Piękne, prawda?
Marzenia.
Później była "Siostra Cienia". Tak, przeczytałam trzeci tom serii o Siedmiu Siostrach i jak do tej pory z tą siostrą poczułam najsilniejszą więź. Star była spokojna, wycofana, nie chciała od życia wiele. Podążała biernie za CeCe, aż w końcu dojrzała do obrania własnej drogi. Wskazówki Pa Salta skierowały ją do antykwariatu (tak!) i tam za sprawą jego właściciela Orlando i jego brata Mouse'a odkrywa historię swoich przodków. Przyjemnie czytało się o Anglii pod panowaniem Edwarda VII. Bardzo podobał mi się wątek między Star a Mousem, niby nic wielkiego się nie działo, nie było bum i zakochiwania się nagle, na zabój, ale osobiście uważam, że takie opisanie początkujących uczuć jest najbardziej urokliwe.
I znów ten antykwariat. W tym przypadku pewnie jest to wina podświadomości. Czytałam o czym mniej więcej będzie "Siostra Cienia" kiedy ją nabyłam i być może sama sobie wszystko zaszczepiłam.
Później były trzy audiobooki i nie było tam nic ani o księgarniach ani o składnicach tanich książek.
A teraz słucham "Zmysłowego anioła stróża" (tak, sama się sobie dziwię) i co? Hah! Bohaterka pracuje w kawiarni z książkami! I w klubie gdzie panie tańczą na rurze.
Nie spodziewałam się tego ani trochę. Widząc okładkę i tytuł, pomyślałam, że może i przyda mi się trochę odmiany, posłucham czegoś innego, może się pośmieję. Szału jak do tej pory nie ma (w przeciwieństwie do "Dnia rozrachunku" John'a Grisham'a, co to była za książka! Muszę o niej napisać więcej), ale ten książkowo-antykwariatowy trop się ciągnie.
Mogłabym pomyśleć - oto moje przeznaczenie! Książki, sprzedaż, a nie oklejanie desek okleiną naturalną czy pilnowanie wymiarów elementów wypadających z tokarki. Ta sprzedaż to raczej słabo, bo w którymś z poprzednich miejsc pracy związanych bezpośrednio ze sprzedażą właśnie, szefowa twierdziła, że za mało się uśmiecham. Teoria głosi, że to raczej mała przeszkoda, ale takie uwagi się pamięta. Należałoby też rozpatrzyć jak i za co zgromadzić towar, znaleźć jakieś miejsce, rozreklamować interes i trzymać kciuki.
Swoją drogą zawsze kiedy sobie rozmawiamy o tym co przyniesie przyszłość ja sobie żartuje i rozwijam moją świetlaną wizję tego jak zostaję królową garaży. Kupuję garaż, taki jak to w mieście, garaż wynajmuję, odkładam pieniądze z wynajmu, trochę dokładam i kupuję kolejny garaż i tak zarabiam ciężkie miliony. Małż poszedł dalej no i kiedy już WYGRAMY W TOTOLOTKA to on wykupuje kawałek terenu i buduje tam magazyny takie jak w "Wojnach magazynowych", pod wynajem (bo moje garaże takie malutkie), a ja wtedy kupuję kamienicę, na parterze przerabiam pomieszczenie pod antykwariat i zapewniam sobie zajęcie do końca życia (oczywiście najemcy z mieszkań, które udostępniam sponsorują mi czynsz i dokładają do interesu, który zapewne ciągle byłby pod kreską). Ewentualnie moje garaże mnie utrzymują.
Jakbym grała w Monopol.
Tak, ale te księgarnie i antykwariaty mnie ostatnio prześladują.
Wierzyć w to przeznaczenie czy nie?
__________________________________
Znacie jakieś fajne miejsca w Toruniu? Mniej czy bardziej książkowe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą audiobook. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą audiobook. Pokaż wszystkie posty
4 lip 2020
26 cze 2020
"Zatruty ogród", A. Marwood.
Kiedy skończyłam słuchać najnowszej książki Alex Marwood zaczęłam mruczeć pod nosem dość niewybredne słowa. Dobrze, że mam odosobnione stanowisko pracy, bo nikt nie mógł mnie usłyszeć.
Bo lubię jej książki. Przeczytałam wszystkie (te wydane pod pseudonimem), jedne bardziej przypadły mi do gustu drugie mniej (przesadzam, te 'wszystkie' to raptem trzy pozycje), ale do autorki byłam nastawiona pozytywnie. Może nie aż tak by rzucać się na jej książkę tuż po premierze, można sobie dać czas. I ja dałam sobie ten czas.
Na gorąco: zawiodłaś mnie kobieto!
Na zimno: hmmmm...
Książka opowiada o Romy. Kobiecie, która ocalała z rzekomej masakry która wydarzyła się na czymś na kształt farmy, którą zamieszkiwało sporo osób. Ich społeczność tworzyła sektę, "Arkę". Wierzyli w to, że kiedyś w końcu nadejdzie kres, jakaś katastrofa, która zniszczy ludzkość, a oni będą tymi, którzy tą ludzkość odbudują. Romy trafiła tam jako mała dziewczynka wraz z matką. Wspomniana matka będąc nastolatką ucieka z rodzinnego domu i znajduje swoją nową rodzinę wśród członków sekty.
Kiedy policja wkracza na teren farmy i znajdują same trupy sytuacja nie jest różowa. Żyje tylko Romy i jej rodzeństwo Eden i Ilo. Romy trafia do psychiatryka, a Eden i Ilo do ich ciotki, Sarah.
Jest to bardzo dziwna książka. Ciągle mi w niej czegoś brakowało. Słuchałam jej z ciekawością, ale to była ciekawość typu 'no kiedy się wreszcie coś stanie?'. Bo historia płynęła i płynęła, nie była jakoś strasznie nudna, ale od thrillera wymagałabym czegoś innego. Kolejne zabójstwa były wykonywane z zimną krwią i może to miało mnie zmrozić, ale nie dało rady. Może nie wczułam się w psychologię głównej bohaterki. Może nie wyczułam tej psychopatycznej nutki, która miałaby towarzyszyć komuś kto całym sercem jest połączony z ludźmi o bardzo niecodziennych ambicjach i poglądach.
Moje luźne definicje gatunku tłumaczyły thriller jako taką książkę w której bohater czuje zagrożenie. Nie wydawało mi się, że Romy je czuła, może Eden i Ilo.
O wiele bardziej podobały mi się retrospekcje opisujące nam to co działo się w Arce. Czy w takich społecznościach zawsze chodzi o seks i o to która z kobiet zostanie matką wybrańca? Bo właśnie o to toczy się ta marna gierka.
Jak już pisałam na początku po tym kiedy skończyło się nagranie byłam wkurzona, bo to zakończenie, to rozwiązanie było takie oburzające, takie jakieś bez sensu. Spodziewałam się czegoś... Innego. Takiego 'bardziej'. Tak, wiem, treść książki nie wskazywała na nic innego, ale miałam nadzieję, że nagle nastąpi 'wow', a ja się zatrzymam i szczęka mi opadnie.
No nie.
Później jednak przyszedł moment zastanowienia i musiałam przyznać, że choć być może akcja książki nie jeżyła włosów na głowie to jednak te rozmyślania poksiązkowe już tak. To straszne, jak bardzo można komuś wyprać mózg i co mu do niego wtłoczyć. Jak bardzo musi się w człowieku to zakorzenić, że nawet po przebytej terapii nie waha się i wraca, że w imię wymyślonej ideologi zabija.
___________________________________
Pamiętajcie o tej aplikacji o której wspominałam w poprzednim poście. Nadal jestem w mojej okolicy samotna. To dość frustrujące, bo przecież teraz niby wszystko się dzieje w internecie i wszyscy tam są... Tak, wiem, takie gadanie.
Słucham po raz pierwszy Radia Nowy Świat. Dziś od rana powinni zacząć nadawać na stałe, ale korona ich spowolniła, więc uprzyjemniają człowiekowi wieczór koncertem Waglewskiego. Początek nadawania przesunięto na 10ty lipca.
Bo lubię jej książki. Przeczytałam wszystkie (te wydane pod pseudonimem), jedne bardziej przypadły mi do gustu drugie mniej (przesadzam, te 'wszystkie' to raptem trzy pozycje), ale do autorki byłam nastawiona pozytywnie. Może nie aż tak by rzucać się na jej książkę tuż po premierze, można sobie dać czas. I ja dałam sobie ten czas.
Na gorąco: zawiodłaś mnie kobieto!
Na zimno: hmmmm...
Książka opowiada o Romy. Kobiecie, która ocalała z rzekomej masakry która wydarzyła się na czymś na kształt farmy, którą zamieszkiwało sporo osób. Ich społeczność tworzyła sektę, "Arkę". Wierzyli w to, że kiedyś w końcu nadejdzie kres, jakaś katastrofa, która zniszczy ludzkość, a oni będą tymi, którzy tą ludzkość odbudują. Romy trafiła tam jako mała dziewczynka wraz z matką. Wspomniana matka będąc nastolatką ucieka z rodzinnego domu i znajduje swoją nową rodzinę wśród członków sekty.
Kiedy policja wkracza na teren farmy i znajdują same trupy sytuacja nie jest różowa. Żyje tylko Romy i jej rodzeństwo Eden i Ilo. Romy trafia do psychiatryka, a Eden i Ilo do ich ciotki, Sarah.
Jest to bardzo dziwna książka. Ciągle mi w niej czegoś brakowało. Słuchałam jej z ciekawością, ale to była ciekawość typu 'no kiedy się wreszcie coś stanie?'. Bo historia płynęła i płynęła, nie była jakoś strasznie nudna, ale od thrillera wymagałabym czegoś innego. Kolejne zabójstwa były wykonywane z zimną krwią i może to miało mnie zmrozić, ale nie dało rady. Może nie wczułam się w psychologię głównej bohaterki. Może nie wyczułam tej psychopatycznej nutki, która miałaby towarzyszyć komuś kto całym sercem jest połączony z ludźmi o bardzo niecodziennych ambicjach i poglądach.
Moje luźne definicje gatunku tłumaczyły thriller jako taką książkę w której bohater czuje zagrożenie. Nie wydawało mi się, że Romy je czuła, może Eden i Ilo.
O wiele bardziej podobały mi się retrospekcje opisujące nam to co działo się w Arce. Czy w takich społecznościach zawsze chodzi o seks i o to która z kobiet zostanie matką wybrańca? Bo właśnie o to toczy się ta marna gierka.
Jak już pisałam na początku po tym kiedy skończyło się nagranie byłam wkurzona, bo to zakończenie, to rozwiązanie było takie oburzające, takie jakieś bez sensu. Spodziewałam się czegoś... Innego. Takiego 'bardziej'. Tak, wiem, treść książki nie wskazywała na nic innego, ale miałam nadzieję, że nagle nastąpi 'wow', a ja się zatrzymam i szczęka mi opadnie.
No nie.
Później jednak przyszedł moment zastanowienia i musiałam przyznać, że choć być może akcja książki nie jeżyła włosów na głowie to jednak te rozmyślania poksiązkowe już tak. To straszne, jak bardzo można komuś wyprać mózg i co mu do niego wtłoczyć. Jak bardzo musi się w człowieku to zakorzenić, że nawet po przebytej terapii nie waha się i wraca, że w imię wymyślonej ideologi zabija.
___________________________________
Pamiętajcie o tej aplikacji o której wspominałam w poprzednim poście. Nadal jestem w mojej okolicy samotna. To dość frustrujące, bo przecież teraz niby wszystko się dzieje w internecie i wszyscy tam są... Tak, wiem, takie gadanie.
Słucham po raz pierwszy Radia Nowy Świat. Dziś od rana powinni zacząć nadawać na stałe, ale korona ich spowolniła, więc uprzyjemniają człowiekowi wieczór koncertem Waglewskiego. Początek nadawania przesunięto na 10ty lipca.
19 cze 2020
Diabeł, Prada i Zemsta.
"Diabeł ubiera się u Prady" to szczególny przypadek. Książkę czytałam lata temu i od tego momentu w pamięci zaczął mi się skutecznie zapisywać film. Na stałe. Oglądałam go wielokrotnie i znam perypetie Andy, Emily i Mirandy bardzo dobrze. Ostatnio jednak trafił mi się audiobook i postanowiłam sobie przypomnieć jak to faktycznie było.
I chyba lepiej by było jakbym sobie nie przypominała.
Gdyby porównywać książkę do filmu... Cóż, w filmie zrobili to po prostu lepiej. Z drugiej jednak strony ta filmowa Miranda nie mogła się równać z książkowym pierwowzorem. Istny diabeł w spódnicy i dla mniej cierpliwych osób ta bohaterka byłaby zwyczajnym wrzodem na tyłku, którego nie daje się znieść kiedy tylko ten się odzywa. Film nie oddawał tego przerażenia i kołatania serc bohaterek, kiedy znów dzwoniła do nich ich szefowa.
Słuchając książki w wyobraźni widziałam poszczególne sceny z filmu, ale nie czułam się z tego powodu źle. Filmowa chronologia zdarzeń była lepsza, ładniej się składała w całość, a w książce te zdarzenia były poszatkowane, jakbyśmy kilka razy próbowali podejść do punktu kulminacyjnego. Bohaterowie w filmie też tworzyli bardziej zgraną, fajną paczkę niż na kartkach książki czy tam... Ścieżce audio. Wątek alkoholizmu Lily jest taki mało wiarygodny, albo też i osoba Andy jest mało wiarygodnie wykreowana, no niby wie, że przyjaciółka ma problem, ale nie może się nim przejąć, bo praca, wiadomo. Nie jest to jednak dobrze ujęte, jakby autorka, źle wyważyła priorytety i nic z tego nie wyszło.
Nie będę wspominała o kontynuacji, której słucham aktualnie. Andrea stała się okropną histeryczką. Niby prowadzi we współpracy z Emily dobrze prosperujące pismo, wszystko się układa, a jednocześnie martwi ją wszystko i wszystko ją przeraża. W tej pierwszej części była jakaś sympatyczniejsza. Może przez to, że młodsza, bo kontynuacja "Diabła..." dzieje się dekadę później.
I chyba lepiej by było jakbym sobie nie przypominała.
Gdyby porównywać książkę do filmu... Cóż, w filmie zrobili to po prostu lepiej. Z drugiej jednak strony ta filmowa Miranda nie mogła się równać z książkowym pierwowzorem. Istny diabeł w spódnicy i dla mniej cierpliwych osób ta bohaterka byłaby zwyczajnym wrzodem na tyłku, którego nie daje się znieść kiedy tylko ten się odzywa. Film nie oddawał tego przerażenia i kołatania serc bohaterek, kiedy znów dzwoniła do nich ich szefowa.
Słuchając książki w wyobraźni widziałam poszczególne sceny z filmu, ale nie czułam się z tego powodu źle. Filmowa chronologia zdarzeń była lepsza, ładniej się składała w całość, a w książce te zdarzenia były poszatkowane, jakbyśmy kilka razy próbowali podejść do punktu kulminacyjnego. Bohaterowie w filmie też tworzyli bardziej zgraną, fajną paczkę niż na kartkach książki czy tam... Ścieżce audio. Wątek alkoholizmu Lily jest taki mało wiarygodny, albo też i osoba Andy jest mało wiarygodnie wykreowana, no niby wie, że przyjaciółka ma problem, ale nie może się nim przejąć, bo praca, wiadomo. Nie jest to jednak dobrze ujęte, jakby autorka, źle wyważyła priorytety i nic z tego nie wyszło.
Nie będę wspominała o kontynuacji, której słucham aktualnie. Andrea stała się okropną histeryczką. Niby prowadzi we współpracy z Emily dobrze prosperujące pismo, wszystko się układa, a jednocześnie martwi ją wszystko i wszystko ją przeraża. W tej pierwszej części była jakaś sympatyczniejsza. Może przez to, że młodsza, bo kontynuacja "Diabła..." dzieje się dekadę później.
24 maj 2020
"Prostytutki. Tajemnice płatnej miłości." - P. Mieśnik, M. Mieśnik.
Wydawać by się mogło, że temat dzisiejszej notki bardzo mało niedzielny. Ale mam czas, książkę skończyłam słuchać kilka dni temu, coś tam sobie o niej pomyślałam. I nie powiem, że mi się podobała.
Nie dlatego, że temat dość... Intrygujący. Powiedźmy sobie, że mieszkam na wsi, miasto w którym pracuję duże nie jest. Zobaczenie kobiety 'pracującej' przy drodze nie jest jednak niczym szokującym. Słyszałam też co nieco o tym gdzie i u nas można było spotkać prostytutki. A jeśli bym naprawdę chciała wystarczy tylko poszukać w internecie by poznać skalę przypadku.
Książka porusza temat o którym na co dzień przy kawie się nie gawędzi. Nie do końca jednak mnie przekonała.
Nie żebym czegoś konkretnego się spodziewała. Część książki była dobra. Opowiadania o różnorakich historiach, które spotykają kobiety jak i ceny które wymieniali autorzy były równie szokujące. Bo nie można na spokojnie słuchać o Nenufarce, która mając zwyczajną pracę dorabia. Wyjeżdża do większych miast, wynajmuje tam lokum i sprasza mężczyzn, którzy mogą robić z nią co chcą. Trudno przyswajać opowieść kobiety, która została wywieziona do burdelu w Niemczech. Trudno wyobrażać sobie losy dziewczyny odurzanej narkotykami i oddawanej mężczyznom gdzieś na luksusowych jachtach.
A później już jest gorzej. I nie wiem dlaczego. Może dlatego, że wywiady wydają się tam bardzo sztucznie napisane? Bardzo źle się tego słuchało, jakby ktoś miał pewne wyobrażenie na temat tego co mógł usłyszeć, więc to sobie ułożył i napisał twierdząc, że to słowa prostytutki, która w normalnym życiu jest już na emeryturze, ale wychodzi sobie dorabiać (sic!).
Należy też pamiętać, że problem prostytucji nie dotyka jedynie kobiet. Mężczyzn i chłopców też. Co jest niewątpliwym plusem tej książki to to, że wspomina o różnych aspektach omawianej sprawy. Prostytucja kobiet i mężczyzn. Prostytucja luksusowa (słynna afera Dubajska) i taka najbardziej przyziemna (tirówki). Prostytucja młodych dziewcząt, które oddają się za kupienie im perfum, bielizny czy czegokolwiek co im potrzebne. Autorzy postanawiają poznać od środka klub dla swingersów, ale wyprawa im tam chyba całkowicie nie wyszła, bo czytelnik nie może pozbyć się wrażenia, że oni stamtąd zwyczajnie uciekli. Zagrożenia. Nie tylko przemoc czy narkotyki, ale i cały wachlarz chorób wenerycznych.
Co mnie osobiście najbardziej zbulwersowało to informacja o tym, że jest nawet jakiś portal, na którym można znaleźć oceny warunków i usług jakie oferują konkretne prostytutki.
Wycinki rozmów użytkowników. Opisy tego co może się stać kiedy prostytutka chce skończyć i odejść z zawodu.
Kolejną rzeczą która mi się nie podobała to seria wynurzeń znajomego autorów jeśli dobrze pamiętam. Jest to parada najdziwniejszych i najbardziej ohydnych prostytutek jaki on spotykał. W pamięć niestety zapadła mi kobieta, która wróciła do pracy bardzo krótko po porodzie i kobieta, która 'po sprawie' podała mu plik ulotek z informacjami odnośnie chorego wnuka. Pomagała zbierać pieniądze na jego leczenie.
I to też wydawało mi się niemożliwe.
Co najdziwniejsze po lekturze choć trochę jestem w stanie zrozumieć kobiety, które podejmują same decyzję o płatnym oddawaniu się. Nie są to tanie usługi i jeśli ktoś potrafi się przemóc może w dość krótkim czasie zarobić tyle na ile ja muszę pracować przez miesiąc i to z nadgodzinami.
Właścicielka salonów z masażami erotycznymi twierdzi, że ona nigdy nie zatrudniała typowych prostytutek, bo takim nie chciało się pracować, bo przecież ich godzina pracy kończyła się wraz z pierwszym wytryskiem, a często nie trwa to dłużej niż kwadrans.
Sama nie wiem. Być może książka wydawała mi się w części niewiarygodna, bo ja nie jestem w stanie sobie wyobrazić takiego świata. Bo mam bezpieczne życie w którym chodzę do zwyczajnej pracy, męża z którym jestem szczęśliwa i dom. Nie każdy jest jednak taki jak ja.
Prawdą jednak jest, że są książki, które mimo iż traktują o sytuacjach kompletnie zmyślonych potrafią sprawić, że w nie wierzymy.
Nie dlatego, że temat dość... Intrygujący. Powiedźmy sobie, że mieszkam na wsi, miasto w którym pracuję duże nie jest. Zobaczenie kobiety 'pracującej' przy drodze nie jest jednak niczym szokującym. Słyszałam też co nieco o tym gdzie i u nas można było spotkać prostytutki. A jeśli bym naprawdę chciała wystarczy tylko poszukać w internecie by poznać skalę przypadku.
Książka porusza temat o którym na co dzień przy kawie się nie gawędzi. Nie do końca jednak mnie przekonała.
Nie żebym czegoś konkretnego się spodziewała. Część książki była dobra. Opowiadania o różnorakich historiach, które spotykają kobiety jak i ceny które wymieniali autorzy były równie szokujące. Bo nie można na spokojnie słuchać o Nenufarce, która mając zwyczajną pracę dorabia. Wyjeżdża do większych miast, wynajmuje tam lokum i sprasza mężczyzn, którzy mogą robić z nią co chcą. Trudno przyswajać opowieść kobiety, która została wywieziona do burdelu w Niemczech. Trudno wyobrażać sobie losy dziewczyny odurzanej narkotykami i oddawanej mężczyznom gdzieś na luksusowych jachtach.
A później już jest gorzej. I nie wiem dlaczego. Może dlatego, że wywiady wydają się tam bardzo sztucznie napisane? Bardzo źle się tego słuchało, jakby ktoś miał pewne wyobrażenie na temat tego co mógł usłyszeć, więc to sobie ułożył i napisał twierdząc, że to słowa prostytutki, która w normalnym życiu jest już na emeryturze, ale wychodzi sobie dorabiać (sic!).
Należy też pamiętać, że problem prostytucji nie dotyka jedynie kobiet. Mężczyzn i chłopców też. Co jest niewątpliwym plusem tej książki to to, że wspomina o różnych aspektach omawianej sprawy. Prostytucja kobiet i mężczyzn. Prostytucja luksusowa (słynna afera Dubajska) i taka najbardziej przyziemna (tirówki). Prostytucja młodych dziewcząt, które oddają się za kupienie im perfum, bielizny czy czegokolwiek co im potrzebne. Autorzy postanawiają poznać od środka klub dla swingersów, ale wyprawa im tam chyba całkowicie nie wyszła, bo czytelnik nie może pozbyć się wrażenia, że oni stamtąd zwyczajnie uciekli. Zagrożenia. Nie tylko przemoc czy narkotyki, ale i cały wachlarz chorób wenerycznych.
Co mnie osobiście najbardziej zbulwersowało to informacja o tym, że jest nawet jakiś portal, na którym można znaleźć oceny warunków i usług jakie oferują konkretne prostytutki.
Wycinki rozmów użytkowników. Opisy tego co może się stać kiedy prostytutka chce skończyć i odejść z zawodu.
Kolejną rzeczą która mi się nie podobała to seria wynurzeń znajomego autorów jeśli dobrze pamiętam. Jest to parada najdziwniejszych i najbardziej ohydnych prostytutek jaki on spotykał. W pamięć niestety zapadła mi kobieta, która wróciła do pracy bardzo krótko po porodzie i kobieta, która 'po sprawie' podała mu plik ulotek z informacjami odnośnie chorego wnuka. Pomagała zbierać pieniądze na jego leczenie.
I to też wydawało mi się niemożliwe.
Co najdziwniejsze po lekturze choć trochę jestem w stanie zrozumieć kobiety, które podejmują same decyzję o płatnym oddawaniu się. Nie są to tanie usługi i jeśli ktoś potrafi się przemóc może w dość krótkim czasie zarobić tyle na ile ja muszę pracować przez miesiąc i to z nadgodzinami.
Właścicielka salonów z masażami erotycznymi twierdzi, że ona nigdy nie zatrudniała typowych prostytutek, bo takim nie chciało się pracować, bo przecież ich godzina pracy kończyła się wraz z pierwszym wytryskiem, a często nie trwa to dłużej niż kwadrans.
Sama nie wiem. Być może książka wydawała mi się w części niewiarygodna, bo ja nie jestem w stanie sobie wyobrazić takiego świata. Bo mam bezpieczne życie w którym chodzę do zwyczajnej pracy, męża z którym jestem szczęśliwa i dom. Nie każdy jest jednak taki jak ja.
Prawdą jednak jest, że są książki, które mimo iż traktują o sytuacjach kompletnie zmyślonych potrafią sprawić, że w nie wierzymy.
8 kwi 2020
Historie dwóch kobiet.
Tak się złożyło, że czytając i słuchając ostatnio książek trafiłam na dwie kompletnie inne bohaterki. Dwie inne sytuacje.
Podobał mi się ten rozdźwięk między nimi. Myślałam sobie o jednej i drugiej. Jedna z nich w pewnym sensie trochę mnie bawiła, a druga budziła dość mieszane uczucia. Ta jedna była kreowana na bardzo konkretną, pewną siebie kobietę. Miała być taka zła, bardzo zła... Tak koszmarnie zła, że aż chce kogoś zabić w ramach zemsty. Ta druga jest zagubioną, zmęczoną, zrozpaczoną młodą matką, która nie może sobie poradzić z dzieckiem i tak trochę chyba z samą sobą.
Pierwsza bohaterka, ta do szczętu zła to "Dziewczyna zwana Jane Doe". Dlaczego mnie bawiła? No cóż, akcja książki krąży wokół motywu zemsty i tego kim jest Jane. A jest ona jak sama wielokrotnie zauważa i podkreśla - socjopatką. Poznajemy historię z perspektywy osoby pierwszej, więc wiemy doskonale co o sobie myśli i mówi Jane. Bohaterka poświęca swój czas na zemstę. Jej celem staje się Steven, bucowaty, dwulicowy facet, który na sam skraj popchnął najlepszą przyjaciółkę Jane. Meg popełnia samobójstwo. Nasza bohaterka planuje słodką zemstę, tworzy sobie drugą tożsamość, podejmuje pracę w tym samym biurze co Steve, a robi to tylko po to by go zabić. Czekałam z utęsknieniem, aż w końcu to się stanie i nic z tego nie wyszło, niestety. Zemsta jednak się dopełnia, Jane osiąga spokój ducha i rozpoczyna nowy rozdział życia.
Druga z książek to jak przewijanie kasety wideo od tyłu. "Gdzie jest Mia" opowiada historię Estelle. Jak wspominałam, Estelle jest młodą matką, która bardzo martwi się o swoją córeczkę. Jest przewrażliwiona i wyczerpana. Zostawiona sama sobie traci nad wszystkim kontrolę, aż w końcu pewnego dnia odkrywa, że Mia jak i wszystko co było z nią związane znika z mieszkania. Estelle traci pamięć, a my śledzimy drogę jaką przebywa by odzyskać i siebie i swoją córkę. Bo czy to ona jest winna? Skąd krew? A rana postrzałowa? Gdzie jest Mia? Dlaczego Estelle skończyła w rozbitym w wąwozie samochodzie?
Jeśli bym miała zdecydować, która z książek była lepsza trudno by mi było wskazać. Jedna i druga miała swoje plusy jak i minusy. Zależy kto co lubi czytać. Jednych urzeknie historia zagubionej w sobie i w czasie Estelle walczącej o zdrowie i córkę. Drudzy będą kibicować Jane, która z zimną krwią planować będzie zemstę. Rozczaruje ich jednak to, że tej krwawej vendetty nie będzie. Mnie osobiście to bardzo zirytowało. Bo, och, ona taka zła, tak jej się podobają ślady jakie nóż zostawia na gardle Stevena... A może odetnie mu coś innego? A może, może...
W drugim przypadku wina leży po mojej stronie. Nie umiem się odnaleźć w bohaterce, ani też nawiązać z nią nici porozumienia. Śledziłam jej losy z ciekawością, ale fabuła nie zapierała tchu jak można by się spodziewać po tych okładkowych zapowiedziach.
Nie mogę powiedzieć, że polecam, ale nie mogę też powiedzieć, że to jakieś złe książki, które należy z dala omijać.
"Gdzie jest Mia" jest odhaczeniem punktu rocznego wyzwania. Występuje jako 'książka która była nieprzeczytana na twojej półce najdłużej'. Zabierałam się za nią już kilka lat aż wreszcie się stało i jest przeczytana.
Podobał mi się ten rozdźwięk między nimi. Myślałam sobie o jednej i drugiej. Jedna z nich w pewnym sensie trochę mnie bawiła, a druga budziła dość mieszane uczucia. Ta jedna była kreowana na bardzo konkretną, pewną siebie kobietę. Miała być taka zła, bardzo zła... Tak koszmarnie zła, że aż chce kogoś zabić w ramach zemsty. Ta druga jest zagubioną, zmęczoną, zrozpaczoną młodą matką, która nie może sobie poradzić z dzieckiem i tak trochę chyba z samą sobą.
Pierwsza bohaterka, ta do szczętu zła to "Dziewczyna zwana Jane Doe". Dlaczego mnie bawiła? No cóż, akcja książki krąży wokół motywu zemsty i tego kim jest Jane. A jest ona jak sama wielokrotnie zauważa i podkreśla - socjopatką. Poznajemy historię z perspektywy osoby pierwszej, więc wiemy doskonale co o sobie myśli i mówi Jane. Bohaterka poświęca swój czas na zemstę. Jej celem staje się Steven, bucowaty, dwulicowy facet, który na sam skraj popchnął najlepszą przyjaciółkę Jane. Meg popełnia samobójstwo. Nasza bohaterka planuje słodką zemstę, tworzy sobie drugą tożsamość, podejmuje pracę w tym samym biurze co Steve, a robi to tylko po to by go zabić. Czekałam z utęsknieniem, aż w końcu to się stanie i nic z tego nie wyszło, niestety. Zemsta jednak się dopełnia, Jane osiąga spokój ducha i rozpoczyna nowy rozdział życia.
Druga z książek to jak przewijanie kasety wideo od tyłu. "Gdzie jest Mia" opowiada historię Estelle. Jak wspominałam, Estelle jest młodą matką, która bardzo martwi się o swoją córeczkę. Jest przewrażliwiona i wyczerpana. Zostawiona sama sobie traci nad wszystkim kontrolę, aż w końcu pewnego dnia odkrywa, że Mia jak i wszystko co było z nią związane znika z mieszkania. Estelle traci pamięć, a my śledzimy drogę jaką przebywa by odzyskać i siebie i swoją córkę. Bo czy to ona jest winna? Skąd krew? A rana postrzałowa? Gdzie jest Mia? Dlaczego Estelle skończyła w rozbitym w wąwozie samochodzie?
Jeśli bym miała zdecydować, która z książek była lepsza trudno by mi było wskazać. Jedna i druga miała swoje plusy jak i minusy. Zależy kto co lubi czytać. Jednych urzeknie historia zagubionej w sobie i w czasie Estelle walczącej o zdrowie i córkę. Drudzy będą kibicować Jane, która z zimną krwią planować będzie zemstę. Rozczaruje ich jednak to, że tej krwawej vendetty nie będzie. Mnie osobiście to bardzo zirytowało. Bo, och, ona taka zła, tak jej się podobają ślady jakie nóż zostawia na gardle Stevena... A może odetnie mu coś innego? A może, może...
W drugim przypadku wina leży po mojej stronie. Nie umiem się odnaleźć w bohaterce, ani też nawiązać z nią nici porozumienia. Śledziłam jej losy z ciekawością, ale fabuła nie zapierała tchu jak można by się spodziewać po tych okładkowych zapowiedziach.
Nie mogę powiedzieć, że polecam, ale nie mogę też powiedzieć, że to jakieś złe książki, które należy z dala omijać.
"Gdzie jest Mia" jest odhaczeniem punktu rocznego wyzwania. Występuje jako 'książka która była nieprzeczytana na twojej półce najdłużej'. Zabierałam się za nią już kilka lat aż wreszcie się stało i jest przeczytana.
4 kwi 2020
"Dziewczyna bez skóry", M.P. Nordbo.
Jako tako audiobooki nigdy nie sprawiały mi problemu. Dobry lektor - fajnie się słucha. Dobra historia - wciąga. Zazwyczaj zawsze nadążałam za akcją i nigdy nie miałam tak, że nie wiem czego słucham. Aż do teraz, zdarzył się ten pierwszy raz.
Gdyby mnie ktoś zapytał jak na imię mają bohaterowie "Dziewczyny bez skóry", to potrafiłabym z siebie wycisnąć jedynie: Matthew? Ponieważ akcja dzieje się gdzieś na Grenlandii, w Nuuk, imiona są koszmarnie trudne do zapamiętania. Taka na przykład Tupaarnaq. O wiele lepiej zapamiętałam to, że dziewczyna miała wytatuowane prawie całe ciało i włosy zgolone do zera. Była jeszcze jedna bohaterka i o wiele lepiej zapamiętałam to, że w dzieciństwie bała się swego ojca i że fascynowały ją kamienie. Jej imię mi uciekło.
Wstyd się przyznać, ale przez jakiś czas na początku w ogóle nie mogłam załapać, że akcja dzieje się w czasie teraźniejszym i 40 lat do tyłu. Przez to za nic w świecie nie mogłam ogarnąć sensu wydarzeń. Nie do końca załapałam też zakończenie, choć mniej więcej wiem o co chodziło.
Jakiś koszmar.
Akcja książki rozbijała się o morderstwa, dość bestialskie, bo było wybebeszanie wnętrzności i odzieranie ze skóry. W przeszłości morderstwa były konsekwencją złego zachowania niezbyt miłych ojców, którzy gwałcili swoje córki. Swoje dzieci. A czym są w teraźniejszości? Czy zamrożona mumia naprawdę stanie się światową sensacją? Tego stara się dowiedzieć nasz bohater - Matthew Cave. Jest on dziennikarzem śledczym, ale jak dla mnie działa jakoś bez polotu...
Ciekawym wyborem jest umiejscowienie akcji. Lepiej chyba poczytać o Grenlandii niż doświadczać mało przyjaznych warunków atmosferycznych i klimatycznych na własnej skórze. Miło też jest dowiedzieć się nieco o kulturze tamtejszej ludności.
Ogólnie książka nie porywała i nie zachęciła mnie do poznania kolejnych części historii z dziennikarzem w roli głównej (bo jakimś dziwnym przypadkiem przesłuchałam jak przykazano pierwszy tom). Bohaterowie, głównie Matthew i Tupaarnaq wydawali się tacy jacyś mało realni i nie dali się polubić. Nie przepadam ze dziewczynami biegającymi ze strzelbą. A dziennikarz jest nijaki. Nie wyczułam w nim tej ciekawości, żądzy wiedzy. Akcja się toczyła, a on nie był takim dobrym, mocnym kołem zamachowym.
Może to przez zimno.
Gdyby mnie ktoś zapytał jak na imię mają bohaterowie "Dziewczyny bez skóry", to potrafiłabym z siebie wycisnąć jedynie: Matthew? Ponieważ akcja dzieje się gdzieś na Grenlandii, w Nuuk, imiona są koszmarnie trudne do zapamiętania. Taka na przykład Tupaarnaq. O wiele lepiej zapamiętałam to, że dziewczyna miała wytatuowane prawie całe ciało i włosy zgolone do zera. Była jeszcze jedna bohaterka i o wiele lepiej zapamiętałam to, że w dzieciństwie bała się swego ojca i że fascynowały ją kamienie. Jej imię mi uciekło.
Wstyd się przyznać, ale przez jakiś czas na początku w ogóle nie mogłam załapać, że akcja dzieje się w czasie teraźniejszym i 40 lat do tyłu. Przez to za nic w świecie nie mogłam ogarnąć sensu wydarzeń. Nie do końca załapałam też zakończenie, choć mniej więcej wiem o co chodziło.
Jakiś koszmar.
Akcja książki rozbijała się o morderstwa, dość bestialskie, bo było wybebeszanie wnętrzności i odzieranie ze skóry. W przeszłości morderstwa były konsekwencją złego zachowania niezbyt miłych ojców, którzy gwałcili swoje córki. Swoje dzieci. A czym są w teraźniejszości? Czy zamrożona mumia naprawdę stanie się światową sensacją? Tego stara się dowiedzieć nasz bohater - Matthew Cave. Jest on dziennikarzem śledczym, ale jak dla mnie działa jakoś bez polotu...
Ciekawym wyborem jest umiejscowienie akcji. Lepiej chyba poczytać o Grenlandii niż doświadczać mało przyjaznych warunków atmosferycznych i klimatycznych na własnej skórze. Miło też jest dowiedzieć się nieco o kulturze tamtejszej ludności.
Ogólnie książka nie porywała i nie zachęciła mnie do poznania kolejnych części historii z dziennikarzem w roli głównej (bo jakimś dziwnym przypadkiem przesłuchałam jak przykazano pierwszy tom). Bohaterowie, głównie Matthew i Tupaarnaq wydawali się tacy jacyś mało realni i nie dali się polubić. Nie przepadam ze dziewczynami biegającymi ze strzelbą. A dziennikarz jest nijaki. Nie wyczułam w nim tej ciekawości, żądzy wiedzy. Akcja się toczyła, a on nie był takim dobrym, mocnym kołem zamachowym.
Może to przez zimno.
25 mar 2020
"Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta", C.North.
Będę się zachwycać, ostrzegam.
Każdy kto tutaj zagląda wie, że lubię historie, które mają kilka tomów. Czytam sobie takie mniej więcej na przestrzeni roku. Poprzednio były to książki Nesbo o Harrym Hole, teraz poczytuję felietony Jeremy'ego Clarksona.
Ale książka którą ostatnio przesłuchałam była jakby skondensowaną kapsułką. Mieściła w sobie piętnaście żyć głównego bohatera. I była świetna.
Harry August przychodzi na świat jako owoc gwałtu. Jego przybrany ojciec pracuje w majątku jego biologicznego ojca. Przeżywa swoje życie i umiera. Rodzi się znowu. Znowu jako bękart, znów przeżywa swoje życie. Rodzi się w znajomych sobie okolicznościach, pamięta poprzednie życie. Żyje i umiera. Zazwyczaj umiera na szpiczaka chyba że popełnia samobójstwo, chyba że ktoś strzela mu w tył głowy. Jest ouroboraninem i urodzi się znowu. I znowu umrze. W którymś życiu dowiaduje się o Bractwie Kronosa. O innych osobnikach jemu podobnych. O swoistych podróżach w czasie, o przekazywaniu wiadomości z przeszłości i z przyszłości. Bo świat nagle zaczyna się rozpadać, niszczeć, a Harry może temu położyć kres, bo wie co się dzieje.
Jeśli zaczniecie głębiej się zastanawiać nad istotą tej książki nie poczujecie się zbyt mądrzy. Przynajmniej ja się nie poczułam, bo jak można się rodzić i przeżywać wciąż to samo życie? I jak mogą to robić inni? Co tam z tym czasem? To linia, czy koło? Dlaczego w ogóle istnieje przeszłość i przyszłość? Radzę się nad tym nie zastanawiać i po prostu czytać.
A książka jest wyborna. Bo jeśli na początku wszystko może wydawać się trochę pogmatwane i jednocześnie nudne, to później już historia się klaruje i naprawdę wciąga. Śledzimy poszczególne epizody z życia Harry'ego, które składają się w jedną spójną całość. Poznajemy innych ouroboraninów, dowiadujemy się jakie skutki może mieć amnezja i zabójstwo przed urodzeniem. Dowiadujemy się też dlaczego nie warto grzebać w historii, nie można zmieniać jej biegu i przyspieszać rozwoju technologii.
"Piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" kwalifikowana jest jako fantastyka czy sci-fi. Zgodzę się z tym, ale jest to całkiem fajna powieść obyczajowa, momentami sensacyjna. Po części opowiada o szukaniu swojego miejsca na ziemi, bo to kim bohater jest pozwala mu na obranie kilkunastu różnych dróg i sprawdzenia ich. Walka z głównym antagonistą pokazuje jak wielką cierpliwość trzeba mieć i jak bardzo przebiegłym trzeba być, bo nie zamyka się ona w jednym żywocie.
Historia Harry'ego skłania do wielu przemyśleń. Bo iluż z nas po jakimś czasie myśli sobie, ach zrobiłbym/zrobiła to inaczej? Albo że obralibyśmy całkiem inne drogi, studiowalibyśmy co innego, lub związali się z kimś innym? Bohater ma takie możliwości, ale jest też trochę uprzywilejowany, bo z poprzednich żyć zna wyniki meczów, gonitw, wszystkiego na czym można zarobić i trochę się ustawić pod kątem pieniędzy. Będąc dzieckiem jednocześnie ma świadomość dorosłej osoby. Ma o wiele większą kontrolę. My życie mamy tylko jedno, kontrolę przez sporą jego część praktycznie żadną, a i tak umieramy z przeświadczeniem, że coś było nie tak. Przynajmniej ja mam takie wrażenie, choć raczej na końcu pewnie mało mnie będzie to obchodziło. Chyba, że umrę na raka płuc. Wtedy będę umierała strasznie wkurzona, bo nigdy nie paliłam. Mniejsza z tym.
Książkę polecam.
Wspomnę też skąd pomysł na to by poznać historię Augusta. Jakiś czas temu pisałam, że zaczynam słuchać podcastów, bo raz, że już nie słucham Trójki, a dwa, że ogólnie za często w radiu mówią o koronawirusie. Trafiłam więc na kanał Strefa Czytacza, gdzie było tylko kilka odcinków w temacie okołoksiążkowym. Później odwiedziłam kanał na You Tubie i tam poznałam trochę bliżej sympatyczną parę która opowiada o książkach właśnie. I robi to na różne sposoby, na przykład takie >klik, klik< :)
Każdy kto tutaj zagląda wie, że lubię historie, które mają kilka tomów. Czytam sobie takie mniej więcej na przestrzeni roku. Poprzednio były to książki Nesbo o Harrym Hole, teraz poczytuję felietony Jeremy'ego Clarksona.
Ale książka którą ostatnio przesłuchałam była jakby skondensowaną kapsułką. Mieściła w sobie piętnaście żyć głównego bohatera. I była świetna.
Harry August przychodzi na świat jako owoc gwałtu. Jego przybrany ojciec pracuje w majątku jego biologicznego ojca. Przeżywa swoje życie i umiera. Rodzi się znowu. Znowu jako bękart, znów przeżywa swoje życie. Rodzi się w znajomych sobie okolicznościach, pamięta poprzednie życie. Żyje i umiera. Zazwyczaj umiera na szpiczaka chyba że popełnia samobójstwo, chyba że ktoś strzela mu w tył głowy. Jest ouroboraninem i urodzi się znowu. I znowu umrze. W którymś życiu dowiaduje się o Bractwie Kronosa. O innych osobnikach jemu podobnych. O swoistych podróżach w czasie, o przekazywaniu wiadomości z przeszłości i z przyszłości. Bo świat nagle zaczyna się rozpadać, niszczeć, a Harry może temu położyć kres, bo wie co się dzieje.
Jeśli zaczniecie głębiej się zastanawiać nad istotą tej książki nie poczujecie się zbyt mądrzy. Przynajmniej ja się nie poczułam, bo jak można się rodzić i przeżywać wciąż to samo życie? I jak mogą to robić inni? Co tam z tym czasem? To linia, czy koło? Dlaczego w ogóle istnieje przeszłość i przyszłość? Radzę się nad tym nie zastanawiać i po prostu czytać.
A książka jest wyborna. Bo jeśli na początku wszystko może wydawać się trochę pogmatwane i jednocześnie nudne, to później już historia się klaruje i naprawdę wciąga. Śledzimy poszczególne epizody z życia Harry'ego, które składają się w jedną spójną całość. Poznajemy innych ouroboraninów, dowiadujemy się jakie skutki może mieć amnezja i zabójstwo przed urodzeniem. Dowiadujemy się też dlaczego nie warto grzebać w historii, nie można zmieniać jej biegu i przyspieszać rozwoju technologii.
"Piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" kwalifikowana jest jako fantastyka czy sci-fi. Zgodzę się z tym, ale jest to całkiem fajna powieść obyczajowa, momentami sensacyjna. Po części opowiada o szukaniu swojego miejsca na ziemi, bo to kim bohater jest pozwala mu na obranie kilkunastu różnych dróg i sprawdzenia ich. Walka z głównym antagonistą pokazuje jak wielką cierpliwość trzeba mieć i jak bardzo przebiegłym trzeba być, bo nie zamyka się ona w jednym żywocie.
Historia Harry'ego skłania do wielu przemyśleń. Bo iluż z nas po jakimś czasie myśli sobie, ach zrobiłbym/zrobiła to inaczej? Albo że obralibyśmy całkiem inne drogi, studiowalibyśmy co innego, lub związali się z kimś innym? Bohater ma takie możliwości, ale jest też trochę uprzywilejowany, bo z poprzednich żyć zna wyniki meczów, gonitw, wszystkiego na czym można zarobić i trochę się ustawić pod kątem pieniędzy. Będąc dzieckiem jednocześnie ma świadomość dorosłej osoby. Ma o wiele większą kontrolę. My życie mamy tylko jedno, kontrolę przez sporą jego część praktycznie żadną, a i tak umieramy z przeświadczeniem, że coś było nie tak. Przynajmniej ja mam takie wrażenie, choć raczej na końcu pewnie mało mnie będzie to obchodziło. Chyba, że umrę na raka płuc. Wtedy będę umierała strasznie wkurzona, bo nigdy nie paliłam. Mniejsza z tym.
Książkę polecam.
Wspomnę też skąd pomysł na to by poznać historię Augusta. Jakiś czas temu pisałam, że zaczynam słuchać podcastów, bo raz, że już nie słucham Trójki, a dwa, że ogólnie za często w radiu mówią o koronawirusie. Trafiłam więc na kanał Strefa Czytacza, gdzie było tylko kilka odcinków w temacie okołoksiążkowym. Później odwiedziłam kanał na You Tubie i tam poznałam trochę bliżej sympatyczną parę która opowiada o książkach właśnie. I robi to na różne sposoby, na przykład takie >klik, klik< :)
3 mar 2020
To i owo od B. A. Paris.
Ponieważ targi książki zbliżają się wielkimi krokami niedawno wzięłam do ręki książkę B.A. Paris "Pozwól mi wrócić". Przywiozłam ją właśnie z targów, z książkowej wymiany rok temu. Pamiętam, że jej okładka zdobiła wtedy wystawy księgarń, a ja na wymianie wzięłam ją w gruncie rzeczy niechętnie, bo pierwsza książka tej autorki którą miałam okazję przeczytać nie podobała mi się.
Reklamowany ostatnio "Dylemat" czeka na swoją premierę i postanowiłam nadrobić twórczość Paris, po pierwsze by w końcu wyrobić sobie zdanie, a po drugie by zepchnąć jej książkę ze stosu hańby.
Zaraz kiedy skończyłam czytać zaczęłam też słuchać audiobooka. "Na skraju załamania" to książka numer dwa, książka pośrednia, która ukazała się pomiędzy "Za zamkniętymi drzwiami" a "Pozwól mi wrócić".
Niestety nie pomogło mi to w wyrobieniu sobie opinii, bo to nie było łatwe.
W "Pozwól mi wrócić" mamy do czynienia z mężczyzną, który stracił ukochaną. Stracił w takim sensie, że zaginęła. Z biegiem czasu nasz Fin związał się z siostrą swej byłej partnerki. Planują ślub, życie im się układa, oboje jakoś pogodzili się ze stratą. Oczywiście pewnego dnia to wszystko przestaje być takie piękne.
"Na skraju załamania" opowiada o Cass, która pechowo wybiera drogę powrotną do domu. Widzi stojący w zatoczce samochód i choć wykazuje chęci to jednak nie pomaga parkującej w lesie kobiecie. Konsekwencje tego co wydarzyło się później bardzo komplikują życie bohaterki i spychają ją, no... Na sam skraj załamania.
I która lepsza?
Cóż, bez wahania powiem, że historia Cass przemówiła do mnie o wiele bardziej niż Fin i jego znikająca Layla.
W tej książce był ten dreszczyk, to coś co sprawiało, że rzucało się lekko zaniepokojone spojrzenia na otoczenie i zastanawiało się czy aby wszystko się dobrze pamięta, bo pamięć jest w tu dość istotnym elementem układanki. Paris pokazała jak łatwo można zmanipulować człowieka, który przypuszcza, że posiada pewne obciążenia chorobowe z poprzedniego pokolenia. Bohaterka popadała w paranoję, a ja razem z nią.
W tym przypadku identyfikacja z bohaterem nie jest czymś miłym.
W historii Fina i Layli już nie było tego napięcia. Niby intryga się snuła, kolejne podejrzane wydarzenia miały miejsce, ale to już zdecydowanie nie było to. Czytałam książkę z chęcią, bo byłam ciekawa zakończenia, ale budziła we mnie zdecydowanie mniejsze emocje niż ta, której słuchałam później. Zakończenia ich obu nie wbiły mnie w fotel, ale o wiele lepiej oceniam "Na skraju załamania" choćby przez to co zakończenie poprzedzało.
Pozostaje czekać na to co przyniesie ze sobą "Dylemat". Wydawnictwo Albatros organizuje w sobotę spotkanie z Paris na którym będzie można przedpremierowo nabyć jej najnowszą książkę i dostać autograf, więc i o tą najnowszą pozycje odpowiednio zadbam czytając ją i starając się osądzić czy Paris dla mnie w końcu pisze fajnie czy nie.
Reklamowany ostatnio "Dylemat" czeka na swoją premierę i postanowiłam nadrobić twórczość Paris, po pierwsze by w końcu wyrobić sobie zdanie, a po drugie by zepchnąć jej książkę ze stosu hańby.
Zaraz kiedy skończyłam czytać zaczęłam też słuchać audiobooka. "Na skraju załamania" to książka numer dwa, książka pośrednia, która ukazała się pomiędzy "Za zamkniętymi drzwiami" a "Pozwól mi wrócić".
Niestety nie pomogło mi to w wyrobieniu sobie opinii, bo to nie było łatwe.
W "Pozwól mi wrócić" mamy do czynienia z mężczyzną, który stracił ukochaną. Stracił w takim sensie, że zaginęła. Z biegiem czasu nasz Fin związał się z siostrą swej byłej partnerki. Planują ślub, życie im się układa, oboje jakoś pogodzili się ze stratą. Oczywiście pewnego dnia to wszystko przestaje być takie piękne.
"Na skraju załamania" opowiada o Cass, która pechowo wybiera drogę powrotną do domu. Widzi stojący w zatoczce samochód i choć wykazuje chęci to jednak nie pomaga parkującej w lesie kobiecie. Konsekwencje tego co wydarzyło się później bardzo komplikują życie bohaterki i spychają ją, no... Na sam skraj załamania.
I która lepsza?
Cóż, bez wahania powiem, że historia Cass przemówiła do mnie o wiele bardziej niż Fin i jego znikająca Layla.
W tej książce był ten dreszczyk, to coś co sprawiało, że rzucało się lekko zaniepokojone spojrzenia na otoczenie i zastanawiało się czy aby wszystko się dobrze pamięta, bo pamięć jest w tu dość istotnym elementem układanki. Paris pokazała jak łatwo można zmanipulować człowieka, który przypuszcza, że posiada pewne obciążenia chorobowe z poprzedniego pokolenia. Bohaterka popadała w paranoję, a ja razem z nią.
W tym przypadku identyfikacja z bohaterem nie jest czymś miłym.
W historii Fina i Layli już nie było tego napięcia. Niby intryga się snuła, kolejne podejrzane wydarzenia miały miejsce, ale to już zdecydowanie nie było to. Czytałam książkę z chęcią, bo byłam ciekawa zakończenia, ale budziła we mnie zdecydowanie mniejsze emocje niż ta, której słuchałam później. Zakończenia ich obu nie wbiły mnie w fotel, ale o wiele lepiej oceniam "Na skraju załamania" choćby przez to co zakończenie poprzedzało.
Pozostaje czekać na to co przyniesie ze sobą "Dylemat". Wydawnictwo Albatros organizuje w sobotę spotkanie z Paris na którym będzie można przedpremierowo nabyć jej najnowszą książkę i dostać autograf, więc i o tą najnowszą pozycje odpowiednio zadbam czytając ją i starając się osądzić czy Paris dla mnie w końcu pisze fajnie czy nie.
28 lut 2020
"Współlokatorzy", B. O'Leary.
Kiedy zaczynałam słuchać tej książki nic o tym nie napisałam, bo byłoby mi trudniej odnaleźć się w sytuacji bohaterów niż zostać latarnikiem. Naprawdę, pomysł autorki wydaje mi się bardzo dziwny, dziwniejszy niż ta samotność na Janus Rock.
Tiffy i Leon dzielą jedno łóżko. Nie są parą, nigdy się nie widzieli. Wynajmują razem mieszkanie i dzielą jedno, jedyne w nim łóżko. Ona potrzebowała jak najtańszego lokum, on potrzebował pieniędzy. On pracuje na nocki, ona za dnia. Kiedy on odsypia, ona jest w pracy. On weekendy spędza u dziewczyny. Ona w weekendy mieszkanie ma dla siebie. Ona musi uciec od byłego chłopaka, on musi wyciągnąć z więzienia brata.
Ta książka kojarzy mi się najbardziej z jakąś współczesną wersją powieści klasycznej. Wydaje mi się, że większość książek, które ostatnimi czasy czytałam jest dość jednowątkowe. Powiedzmy, że jest jeden główny wątek i te wspomagające, takie które niby nie tak ściśle się wiążą, ale dążą do konkretnego punktu kulminacyjnego. W starych książkach tych wątków było dość sporo. W zależności od tego czy wspomnimy o "Annie Kareninie", "Lalce" czy "Chłopach" pomyślimy, że tam faktycznie się działo. Tu, przy "Współlokatorach" sytuacja jest podobna.
Ta okładka przewijała mi się tu i ówdzie, wydawało mi się więc, że to będzie taka lekka i śmieszna historyjka o dwójce ludzi, którzy pewnie w jakiś abstrakcyjny ale zabawny sposób w końcu się spotkają, z miejsca się w sobie zakochają i będą żyli długo i szczęśliwie.
Jak się okazało książka dostarczyła o wiele więcej... Yyy... Czegoś. Bo nie mogę też napisać bym się śmiała. Bym rozpaczała. Czy gryzła z niecierpliwości paznokcie.
Problem polegał na tym, że nie mogłam polubić się z bohaterami. Nie byli ani odpychający, ani jacyś dziwaczni przez co nie mogłabym ich zrozumieć. Nie mogłam nawiązać tej nici sympatii, którą czasem dość łatwo daje się zadzierzgnąć.
Drażnił mnie też sposób narracji w rozdziałach poświęconych Leonowi. Może w książce by się to lepiej czytało, ale kiedy słuchałam tekstu zbyteczny był dla mnie ten podział na role jak w jakimś dramacie. Tym bardziej, że audiobooka czytały dwie osoby.
Nie mogę napisać, że książka była do niczego. Było wiele wątków, były dopracowane. Bohaterowie byli różnorodni i mierzyli się ze swymi problemami. Żadnego z nich jednak nie polubiłam i to największy minus jaki można dać tej pozycji.
18 lut 2020
To i owo 8.
Najgorszy przykład bohaterki literackiej jaką do tej pory miałam okazję spotkać. Laura nie pokazała niczego mądrego. Jest przykładem totalnie absurdalnego pomysłu, który obraża wiele kobiet. Jej Massimo jest wyidealizowanym macho, który uważa, że zabójstwo to nic wielkiego, a przecież nawet jeśli, to nakupi swej kobiecie później ciuchów i bucików, więc ta przestanie marudzić. Najlepsza przyjaciółka Laury Olga (jakby innego imienia nie można było wymyślić) jest kolejną karykaturą. Wulgarna i puszczalska materialistka, która jedynie co potrafi to gadać bez sensu i wlewać w siebie kolejne porcje alkoholu.
Porąbana, nonsensowna powieść. Dawno nie cieszyłam się tak bardzo kiedy skończyłam wreszcie słuchać jakiegoś audiobooka.
To przykre było.
* * *
Zajmijmy się więc przyjemniejszymi sprawami. Jak wspominałam nasza biblioteka ogłosiła książkowe wyzwanie z okazji swojego 75-lecia. Trwa ono od lutego do września. Zadań jest 75 i wyglądają mniej więcej tak:
W gruncie rzeczy mam ochotę odhaczyć każde z nich, ale raczej nie po to by zrobić ich najwięcej do września. Będę sobie czytała jakimś tam swoim tempem i niekoniecznie wypożyczając książki. Ambicją mą jest zrobić każde z tych zadań :) Nawet jeśli zajmie mi to lata ;)
Na samym początku chciałam wystartować, ale później pomyślałam sobie o tym co z weryfikacją. Bo jeśli jedynym dowodem na wykonanie zadania jest samo wypożyczenie książki to jednak mi się nie chce. Nie sądzę by bibliotekarki maglowały każdego z treści, a ja tam lubię jak jest uczciwie.
* * *
A wczoraj był Dzień Kota. Nasz kot jednak jak zwykle postanowił wszystko zepsuć i nie pokazał się w domu. Zostało mi więc pocieszanie się odpowiednią lekturą.
15 lut 2020
"Siedem sióstr", L. Riley.
Tak sobie jakoś wymyśliłam, że "Siedem sióstr" to na pewno historia z fantastyki i to jeszcze pewnie pomieszana z jakąś mitologią. Byłam jednak mile zaskoczona kiedy zaczęłam słuchać audiobooka i fantastyki nie znalazłam wcale, a tej mitologii tylko trochę.
Nie miałam okazji przeczytać jeszcze żadnej z książek Lucindy Riley, ale na Empik Go był dostępny audiobook "Siedmiu sióstr" i chętnie go włączyłam, bo wiedziałam, że to historia składająca się już z kilku tomów, a ja lubię takowe.
I jakże ona mnie urzekła. Bardzo lubię kiedy książka opiera się i opisuje wydarzenia z przeszłości. Tutaj akcja jest związana z budową pomnika Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro.
Ale może od początku. W pięknej posiadłości Atlantis dorastało ze sobą sześć sióstr. Wszystkie zostały adoptowane przez Pa Salta i każdej z nich nadał on imię po Plejadzie. Siostry wiedzą, że brakuje jeszcze jednej. Nigdy nie przybyła do Atlantis. Ta zagadka nie zostaje jednak rozwiązana, bo Pa Salt umiera, ale wyprzedzając dużo czas wytycza każdej ze swych córek drogę, dzięki której poznają one swoją przeszłość.
Pierwsza z książek poświęcona jest najstarszej z sióstr, Mai. By poznać swoje korzenie udaje się aż do Rio de Janeiro, gdzie przy pomocy zaprzyjaźnionego pisarza bada historię swojej rodziny.
Książka prócz tego, że fabuła jest interesująca ma ten niewątpliwy plus, że opisuje rzeczy nad którymi raczej często się nie zastanawiamy. Nawet jeśli historia budowy ogromnego Chrystusa Zbawiciela nie została przestawiona w sposób ściśle odzwierciedlający to co naprawdę się wtedy działo, to bardzo fajnie się słucha o tym jak mógł wyglądać proces projektowania i tworzenia tak wielkiej budowli. W tą historię zostaje wkomponowana prababka Mai i to właśnie dzięki jej wątkowi dowiadujemy się jakie życie wiodły osoby, które dorobiły się na plantacjach kawy i ze zwyczajnych obywateli stały się kimś na kształt arystokracji.
Z chęcią poznam kolejne tomy, ale z tego co widzę w wersji audio dostępny jest tylko ten pierwszy. Chyba zapoluję na nie na wymianie książkowej przy okazji Poznańskich Targów Książki, ewentualnie wypożyczę z biblioteki.
Swoja drogą muszę napisać też o zabawie w wyzwanie jakie ogłosiła Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy. Niby czas trwania wyzwania to aż osiem miesięcy, jednak zadań jest ogrom.
Nie miałam okazji przeczytać jeszcze żadnej z książek Lucindy Riley, ale na Empik Go był dostępny audiobook "Siedmiu sióstr" i chętnie go włączyłam, bo wiedziałam, że to historia składająca się już z kilku tomów, a ja lubię takowe.
I jakże ona mnie urzekła. Bardzo lubię kiedy książka opiera się i opisuje wydarzenia z przeszłości. Tutaj akcja jest związana z budową pomnika Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro.
Ale może od początku. W pięknej posiadłości Atlantis dorastało ze sobą sześć sióstr. Wszystkie zostały adoptowane przez Pa Salta i każdej z nich nadał on imię po Plejadzie. Siostry wiedzą, że brakuje jeszcze jednej. Nigdy nie przybyła do Atlantis. Ta zagadka nie zostaje jednak rozwiązana, bo Pa Salt umiera, ale wyprzedzając dużo czas wytycza każdej ze swych córek drogę, dzięki której poznają one swoją przeszłość.
Pierwsza z książek poświęcona jest najstarszej z sióstr, Mai. By poznać swoje korzenie udaje się aż do Rio de Janeiro, gdzie przy pomocy zaprzyjaźnionego pisarza bada historię swojej rodziny.
Książka prócz tego, że fabuła jest interesująca ma ten niewątpliwy plus, że opisuje rzeczy nad którymi raczej często się nie zastanawiamy. Nawet jeśli historia budowy ogromnego Chrystusa Zbawiciela nie została przestawiona w sposób ściśle odzwierciedlający to co naprawdę się wtedy działo, to bardzo fajnie się słucha o tym jak mógł wyglądać proces projektowania i tworzenia tak wielkiej budowli. W tą historię zostaje wkomponowana prababka Mai i to właśnie dzięki jej wątkowi dowiadujemy się jakie życie wiodły osoby, które dorobiły się na plantacjach kawy i ze zwyczajnych obywateli stały się kimś na kształt arystokracji.
Z chęcią poznam kolejne tomy, ale z tego co widzę w wersji audio dostępny jest tylko ten pierwszy. Chyba zapoluję na nie na wymianie książkowej przy okazji Poznańskich Targów Książki, ewentualnie wypożyczę z biblioteki.
Swoja drogą muszę napisać też o zabawie w wyzwanie jakie ogłosiła Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy. Niby czas trwania wyzwania to aż osiem miesięcy, jednak zadań jest ogrom.
5 lut 2020
Podsumowanie stycznia.
Do tej pory nigdy nie musiałam robić czegoś takiego jak podsumowanie miesiąca. Teraz jednak zdarzyło się tak, że styczeń był w książki bardzo obfity i pomyślałam, że wypadałoby wspomnieć o tych, które przesłuchałam czy przeczytałam, a nie pojawiły się do tej pory na blogu.
Jestem w lekkim szoku, bo w styczniu przeczytałam aż 10 książek. Od bardzo dawna, a na pewno od momentu powstania bloga nie było tak dobrego miesiąca pod tym kątem, przynajmniej ja sobie nie przypominam.
O "Pacjentce" czy o "Vox" już wspominałam wcześniej. W międzyczasie była też książka Katarzyny Nosowskiej pt.: "A ja żem jej powiedziała...".
Stercząc kiedyś w kolejce na poczcie rzuciłam na nią okiem tak raczej z ciekawości. Pierwsze wrażenie nie było zbyt pozytywne. Mało treści, za dużo obrazków, nie... Ale kiedy zobaczyłam audiobooka, stwierdziłam, że nic mi nie zaszkodzi i posłuchałam. Drugie wrażenie też nie było pozytywne. Swoją książkę czyta autorka. I nie napisała w niej nic ciekawego ani nic odkrywczego. Ot, wynurzenia kobiety, która nie może zdecydować czy chce być gruba czy nie chce być gruba.
"Zamiana", którą napisała Rebecca Fleet była dość fajnym thrillerem, jednakże jak pokazał czas dość słabo zapada w pamięć, bo nie potrafię sobie przypomnieć zakończenia. Pamiętam, że nie męczyło mnie czytanie tej książki, a historia nawet wciągnęła. To, że nie pamiętam zakończenia jednak nie zostawia po lekturze dobrego wrażenia.
"Tajemnice Korei Północnej" były książką, którą wraz z każdym przesłuchanym rozdziałem opowiadałam Małżowi. Lubimy dowiadywać się o różnych rzeczach, tym bardziej jeśli dotyczą one jednego z najbardziej zamkniętych państw świata, a takim zapewne jest ta Korea. Nie jest różowo, ale nie jest też tak szaro i buro jak można by się spodziewać. Z książki dowiecie się wielu ciekawych jak i bardzo zaskakujących rzeczy na temat tego kraju. Autorowie zapewniają też, że kwestie przedstawione w książce nie są wyssane z palca. Weryfikowali je u co najmniej trzech źródeł, bo raczej nie mogli wpaść do Korei by samodzielnie zebrać materiały. Polecam.
"Rok 1984" George'a Orwella jest pozycją, która sprawiła mi największe trudności w całym miesiącu. Mimo tego, że podobała mi się fabuła i pomysł na książkę, to jakoś nie mogłam się w tym odnaleźć i tak naprawdę nie wiem co o niej sądzić, nawet nie potrafiłam jej ocenić na Lubimy czytać. Może po prostu słaby ze mnie polityk i społecznik?
A sam koniec były dwie książki tego samego autora, Piotra C. Tak, "Pokolenie Ikea" i "Pokolenie Ikea. Kobiety". Nie do końca jestem w stanie stwierdzić czy te pozycje miały jakąś konkretną fabułę, ani czy miały jakikolwiek sens. Prawdą jednak jest, że słuchałam ich z nijaką głupkowatą przyjemnością tak jak ogląda się te wszystkie paradokumentalne seriale. Nie polecam, ale jeśli ktoś chce poczytać jak wygląda życie w korpo i ile kobiet może zaliczyć Warszawski macho to niech się nie krępuje. Będzie wybaczone. Wszak trzeba znać i takie książki by móc rozeznać co jest dobre, a co złe.
Jestem w lekkim szoku, bo w styczniu przeczytałam aż 10 książek. Od bardzo dawna, a na pewno od momentu powstania bloga nie było tak dobrego miesiąca pod tym kątem, przynajmniej ja sobie nie przypominam.
O "Pacjentce" czy o "Vox" już wspominałam wcześniej. W międzyczasie była też książka Katarzyny Nosowskiej pt.: "A ja żem jej powiedziała...".
Stercząc kiedyś w kolejce na poczcie rzuciłam na nią okiem tak raczej z ciekawości. Pierwsze wrażenie nie było zbyt pozytywne. Mało treści, za dużo obrazków, nie... Ale kiedy zobaczyłam audiobooka, stwierdziłam, że nic mi nie zaszkodzi i posłuchałam. Drugie wrażenie też nie było pozytywne. Swoją książkę czyta autorka. I nie napisała w niej nic ciekawego ani nic odkrywczego. Ot, wynurzenia kobiety, która nie może zdecydować czy chce być gruba czy nie chce być gruba.
"Zamiana", którą napisała Rebecca Fleet była dość fajnym thrillerem, jednakże jak pokazał czas dość słabo zapada w pamięć, bo nie potrafię sobie przypomnieć zakończenia. Pamiętam, że nie męczyło mnie czytanie tej książki, a historia nawet wciągnęła. To, że nie pamiętam zakończenia jednak nie zostawia po lekturze dobrego wrażenia.
"Tajemnice Korei Północnej" były książką, którą wraz z każdym przesłuchanym rozdziałem opowiadałam Małżowi. Lubimy dowiadywać się o różnych rzeczach, tym bardziej jeśli dotyczą one jednego z najbardziej zamkniętych państw świata, a takim zapewne jest ta Korea. Nie jest różowo, ale nie jest też tak szaro i buro jak można by się spodziewać. Z książki dowiecie się wielu ciekawych jak i bardzo zaskakujących rzeczy na temat tego kraju. Autorowie zapewniają też, że kwestie przedstawione w książce nie są wyssane z palca. Weryfikowali je u co najmniej trzech źródeł, bo raczej nie mogli wpaść do Korei by samodzielnie zebrać materiały. Polecam.
"Rok 1984" George'a Orwella jest pozycją, która sprawiła mi największe trudności w całym miesiącu. Mimo tego, że podobała mi się fabuła i pomysł na książkę, to jakoś nie mogłam się w tym odnaleźć i tak naprawdę nie wiem co o niej sądzić, nawet nie potrafiłam jej ocenić na Lubimy czytać. Może po prostu słaby ze mnie polityk i społecznik?
A sam koniec były dwie książki tego samego autora, Piotra C. Tak, "Pokolenie Ikea" i "Pokolenie Ikea. Kobiety". Nie do końca jestem w stanie stwierdzić czy te pozycje miały jakąś konkretną fabułę, ani czy miały jakikolwiek sens. Prawdą jednak jest, że słuchałam ich z nijaką głupkowatą przyjemnością tak jak ogląda się te wszystkie paradokumentalne seriale. Nie polecam, ale jeśli ktoś chce poczytać jak wygląda życie w korpo i ile kobiet może zaliczyć Warszawski macho to niech się nie krępuje. Będzie wybaczone. Wszak trzeba znać i takie książki by móc rozeznać co jest dobre, a co złe.
17 sty 2020
"Czerwony notes", S. Lundberg.
Tak sobie słuchałam i słuchałam i życzyłam sobie, żeby ta książka nie miała dobrego zakończenia. Nie, nie, nie... Bo by ono nie pasowało, bo to powinno się skończyć właśnie tak że...
Poznajemy Doris. Sympatyczna pani mieszkająca samotnie w Sztokholmie. Ma 96 lat. Doris ma Jenny. Jej jedyna żyjąca krewna żyje jednak dość daleko, bo w Stanach Zjednoczonych. Rozmawiają ze sobą przez Skype'a. Doris spisuje swoje wspomnienia. Robi to dla Jenny. Przegląda swój czerwony notes, który przed wielu laty dostała od ojca. Śledząc spisane w nim imiona i nazwiska poznajemy historię życia staruszki.
Lubię książki, które opowiadane są z perspektywy teraźniejszości i przeszłości. Wraz z bohaterką cofamy się w czasie by śledzić jej dość burzliwe losy. Wcześnie straciła ojca, po krótkim czasie matka odprawiła ją z domu. Pracowała jako służąca, później wyjechała do Paryża.
Wszystko byłoby fajnie gdyby nie to dobre zakończenie. Postać Doris jest postacią z gatunku tych co wiatr im w oczy cały czas. Praktycznie wyrzucona z domu. Wyjeżdża do kompletnie obcego kraju bez znajomości języka. Owszem, dzięki swej urodzie może pracować jako modelka w domach handlowych Paryża, ale cóż z tego kiedy już wkrótce umrze jej matka, a siostra, która żyła do tej pory z nią w Szwecji nagle zjawia się we Francji?
Pewnego dnia, kiedy opiekunka się spóźnia Doris będąc głodną wstaje i powolutku idzie w stronę szafki w której ma schowane czekoladki. Przewraca się, w wyniku czego łamie kość i zostaje uziemiona w szpitalu.
Przylatuje do niej Jenny. Jenny, która kocha Doris jak matkę, której praktycznie nigdy nie miała.
Sprawa idzie o niespełnioną miłość z młodości głównej bohaterki. Ileż to przeciwności losu i złośliwych przypadków sprawiło, że nigdy nie była ze swym ukochanym. Nigdy tak naprawdę nie zaznała szczęścia, a jej los był pasmem nieszczęść przeplatanych maleńkimi uśmiechami losu, takimi tylko by dało się przeżyć.
Wiem, że to być może i straszne i złe, ale wydaje mi się, że czasem nie jest wskazane kończyć książki dobrze. Tak na siłę, że oto nagle jeden strzał, jedna szansa na milion, ale, cudownie, się udaje i ooooo... Po prostu się udaje.
Nie.
Poznajemy Doris. Sympatyczna pani mieszkająca samotnie w Sztokholmie. Ma 96 lat. Doris ma Jenny. Jej jedyna żyjąca krewna żyje jednak dość daleko, bo w Stanach Zjednoczonych. Rozmawiają ze sobą przez Skype'a. Doris spisuje swoje wspomnienia. Robi to dla Jenny. Przegląda swój czerwony notes, który przed wielu laty dostała od ojca. Śledząc spisane w nim imiona i nazwiska poznajemy historię życia staruszki.
Lubię książki, które opowiadane są z perspektywy teraźniejszości i przeszłości. Wraz z bohaterką cofamy się w czasie by śledzić jej dość burzliwe losy. Wcześnie straciła ojca, po krótkim czasie matka odprawiła ją z domu. Pracowała jako służąca, później wyjechała do Paryża.
Wszystko byłoby fajnie gdyby nie to dobre zakończenie. Postać Doris jest postacią z gatunku tych co wiatr im w oczy cały czas. Praktycznie wyrzucona z domu. Wyjeżdża do kompletnie obcego kraju bez znajomości języka. Owszem, dzięki swej urodzie może pracować jako modelka w domach handlowych Paryża, ale cóż z tego kiedy już wkrótce umrze jej matka, a siostra, która żyła do tej pory z nią w Szwecji nagle zjawia się we Francji?
Pewnego dnia, kiedy opiekunka się spóźnia Doris będąc głodną wstaje i powolutku idzie w stronę szafki w której ma schowane czekoladki. Przewraca się, w wyniku czego łamie kość i zostaje uziemiona w szpitalu.
Przylatuje do niej Jenny. Jenny, która kocha Doris jak matkę, której praktycznie nigdy nie miała.
Sprawa idzie o niespełnioną miłość z młodości głównej bohaterki. Ileż to przeciwności losu i złośliwych przypadków sprawiło, że nigdy nie była ze swym ukochanym. Nigdy tak naprawdę nie zaznała szczęścia, a jej los był pasmem nieszczęść przeplatanych maleńkimi uśmiechami losu, takimi tylko by dało się przeżyć.
Wiem, że to być może i straszne i złe, ale wydaje mi się, że czasem nie jest wskazane kończyć książki dobrze. Tak na siłę, że oto nagle jeden strzał, jedna szansa na milion, ale, cudownie, się udaje i ooooo... Po prostu się udaje.
Nie.
11 sty 2020
"Vox", Ch. Dalcher.
Ervisha napisała, że słyszała "o tym jaka jest "mocna"" ta książka.
Jest. Niewątpliwie jest w niej wiele tematów które dają do myślenia, które nakazują się zastanawiać i gdybać.
Nasza bohaterka, którą znany jako żonę i matkę przeinacza się w spiskowca i burzy nowy porządek by przywrócić stary. Wszystko się udaje, sprawa wraca do normy. Ktoś się poświęca by szczęśliwy mógł być ktoś.
"Vox" był interesujący, dziwny i interesujący zarazem. Czasem widziałam w innych opiniach porównania do "Opowieści podręcznej", ale nie zaprzątało mi to głowy, bo tych nie miałam okazji przeczytać.
Najbardziej w książce Dalcher dręczyło mnie to, że mimo iż świat wydawał się być dobrze wykreowany ja podczas czytania tekstu wyszukiwałam luki, które wydawały mi się zasadne. No bo jak, całe Stany Zjednoczone nagle narzucają swoim obywatelkom na nadgarstki liczniki słów i uciszają je, ot tak <pstryk palcami>? Nikt, naprawdę nikt nie protestuje, nie ma jakiś zamieszek? Żaden z mężczyzn się nie sprzeciwia? Ani jeden? Co to w ogóle znaczy, że całym krajem zaczyna rządzić jakiś klecha? I naprawdę każdy mu się podporządkowuje? Żyd? Buddysta? Ateista? Jak to jest, że władzę ma religia, ale tak naprawdę nie przewija się ona zbyt wiele przez treść książki? Jest jakimś tam napędem, ale skoro ojcowie i synowie tak podporządkowali się woli Bożej i wierzą w to, że to oni mają pracować, a żony siedzieć w domu bez słowa i wychowywać dzieci, to dlaczego nie gną krzyży w pokłonach i nie całują krucyfiksów? Jest jakiś procent ślepo wierzących i cytujących Biblię z pamięci, ale są w mniejszości.
Nie pasowało mi, że akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych i w dodatku miesza się w nią religię. Nie żebym się czuła obrażona czy zbulwersowana. Przez to, że książka miała być taka prawdziwa, to przestała taka być. Lepiej chyba byłoby gdyby kraj był fikcyjny i religia też.
Bo czy naprawdę dezinformacja była tak dobra, że żadne inne kraje nie wiedziały co się dzieje? Nikt nie interesował się tym co jest grane na podwórku jednego z największych mocarstw świata? Tym bardziej, że nasza Jean rozmawiała z rodzicami mieszkającymi we Włoszech? Kobiety z całego świata odwróciły się od Amerykanek? Wszystkie organizacje rządowe i pozarządowe, Czerwony Krzyż i cały długi szereg podobnych instytucji na to pozwoliły?
Ta książka może się podobać. Bo jest dobra i mocna. Trzeba ją jednak przyjąć totalnie bezkrytycznie i przymknąć oczy na kilka spraw by absolutnie się nią cieszyć. Również na zakończenie.
Jest. Niewątpliwie jest w niej wiele tematów które dają do myślenia, które nakazują się zastanawiać i gdybać.
Nasza bohaterka, którą znany jako żonę i matkę przeinacza się w spiskowca i burzy nowy porządek by przywrócić stary. Wszystko się udaje, sprawa wraca do normy. Ktoś się poświęca by szczęśliwy mógł być ktoś.
"Vox" był interesujący, dziwny i interesujący zarazem. Czasem widziałam w innych opiniach porównania do "Opowieści podręcznej", ale nie zaprzątało mi to głowy, bo tych nie miałam okazji przeczytać.
Najbardziej w książce Dalcher dręczyło mnie to, że mimo iż świat wydawał się być dobrze wykreowany ja podczas czytania tekstu wyszukiwałam luki, które wydawały mi się zasadne. No bo jak, całe Stany Zjednoczone nagle narzucają swoim obywatelkom na nadgarstki liczniki słów i uciszają je, ot tak <pstryk palcami>? Nikt, naprawdę nikt nie protestuje, nie ma jakiś zamieszek? Żaden z mężczyzn się nie sprzeciwia? Ani jeden? Co to w ogóle znaczy, że całym krajem zaczyna rządzić jakiś klecha? I naprawdę każdy mu się podporządkowuje? Żyd? Buddysta? Ateista? Jak to jest, że władzę ma religia, ale tak naprawdę nie przewija się ona zbyt wiele przez treść książki? Jest jakimś tam napędem, ale skoro ojcowie i synowie tak podporządkowali się woli Bożej i wierzą w to, że to oni mają pracować, a żony siedzieć w domu bez słowa i wychowywać dzieci, to dlaczego nie gną krzyży w pokłonach i nie całują krucyfiksów? Jest jakiś procent ślepo wierzących i cytujących Biblię z pamięci, ale są w mniejszości.
Nie pasowało mi, że akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych i w dodatku miesza się w nią religię. Nie żebym się czuła obrażona czy zbulwersowana. Przez to, że książka miała być taka prawdziwa, to przestała taka być. Lepiej chyba byłoby gdyby kraj był fikcyjny i religia też.
Bo czy naprawdę dezinformacja była tak dobra, że żadne inne kraje nie wiedziały co się dzieje? Nikt nie interesował się tym co jest grane na podwórku jednego z największych mocarstw świata? Tym bardziej, że nasza Jean rozmawiała z rodzicami mieszkającymi we Włoszech? Kobiety z całego świata odwróciły się od Amerykanek? Wszystkie organizacje rządowe i pozarządowe, Czerwony Krzyż i cały długi szereg podobnych instytucji na to pozwoliły?
Ta książka może się podobać. Bo jest dobra i mocna. Trzeba ją jednak przyjąć totalnie bezkrytycznie i przymknąć oczy na kilka spraw by absolutnie się nią cieszyć. Również na zakończenie.
6 sty 2020
Sto słów dziennie.
Siedzieliśmy sobie po południu i piliśmy kawę, kiedy zaczęłam opowiadać Małżowi sytuację jaka ma miejsce w książce pod tytułem "Vox" Christiny Dalcher. Nie będę się teraz rozpisywała o fabule, bo o tym może kiedy skończę słuchać, chodzi jednak o to, że w tej książce kobiety obłożone są limitem, który pozwala im wypowiedzieć zaledwie 100 słów dziennie.
Zaczęliśmy o tym rozmawiać i wraz z biegiem rozmowy przestałam się do niego odzywać. Małż popatrzył na mnie ze zdziwieniem i zaczął namawiać bym natychmiast zabrała głos. Kiedy zaczęłam bez słowa kręcić przecząco głową on stwierdził, że w takim razie też nie będzie się już odzywał.
I było po sprawie.
Zaczęliśmy znów mówić i stwierdziliśmy, że to niecodzienne i naprawdę uciążliwe. Złe.
Tym bardziej zaczęła mnie irytować postać męża głównej bohaterki. Bo atmosfera tej książki jest bardzo dziwna. Niby to mężczyźni postanowili uciszyć kobiety ograniczając im możliwość wysławiania się, nauki i zamykając je w domach. Ale nie ma z ich strony jakieś agresji, jakiś bardziej żywych uczuć, które mogłyby tą decyzję tłumaczyć. Mąż Jean McClellan, głównej bohaterki, jest bardzo pasywny. Niby jej współczuje, niby namawia do pewnej współpracy by mogła zyskać trochę wolności, ale kiedy ponownie zostaje zakuta w opaskę zliczającą słowa nie protestuje.
Z drugiej strony nasza bohaterka ma na boku romans z kolegą z pracy. Gloryfikuje go i nosi jego dziecko. W pewnym momencie stwierdza wprost, że nie kocha już męża, nie może go jednak porzucić, bo odcięcie się od męża, zdrada i cudzołożenie jest surowo karane. Oznacza to definitywne wykluczenie ze społeczeństwa. Sama uciec również nie jest w stanie, bo jej, jako kobiecie, odebrano paszport i możliwość jakiś szerzej zakrojonych podróży bez męża u boku.
Bardzo dziwna wizja, bardzo.
Jest też taka sytuacja, kiedy to najstarszy syn naszej bohaterki donosi na swoją dziewczynę i skazuje ją na dożywotnią pracę i zgolenie włosów z głowy w ramach potępienia. Jej ojciec, kiedy odpowiednie służby wywlekają jego córkę z domu nie robi absolutnie nic. Nie uspokaja nawet żony, która nic nie robiąc sobie z ograniczeń wrzeszczy ze zgryzoty i zgrozy i przekracza limit za co karą jest rażenie prądem. Wielokrotne.
____________________________________
Pamiętajcie proszę o Australii. Nie przejmuję się tymi ofiarami w ludziach, nie, jakoś nie. Przeraża mnie los zwierząt. Dorzućcie się do jakieś zbiórki podobnie jak ja.
Zaczęliśmy o tym rozmawiać i wraz z biegiem rozmowy przestałam się do niego odzywać. Małż popatrzył na mnie ze zdziwieniem i zaczął namawiać bym natychmiast zabrała głos. Kiedy zaczęłam bez słowa kręcić przecząco głową on stwierdził, że w takim razie też nie będzie się już odzywał.
I było po sprawie.
Zaczęliśmy znów mówić i stwierdziliśmy, że to niecodzienne i naprawdę uciążliwe. Złe.
Tym bardziej zaczęła mnie irytować postać męża głównej bohaterki. Bo atmosfera tej książki jest bardzo dziwna. Niby to mężczyźni postanowili uciszyć kobiety ograniczając im możliwość wysławiania się, nauki i zamykając je w domach. Ale nie ma z ich strony jakieś agresji, jakiś bardziej żywych uczuć, które mogłyby tą decyzję tłumaczyć. Mąż Jean McClellan, głównej bohaterki, jest bardzo pasywny. Niby jej współczuje, niby namawia do pewnej współpracy by mogła zyskać trochę wolności, ale kiedy ponownie zostaje zakuta w opaskę zliczającą słowa nie protestuje.
Z drugiej strony nasza bohaterka ma na boku romans z kolegą z pracy. Gloryfikuje go i nosi jego dziecko. W pewnym momencie stwierdza wprost, że nie kocha już męża, nie może go jednak porzucić, bo odcięcie się od męża, zdrada i cudzołożenie jest surowo karane. Oznacza to definitywne wykluczenie ze społeczeństwa. Sama uciec również nie jest w stanie, bo jej, jako kobiecie, odebrano paszport i możliwość jakiś szerzej zakrojonych podróży bez męża u boku.
Bardzo dziwna wizja, bardzo.
Jest też taka sytuacja, kiedy to najstarszy syn naszej bohaterki donosi na swoją dziewczynę i skazuje ją na dożywotnią pracę i zgolenie włosów z głowy w ramach potępienia. Jej ojciec, kiedy odpowiednie służby wywlekają jego córkę z domu nie robi absolutnie nic. Nie uspokaja nawet żony, która nic nie robiąc sobie z ograniczeń wrzeszczy ze zgryzoty i zgrozy i przekracza limit za co karą jest rażenie prądem. Wielokrotne.
____________________________________
Pamiętajcie proszę o Australii. Nie przejmuję się tymi ofiarami w ludziach, nie, jakoś nie. Przeraża mnie los zwierząt. Dorzućcie się do jakieś zbiórki podobnie jak ja.
2 sty 2020
Historie dobre i historie złe.
Przychodzę tu dziś z dwiema książkami. Jedna jest świetna, druga po przeczytaniu wzbudza uczucie niedosytu i wykrzywia usta, bo zakończenie niczego ciekawego nie przyniosło.
Może zacznijmy od tej drugiej i wyrzućmy to z siebie.
Powieści Harlana Cobena nigdy wcześniej nie miałam okazji przeczytać. Jego książka "W domu" trafiła na moją półkę w ramach książkowej wymiany organizowanej na Poznańskich Targach Książki, na początku zeszłego roku. Ponieważ zebrała już dostateczną ilość kurzu, a tegoroczna edycja Targów zbliża się wielkimi krokami (będzie w marcu) postanowiłam przeczytać książki, które wtedy z Małżem przywieźliśmy.
Pomińmy fakt, że nie sprawdziłam w ogóle informacji o tej książce. Może gdybym to zrobiła to wcale bym jej nie zaczynała, bo okazało się, że to 11 tom z serii o nijakim Myronie Bolitar.
Sprawdziłam po tym jak skończyłam ją czytać i pomyślałam, że to taki strzał w kolano z jednej strony. Bo może gdybym zaczęła czytać jak wypada czyli od początku śledziłabym losy Myrona z nadzieją, że z książki na książkę będzie lepiej, a tymczasem załapałam się na koniec ogonka i to w dodatku mocno średni. Nic mi się w tej książce nie podobało po zakończeniu lektury. Cały czas człowiek liczył na jakiś szalony punkt zwrotny, coś co zatrzęsie tą książką i przyprawi o palpitacje serca, ale nic takiego nie nastąpiło. Co zabawne, czytałam tą historię z jakimś ślepym uporem, bo chciałam wiedzieć o co chodziło, co się stanie na końcu. Książka, jak teraz widzę, ma wiele pozytywnych opinii, a ja nie wiem dlaczego. Bohaterowie byli jacyś zabawni, ale nie wiem... W taki dziwny sposób. Bo obok Myrona stoi Win, kimkolwiek on jest, ale jest oczywiście świetny w swej robocie. Aż za świetny. I razem rozwiązują różne sprawy kryminalne.
Zakończenie być może i zaskakiwało, ale cała droga jaką trzeba było przebyć by się na nie załapać trochę zniechęcała. Miałam wrażenie, że Coben pisał i pisał, aż wreszcie mu się znudziło i postanowił zagadkę rozwiązać.
W drugim przypadku sprawa miała się całkiem inaczej. Alex Michaelides wodził czytelnika za nos od samego początku aż już przebierało się nogami ze zniecierpliwienia. Nagle nad głową czytającego zapalała się taka komiksowa żaróweczka, a mózg krzyczał 'nie!'. "Pacjentka", bo o tym thrillerze teraz mowa, okazała się być świetną, zwięzłą (bardzo szybko się skończyła, za szybko) i wciągającą pozycją. Nie miałam czego słuchać, a audiobook ten był dostępny w ramach abonamentu Empiku, więc by w ogóle czegoś słuchać wybrałam tą historię. Też nie sprawdzałam wcześniej informacji o niej, ale w przeciwności do "W domu" okazała się być strzałem w dziesiątkę. Zakończenie wbijało w fotel. Pozycja dla osób lubiących i nie bojących się psychologii, bo mnie osobiście zawsze trochę martwi na wieść o tym jak człowiekowi może pomieszać się w głowie. I że czasem, wcale nie stajemy się kimś kto sobie nie radzi i po prostu potrzebuje pomocy. Czasem stajemy się czymś o wiele gorszym, czymś co wcale nie potrzebuje pomocy w dobrym tego słowa znaczeniu.
____________________________________________
"W domu" to pozycja ze stosu hańby. Teraz czytam "Zamianę" i to będzie kolejna pozycja, która ten stos uszczupli.
Całkiem nieźle jak na początek roku.
Może zacznijmy od tej drugiej i wyrzućmy to z siebie.
Powieści Harlana Cobena nigdy wcześniej nie miałam okazji przeczytać. Jego książka "W domu" trafiła na moją półkę w ramach książkowej wymiany organizowanej na Poznańskich Targach Książki, na początku zeszłego roku. Ponieważ zebrała już dostateczną ilość kurzu, a tegoroczna edycja Targów zbliża się wielkimi krokami (będzie w marcu) postanowiłam przeczytać książki, które wtedy z Małżem przywieźliśmy.
Pomińmy fakt, że nie sprawdziłam w ogóle informacji o tej książce. Może gdybym to zrobiła to wcale bym jej nie zaczynała, bo okazało się, że to 11 tom z serii o nijakim Myronie Bolitar.
Sprawdziłam po tym jak skończyłam ją czytać i pomyślałam, że to taki strzał w kolano z jednej strony. Bo może gdybym zaczęła czytać jak wypada czyli od początku śledziłabym losy Myrona z nadzieją, że z książki na książkę będzie lepiej, a tymczasem załapałam się na koniec ogonka i to w dodatku mocno średni. Nic mi się w tej książce nie podobało po zakończeniu lektury. Cały czas człowiek liczył na jakiś szalony punkt zwrotny, coś co zatrzęsie tą książką i przyprawi o palpitacje serca, ale nic takiego nie nastąpiło. Co zabawne, czytałam tą historię z jakimś ślepym uporem, bo chciałam wiedzieć o co chodziło, co się stanie na końcu. Książka, jak teraz widzę, ma wiele pozytywnych opinii, a ja nie wiem dlaczego. Bohaterowie byli jacyś zabawni, ale nie wiem... W taki dziwny sposób. Bo obok Myrona stoi Win, kimkolwiek on jest, ale jest oczywiście świetny w swej robocie. Aż za świetny. I razem rozwiązują różne sprawy kryminalne.
Zakończenie być może i zaskakiwało, ale cała droga jaką trzeba było przebyć by się na nie załapać trochę zniechęcała. Miałam wrażenie, że Coben pisał i pisał, aż wreszcie mu się znudziło i postanowił zagadkę rozwiązać.
W drugim przypadku sprawa miała się całkiem inaczej. Alex Michaelides wodził czytelnika za nos od samego początku aż już przebierało się nogami ze zniecierpliwienia. Nagle nad głową czytającego zapalała się taka komiksowa żaróweczka, a mózg krzyczał 'nie!'. "Pacjentka", bo o tym thrillerze teraz mowa, okazała się być świetną, zwięzłą (bardzo szybko się skończyła, za szybko) i wciągającą pozycją. Nie miałam czego słuchać, a audiobook ten był dostępny w ramach abonamentu Empiku, więc by w ogóle czegoś słuchać wybrałam tą historię. Też nie sprawdzałam wcześniej informacji o niej, ale w przeciwności do "W domu" okazała się być strzałem w dziesiątkę. Zakończenie wbijało w fotel. Pozycja dla osób lubiących i nie bojących się psychologii, bo mnie osobiście zawsze trochę martwi na wieść o tym jak człowiekowi może pomieszać się w głowie. I że czasem, wcale nie stajemy się kimś kto sobie nie radzi i po prostu potrzebuje pomocy. Czasem stajemy się czymś o wiele gorszym, czymś co wcale nie potrzebuje pomocy w dobrym tego słowa znaczeniu.
____________________________________________
"W domu" to pozycja ze stosu hańby. Teraz czytam "Zamianę" i to będzie kolejna pozycja, która ten stos uszczupli.
Całkiem nieźle jak na początek roku.
22 gru 2019
Dlaczego oni zawsze muszą dać się w to wciągnąć...?
"Chciwość" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marca Elsberga. Słyszałam do tej pory o innych jego książkach i choć tamte, np. Blackout, zalegają sobie spokojnie na czytniku, zabrałam się za słuchanie "Chciwości", bo akurat nic ciekawszego na słuchawkach nie było.
Nie wiem dlaczego, ale nie zakładałam, że Elsberg pisze książki sensacyjne. Choć nie czytałam wcześniej żadnej jego książki jakoś tak kojarzył mi się z powieściami apokaliptycznymi, a tymczasem dostałam historię w stylu Dana Browna tylko, że bez Roberta Langdona i jego zegarka z Myszką Miki.
Zarys fabuły jest prosty. Przypadkowy człowiek staje się świadkiem czegoś co jest morderstwem. Oczywiście staje się też automatycznie głównym podejrzanym. Nie dość, że zaczyna ścigać go policja, ścigają go też ci 'źli', którzy mają za zadanie zlikwidować jedynego świadka. Postanawia dotrzeć do pewnego baru i znaleźć człowieka o którym w ostatnich słowach wspominał jeden z zamordowanych ludzi. I akcja już zaczyna się toczyć.
Ogólnie rzecz biorąc książka zamiast informacji historycznych i tajemnic czasów przeszłych dotyczy współczesności. Poruszane są zagadnienia z ekonomi, matematyki i gospodarki. Sprawa toczy się o cudowne remedium dzięki wprowadzeniu którego wszystkim na świecie będzie żyło się lepiej i co najważniejsze - dostatnie.
Bohaterowie są tacy sobie, akcja też. Jeden niekończący się pościg.
Co najbardziej zawsze zaskakuje mnie w takich książkach to to jak bohaterowie dają wciągnąć się we wszystko. Teoretycznie wszak Jan, który jest wspominanym świadkiem sprytnego morderstwa, wcale nie musiał iść i szukać ani tej knajpy, ani osoby o jakiej mu wspomniano. Nie musi później też w tym wszystkim uczestniczyć i z biegiem czasu tylko mnie irytował, bo kiedy kolejni bohaterowie, którzy przejęli stery przejawiali znajomość zagadnienia i rozum, on zazwyczaj marudził i wydawał się takim piątym kołem u wozu, które jakimś cudem nie odpadło.
Jeśli Jan wydaje się być mało rozgarnięty w kwestii matmy i rynków gospodarczych to na szczęście znajduje on kogoś kto mu wszystko wyjaśni i pomoże. I mimo to, że facet wydaje się być mądrzejszy i bardziej bywały w świecie też oczywiście daje się we wszystko wciągnąć i brną razem dalej w tą niekończącą się ucieczkę przed wszystkimi.
Swoją drogą nie znam się za bardzo na ekonomi i międzynarodowym obrocie pieniędzmi. Ciekawi mnie zatem czy teoria przedstawiona z książce Elsberga ma jakieś szanse się ziścić. Bo jeśli tak to dlaczego nie mielibyśmy mieć lepiej? I to wszyscy, a nie tylko pewien skromny procent ludzkości...
Całkiem fajnie by było gdyby te założenia okazały się sensowne i ziściły się na święta.
Nie wiem dlaczego, ale nie zakładałam, że Elsberg pisze książki sensacyjne. Choć nie czytałam wcześniej żadnej jego książki jakoś tak kojarzył mi się z powieściami apokaliptycznymi, a tymczasem dostałam historię w stylu Dana Browna tylko, że bez Roberta Langdona i jego zegarka z Myszką Miki.
Zarys fabuły jest prosty. Przypadkowy człowiek staje się świadkiem czegoś co jest morderstwem. Oczywiście staje się też automatycznie głównym podejrzanym. Nie dość, że zaczyna ścigać go policja, ścigają go też ci 'źli', którzy mają za zadanie zlikwidować jedynego świadka. Postanawia dotrzeć do pewnego baru i znaleźć człowieka o którym w ostatnich słowach wspominał jeden z zamordowanych ludzi. I akcja już zaczyna się toczyć.
Ogólnie rzecz biorąc książka zamiast informacji historycznych i tajemnic czasów przeszłych dotyczy współczesności. Poruszane są zagadnienia z ekonomi, matematyki i gospodarki. Sprawa toczy się o cudowne remedium dzięki wprowadzeniu którego wszystkim na świecie będzie żyło się lepiej i co najważniejsze - dostatnie.
Bohaterowie są tacy sobie, akcja też. Jeden niekończący się pościg.
Co najbardziej zawsze zaskakuje mnie w takich książkach to to jak bohaterowie dają wciągnąć się we wszystko. Teoretycznie wszak Jan, który jest wspominanym świadkiem sprytnego morderstwa, wcale nie musiał iść i szukać ani tej knajpy, ani osoby o jakiej mu wspomniano. Nie musi później też w tym wszystkim uczestniczyć i z biegiem czasu tylko mnie irytował, bo kiedy kolejni bohaterowie, którzy przejęli stery przejawiali znajomość zagadnienia i rozum, on zazwyczaj marudził i wydawał się takim piątym kołem u wozu, które jakimś cudem nie odpadło.
Jeśli Jan wydaje się być mało rozgarnięty w kwestii matmy i rynków gospodarczych to na szczęście znajduje on kogoś kto mu wszystko wyjaśni i pomoże. I mimo to, że facet wydaje się być mądrzejszy i bardziej bywały w świecie też oczywiście daje się we wszystko wciągnąć i brną razem dalej w tą niekończącą się ucieczkę przed wszystkimi.
Swoją drogą nie znam się za bardzo na ekonomi i międzynarodowym obrocie pieniędzmi. Ciekawi mnie zatem czy teoria przedstawiona z książce Elsberga ma jakieś szanse się ziścić. Bo jeśli tak to dlaczego nie mielibyśmy mieć lepiej? I to wszyscy, a nie tylko pewien skromny procent ludzkości...
Całkiem fajnie by było gdyby te założenia okazały się sensowne i ziściły się na święta.
2 lis 2019
"To", S. King.
Dawno temu spotkałam się z krótką, bardzo ogólną opinią o tej książce. Ot, ktoś chyba miał pewne wyobrażenie i nie zweryfikował go myśląc, że we wszystkich bajkach grupka dzieciaków pokonuje zło, które na nie dybie. Odbywa się to szybko, łatwo i przyjemnie.
W gruncie rzeczy "To" można określić jednym przymiotnikiem. "To" jest trudne. Trudne do czytania, trudne do zabierania ze sobą, trudne do trzymania w dłoniach. Trudne do ogarnięcia. Trudne do zrozumienia.
Historyjka niby prosta. Dzieci - strach - zło - walka - zwycięstwo. W naprawdę wielkim skrócie.
Jak to u Kinga bywa bohaterowie są odmalowani bardzo realistycznie, całe Derry, czyli miejsce występowania "Tego" również. (Sonia Kaspbrak jak dla mnie została najbardziej wyrazistą bohaterką, choć nie gra w tej historii pierwszych, drugich czy nawet trzecich skrzypiec. Jej solowy występ w szpitalu na długo zapada w pamięć (choć w tym przypadku to niewątpliwie zasługa lektora)). Bardzo to u niego lubię, bo dowiaduję się wielu rzeczy z życia przeciętnego Amerykanina żyjącego w roku 1958. Strona obyczajowa powieści jest jak zwykle dopracowana na najwyższym poziomie. W pewnym sensie momentami przebija to nawet warstwę fabularną, trochę ją podreperowuje.
Bo książka podobała mi się, owszem, ale do czasu. Jak pisałam wcześniej akcja w pewnym momencie przestała mi się zazębiać. Na początku wszystko fajnie się zgrywało, pasowało, a później, nie wiem nawet kiedy, chyba wtedy kiedy stery przejmują dorosłe wersje naszych bohaterów czegoś zaczyna brakować. (Nie pojmowałam też w czym miałby pomóc seks smarkaczy.) Powiedzmy że ta część książki, która opowiada o życiu Frajerów za młodu wciągnęła i przeraziła mnie bardziej niż reszta.
Wiele matek dostałoby pewnie palpitacji serca na wieść co w czasie wolnym porabiają ich pociechy. A pociechy z Derry miały dość interesujące zajęcia. Budowali tamę. Uciekali przed starszymi, agresywnymi chłopakami. Budowali lepianki, w których później odbywały się spotkania Frajerów i wdychali w nich dym. Mierzyli się z tym o czym dorośli nie mieli pojęcia. Z wilkołakami, wielkimi ptaszyskami, mumiami i trędowatymi. Wszystko to było jednym, było to Tym, które terroryzowało miasteczko od niepamiętnych czasów. To żywiło się i strachem i krwią i ciałem. Mieszkało w kanałach i przybierało różne formy, najczęściej klowna, który rozdawał baloniki. Maczało to palce we wszystkich krwawych masakrach jakie miały miejsce w Derry, a biorąc pod uwagę wielkość i ilość mieszkańców miasteczka było tego stosunkowo bardzo dużo.
Bill Denbrough traci brata. Kilkuletni George wychodzi na dwór z papierowym statkiem, który zrobił mu rozłożony chorobą brat. Kiedy śledzi płynący stateczek napotyka się u wylotu kanału na klowna. To z najgorszych spotkań z klownem George'a kończy się oderwanym ramieniem i śmiercią dziecka.
Dorosły Bill wraz z przyjaciółmi wraca do Derry by ostatecznie pokonać To i przerwać ciągnącą się od wielu lat makabrę.
Ta książka jest okropnie długa. Jest jednak wspaniale napisana czego Kingowi nigdy nie można było odmówić. Jak jednak bywa w moich relacjach z tym autorem koniec książki wydaje mi się zbyt krótki, zbyt nijaki, potraktowany można by powiedzieć po macoszemu, bo jakoś to trzeba było skończyć. Nie wiem jednak co można by dać w zamian. Pozostaje zwyczajowy niedosyt, który chyba jest jednak spowodowany moim niezrozumieniem niż brakami u autora.
Choć mam papierową wersję, książkę przesłuchałam w wersji audio. Lektor jak wspominałam robił to niesamowicie. Książkę czytał Leszek Filipowicz i choć nie przesłuchałam zbyt wielu jeszcze audiobooków ten lektor zalicza się do tych, których będę bardzo lubiła (choćby za interpretację też już wspominanej Sonii Kaspbrak). Gdyby nie to, że można było jej wysłuchać nie poznałabym nigdy tej historii, bo sam widok tej książki budził we mnie przerażenie i wewnętrzny opór, bo 'jednak jest za gruba, daj spokój'. Było to ponad 54 godziny słuchania tekstu, nie jestem w stanie powiedzieć jak długo czytałabym książkę sama.
Został jeszcze "Bastion". Też podobny gabarytowo.
W gruncie rzeczy "To" można określić jednym przymiotnikiem. "To" jest trudne. Trudne do czytania, trudne do zabierania ze sobą, trudne do trzymania w dłoniach. Trudne do ogarnięcia. Trudne do zrozumienia.
Historyjka niby prosta. Dzieci - strach - zło - walka - zwycięstwo. W naprawdę wielkim skrócie.
Jak to u Kinga bywa bohaterowie są odmalowani bardzo realistycznie, całe Derry, czyli miejsce występowania "Tego" również. (Sonia Kaspbrak jak dla mnie została najbardziej wyrazistą bohaterką, choć nie gra w tej historii pierwszych, drugich czy nawet trzecich skrzypiec. Jej solowy występ w szpitalu na długo zapada w pamięć (choć w tym przypadku to niewątpliwie zasługa lektora)). Bardzo to u niego lubię, bo dowiaduję się wielu rzeczy z życia przeciętnego Amerykanina żyjącego w roku 1958. Strona obyczajowa powieści jest jak zwykle dopracowana na najwyższym poziomie. W pewnym sensie momentami przebija to nawet warstwę fabularną, trochę ją podreperowuje.
Bo książka podobała mi się, owszem, ale do czasu. Jak pisałam wcześniej akcja w pewnym momencie przestała mi się zazębiać. Na początku wszystko fajnie się zgrywało, pasowało, a później, nie wiem nawet kiedy, chyba wtedy kiedy stery przejmują dorosłe wersje naszych bohaterów czegoś zaczyna brakować. (Nie pojmowałam też w czym miałby pomóc seks smarkaczy.) Powiedzmy że ta część książki, która opowiada o życiu Frajerów za młodu wciągnęła i przeraziła mnie bardziej niż reszta.
Wiele matek dostałoby pewnie palpitacji serca na wieść co w czasie wolnym porabiają ich pociechy. A pociechy z Derry miały dość interesujące zajęcia. Budowali tamę. Uciekali przed starszymi, agresywnymi chłopakami. Budowali lepianki, w których później odbywały się spotkania Frajerów i wdychali w nich dym. Mierzyli się z tym o czym dorośli nie mieli pojęcia. Z wilkołakami, wielkimi ptaszyskami, mumiami i trędowatymi. Wszystko to było jednym, było to Tym, które terroryzowało miasteczko od niepamiętnych czasów. To żywiło się i strachem i krwią i ciałem. Mieszkało w kanałach i przybierało różne formy, najczęściej klowna, który rozdawał baloniki. Maczało to palce we wszystkich krwawych masakrach jakie miały miejsce w Derry, a biorąc pod uwagę wielkość i ilość mieszkańców miasteczka było tego stosunkowo bardzo dużo.
Bill Denbrough traci brata. Kilkuletni George wychodzi na dwór z papierowym statkiem, który zrobił mu rozłożony chorobą brat. Kiedy śledzi płynący stateczek napotyka się u wylotu kanału na klowna. To z najgorszych spotkań z klownem George'a kończy się oderwanym ramieniem i śmiercią dziecka.
Dorosły Bill wraz z przyjaciółmi wraca do Derry by ostatecznie pokonać To i przerwać ciągnącą się od wielu lat makabrę.
Ta książka jest okropnie długa. Jest jednak wspaniale napisana czego Kingowi nigdy nie można było odmówić. Jak jednak bywa w moich relacjach z tym autorem koniec książki wydaje mi się zbyt krótki, zbyt nijaki, potraktowany można by powiedzieć po macoszemu, bo jakoś to trzeba było skończyć. Nie wiem jednak co można by dać w zamian. Pozostaje zwyczajowy niedosyt, który chyba jest jednak spowodowany moim niezrozumieniem niż brakami u autora.
Choć mam papierową wersję, książkę przesłuchałam w wersji audio. Lektor jak wspominałam robił to niesamowicie. Książkę czytał Leszek Filipowicz i choć nie przesłuchałam zbyt wielu jeszcze audiobooków ten lektor zalicza się do tych, których będę bardzo lubiła (choćby za interpretację też już wspominanej Sonii Kaspbrak). Gdyby nie to, że można było jej wysłuchać nie poznałabym nigdy tej historii, bo sam widok tej książki budził we mnie przerażenie i wewnętrzny opór, bo 'jednak jest za gruba, daj spokój'. Było to ponad 54 godziny słuchania tekstu, nie jestem w stanie powiedzieć jak długo czytałabym książkę sama.
Został jeszcze "Bastion". Też podobny gabarytowo.
17 paź 2019
"Za Frajerów."
Jestem już w połowie książki.
czy
Jestem dopiero w połowie książki*.
Nie wiem też nawet co napisać. Kinga trzeba nazywać 'królem', bo sobie na to zasługuje. Może i nie każdą książką zachwyca, ale "To" jest jak do tej pory świetne. Tak - dłuży się. Z drugiej jednak strony tą dłużyznę bardzo przyjemnie się poznaje. Ktoś chce wiedzieć jak traktowano czarnych mieszkańców Ameryki kilkadziesiąt lat wstecz? Niech tam zajrzy. Ktoś chce wiedzieć jak wyglądało życie w miasteczkach? Niech tam zajrzy. Ktoś chce się przekonać, że dzieci pomimo tego, że bawiły się całymi dniami same i bez telefonów komórkowych, jakoś przeżywały, miały się dobrze i dorastały też niech tam zerknie. Ktoś chce sobie przypomnieć jak to było: bez internetu, z kilkoma kanałami w telewizji? Zachęcam.
Nie wiem dlaczego ta historia budzi we mnie taki sentyment. To nie moje czasy. Nie ten kraj, nie ten kontynent. Może to ta uniwersalność?
________________________________
* Ta pozycja ma ponad 1000 stron i naprawdę nie wiem co wybrać. Co prawda słucham jej, ale mam też książkę i sprawdzam codziennie swoje postępy w... Słuchaniu. Czytaniu.
27 wrz 2019
Trudne sprawy, odcinek specjalny pt. "Anna Karenina".
Anna Karenina - młoda kobieta, żona i matka. Tęskni za miłością i uznaniem swego męża Aleksieja.
Aleksiej Karenin - starszy od swej żony o 20 lat. Ojciec Sierioży, ich wspólnego dziecka. Światły, mądry i odpowiedzialny człowiek. Trochę przedmiotowo traktuję Annę.
Aleksiej Wroński - kochanek Anny, ojciec jej córeczki, bogaty hrabia. Zawadiaka, ale jednocześnie miły i wykształcony. Kocha Annę do szaleństwa.
Tak w skrócie można by przedstawić bohaterów "Anny Kareniny" Lwa Tołstoja.
W gruncie rzeczy to jednak duże uproszczenie. Nim ktoś powie, że wylewam wiadro pomyj na klasykę, powiem na swoje usprawiedliwienie, że to ładna historia. Na początku dziwiłam się ciągle, że to właśnie "Anna Karenina", bo bohaterka i cały jej uczuciowy problem był jak dla mnie w cieniu. Wydawało mi się, że więcej czasu poświęcono Kitty i Lewinowi, a nie Annie i Wrońskiemu. Nie wiem dlaczego byłam przekonana, że to romans. To jest historia o miłości. Dziwnej i trudnej do zaakceptowania. Ale czy romans? Cóż, w tamtych czasach może tak. Dziwne to były czasy kiedy kobiety wychodziły za mężczyzn, których praktycznie nie znały. On się oświadczał, a ona lub jej rodzice się zgadzali. Lub nie.
Dziwna jest Anna. Dziwny Karenin. Karenin, który ciągle wybacza (no, przynajmniej do momentu do którego dosłuchałam), dziwny jest stosunek ludzi do wszystkiego. Anna jest potępiana, Karenin jest za plecami trochę wyśmiewany, a Wroński jest najwyraźniej w porządku.
Kiedy pomyślałam, że napiszę tą notkę chciałam trochę obśmiać ten trójkąt. Bo Karenin najpierw nie chce dać rozwodu, choć Anna mówi mu wprost, że ma kochanka. Wroński uganiał się za nią jawnie, a ona mdlała na wyścigach kiedy myślała, że kochankowi stało się coś złego. Karenin nie mówił nic nawet wtedy kiedy dowiedział się, że jego żona będzie miała dziecko z innym. Było to dla mnie drażniące i idiotyczne. Kiedy Anna prawie umiera w połogu po porodzie córki Wrońskiego, Karenin, nadal ten dobry i szlachetny Karenin, wybacza jej. Ona z biegiem czasu zdrowieje, zabiera córkę i wyjeżdża z Wrońskim za granicę, zostawiając na miejscu (wciąż) męża i synka.
Im dalej jednak słuchałam tym smutniejsza ta historia się wydaje. Anna zaczyna żałować, Wroński dowiaduje się, że pani Karenin choć piękna potrafi być też męcząca i denerwująca. Ma wady. On chce wolności i swobody, a ją, o której mówi 'żona' dosięga codzienność i ludzie, którzy oceniają ją inaczej niż jego. Gorzej. Anna tęskni za synem, który mieszka z Kareninem. Córeczka nie wzbudza w niej tak gorących uczuć jak Sierioża.
Oczywiście na tym trójkącie nie opiera się cała książka. Są też inni bohaterowie, którzy wzbudzają o wiele większą sympatię. Lewin. Mieszkający na wsi i czujący się tam najlepiej. Pomimo początkowego niepowodzenia dopina swego i żeni się z Kitty. Docierają się przez jakiś czas i jak każde małżeństwo przeżywają lepsze i gorsze chwile. Tołstoj dobrze opisał też chłopstwo i wyższe sfery. Z chłopami styka się Lewin i chce reformować wieś. Od arystokracji największe baty zbiera Anna. Przed swym romansem uwielbiana, po wyjeździe z Wrońskim potępiana. Dwie przeciwstawne sobie siły. Są też państwo Obłońscy, na pozór, idealne małżeństwo z grupką szczęśliwych dzieci. On jednak ją zdradza, a ona znosi to godnie i trwa u jego boku.
Jest to też bardzo trudna książka do słuchania. Zazwyczaj nie sprawia mi to problemu, ale kiedy coś mnie rozproszy muszę cofnąć fragment i przesłuchać ponownie, by wszystko rozumieć i nadążać. Mam audiobooka z Gazety Wyborczej, gdzie Annę Kareninę czyta Anna Polony. Czyta wspaniale, niezwykle wyraźnie i z uczuciem, dobrze się tego słucha, należy się jednak odpowiednio skupić.
Jeśli ktoś by się obawiał, bo klasyka, bo Tołstoj, bo stare i ble, to nie ma się czego bać. "Anna Karenina" jest ciekawsza i bardziej strawna od "Wojny i pokoju", którą to książkę porzuciłam, bo nie dałam rady kolejnemu opisowi czasu wojny. Były przeraźliwie nudne i ciągnęły się w nieskończoność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























