To już przestało być śmieszne.
Sprawa jest poważna i jeśli przy następnej książce (choć czytam "Red, White & Royal Blue" więc wątpię) znów stanie się to co się działo do tej pory zacznę zastanawiać się nad przeznaczeniem.
Zaczęło się od osławionej tutaj "Księgarenki w Big Stone Gap". Księgarnia, antykwariat, fajny i miły dla serca temat. Taki chwilowy impuls do marzycielskich rozważań. Bo gdyby tak wszystko rzucić i założyć swój własny antykwariat... Piękne, prawda?
Marzenia.
Później była "Siostra Cienia". Tak, przeczytałam trzeci tom serii o Siedmiu Siostrach i jak do tej pory z tą siostrą poczułam najsilniejszą więź. Star była spokojna, wycofana, nie chciała od życia wiele. Podążała biernie za CeCe, aż w końcu dojrzała do obrania własnej drogi. Wskazówki Pa Salta skierowały ją do antykwariatu (tak!) i tam za sprawą jego właściciela Orlando i jego brata Mouse'a odkrywa historię swoich przodków. Przyjemnie czytało się o Anglii pod panowaniem Edwarda VII. Bardzo podobał mi się wątek między Star a Mousem, niby nic wielkiego się nie działo, nie było bum i zakochiwania się nagle, na zabój, ale osobiście uważam, że takie opisanie początkujących uczuć jest najbardziej urokliwe.
I znów ten antykwariat. W tym przypadku pewnie jest to wina podświadomości. Czytałam o czym mniej więcej będzie "Siostra Cienia" kiedy ją nabyłam i być może sama sobie wszystko zaszczepiłam.
Później były trzy audiobooki i nie było tam nic ani o księgarniach ani o składnicach tanich książek.
A teraz słucham "Zmysłowego anioła stróża" (tak, sama się sobie dziwię) i co? Hah! Bohaterka pracuje w kawiarni z książkami! I w klubie gdzie panie tańczą na rurze.
Nie spodziewałam się tego ani trochę. Widząc okładkę i tytuł, pomyślałam, że może i przyda mi się trochę odmiany, posłucham czegoś innego, może się pośmieję. Szału jak do tej pory nie ma (w przeciwieństwie do "Dnia rozrachunku" John'a Grisham'a, co to była za książka! Muszę o niej napisać więcej), ale ten książkowo-antykwariatowy trop się ciągnie.
Mogłabym pomyśleć - oto moje przeznaczenie! Książki, sprzedaż, a nie oklejanie desek okleiną naturalną czy pilnowanie wymiarów elementów wypadających z tokarki. Ta sprzedaż to raczej słabo, bo w którymś z poprzednich miejsc pracy związanych bezpośrednio ze sprzedażą właśnie, szefowa twierdziła, że za mało się uśmiecham. Teoria głosi, że to raczej mała przeszkoda, ale takie uwagi się pamięta. Należałoby też rozpatrzyć jak i za co zgromadzić towar, znaleźć jakieś miejsce, rozreklamować interes i trzymać kciuki.
Swoją drogą zawsze kiedy sobie rozmawiamy o tym co przyniesie przyszłość ja sobie żartuje i rozwijam moją świetlaną wizję tego jak zostaję królową garaży. Kupuję garaż, taki jak to w mieście, garaż wynajmuję, odkładam pieniądze z wynajmu, trochę dokładam i kupuję kolejny garaż i tak zarabiam ciężkie miliony. Małż poszedł dalej no i kiedy już WYGRAMY W TOTOLOTKA to on wykupuje kawałek terenu i buduje tam magazyny takie jak w "Wojnach magazynowych", pod wynajem (bo moje garaże takie malutkie), a ja wtedy kupuję kamienicę, na parterze przerabiam pomieszczenie pod antykwariat i zapewniam sobie zajęcie do końca życia (oczywiście najemcy z mieszkań, które udostępniam sponsorują mi czynsz i dokładają do interesu, który zapewne ciągle byłby pod kreską). Ewentualnie moje garaże mnie utrzymują.
Jakbym grała w Monopol.
Tak, ale te księgarnie i antykwariaty mnie ostatnio prześladują.
Wierzyć w to przeznaczenie czy nie?
__________________________________
Znacie jakieś fajne miejsca w Toruniu? Mniej czy bardziej książkowe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywata. Pokaż wszystkie posty
4 lip 2020
28 mar 2020
Pozytywny PR maseczek antywirusowych.
Praca trwa. Co prawda z pracy wyleciało wczoraj pięć osób ze względu na koronawirusowe oszczędności, ale reszta zespołu nadal ma co robić. Zaczyna to wyglądać poważnie.
W moim poprzednim zakładzie piastowałam stanowisko dziewiarza. Było też jakieś trzydzieści szwaczek. Czasy aktualnie trudne, nie do końca wiem co tam się teraz dzieje, no ale teoretycznie czapki potrzebne na głowę zawsze. Mniejsza. Na fb mignęła mi reklamka informująca, że tenże zakład zaczął produkcję i sprzedaż maseczek. Maseczki są z bawełny, z jakimś tam filtrem o "odpowiedniej gęstości" (cokolwiek to znaczy).
No i tak sobie patrzę na te maseczki, wzory idealne na wiosnę. Jakieś tam pastelowe groszki czy linie, jakieś różyczki. Ewentualnie dla chłopca można sobie dobrać do czapki czy komina. W tukana i liście.
Pod postami odnośnie tych maseczek wywiązała się dyskusja. Bo cena za to wątpliwe cudo mała nie jest - 17zł + 10 filtrów. Ludzie więc życzliwie radzą by szyć maseczki do szpitali. Tam by się bardziej przydały. Z zakładowego konta odpisano, że szpitale przyjmują maseczki ze specjalnego materiału, a ten teraz trudno dostać. Sytuacja staje się tym bardziej zabawna, że inny zakład materiał dostał i z racji tego, że szyją dla szpitala właśnie, wynegocjowali nawet dość przyzwoitą cenę. Poza tym większość szpitali chyba bierze wszystko, nie mogą wybrzydzać.
Nie wiem czy się śmiać czy płakać. No ogólnie z racji tego, że już tam nie pracuję, to się trochę śmieję. Zwolniłam się stamtąd (z dwa lata temu), bo okazało się, że nie ma pieniędzy na wypłaty. Rozumiem więc decyzję o chwytaniu się brzytwy i produkowaniu designerskich, choć w gruncie rzeczy bezużytecznych maseczek. Tym bardziej, że pewnie znów jakiś remont czeka i to niekoniecznie w zakładzie pracy. A może trzeba mieć na fryzjera, czy na nową kieckę. Wypłaty poczekają.
Gdzieś tam na samym szarusieńkim końcu doczytałam, że do szpitali też oddają. Za darmo.
Takiej informacji oczekiwałabym na samym początku, wielkimi literami. Co prawda większość osób i tak by to pominęła, bo wiadomo, że najfajniej jest się poczepiać i powytykać, ale taki szary koniec dla tak wydawać by się mogło istotnej informacji? No cóż. Inne firmy lubią dbać o pozytywny PR.
W moim poprzednim zakładzie piastowałam stanowisko dziewiarza. Było też jakieś trzydzieści szwaczek. Czasy aktualnie trudne, nie do końca wiem co tam się teraz dzieje, no ale teoretycznie czapki potrzebne na głowę zawsze. Mniejsza. Na fb mignęła mi reklamka informująca, że tenże zakład zaczął produkcję i sprzedaż maseczek. Maseczki są z bawełny, z jakimś tam filtrem o "odpowiedniej gęstości" (cokolwiek to znaczy).
No i tak sobie patrzę na te maseczki, wzory idealne na wiosnę. Jakieś tam pastelowe groszki czy linie, jakieś różyczki. Ewentualnie dla chłopca można sobie dobrać do czapki czy komina. W tukana i liście.
Pod postami odnośnie tych maseczek wywiązała się dyskusja. Bo cena za to wątpliwe cudo mała nie jest - 17zł + 10 filtrów. Ludzie więc życzliwie radzą by szyć maseczki do szpitali. Tam by się bardziej przydały. Z zakładowego konta odpisano, że szpitale przyjmują maseczki ze specjalnego materiału, a ten teraz trudno dostać. Sytuacja staje się tym bardziej zabawna, że inny zakład materiał dostał i z racji tego, że szyją dla szpitala właśnie, wynegocjowali nawet dość przyzwoitą cenę. Poza tym większość szpitali chyba bierze wszystko, nie mogą wybrzydzać.
Nie wiem czy się śmiać czy płakać. No ogólnie z racji tego, że już tam nie pracuję, to się trochę śmieję. Zwolniłam się stamtąd (z dwa lata temu), bo okazało się, że nie ma pieniędzy na wypłaty. Rozumiem więc decyzję o chwytaniu się brzytwy i produkowaniu designerskich, choć w gruncie rzeczy bezużytecznych maseczek. Tym bardziej, że pewnie znów jakiś remont czeka i to niekoniecznie w zakładzie pracy. A może trzeba mieć na fryzjera, czy na nową kieckę. Wypłaty poczekają.
Gdzieś tam na samym szarusieńkim końcu doczytałam, że do szpitali też oddają. Za darmo.
Takiej informacji oczekiwałabym na samym początku, wielkimi literami. Co prawda większość osób i tak by to pominęła, bo wiadomo, że najfajniej jest się poczepiać i powytykać, ale taki szary koniec dla tak wydawać by się mogło istotnej informacji? No cóż. Inne firmy lubią dbać o pozytywny PR.
11 mar 2020
Bo jutro już bez Trójki.
Stało się to czego wszyscy się obawiali. Mann zostawił Trójkę.
Radio, które było moim towarzyszem przez kilka ładnych lat w praktyce przestaje istnieć. Zostaje słuchanie audycji archiwalnych czy podcastów, ale do tych drugich jeszcze się nie przekonałam i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie z takowych źródeł korzystać.
Starym sposobem wynotowałam więc kilka częstotliwości i będę sprawdzała czy dam radę odebrać. A później będę słuchać.
Będę pielęgnowała coś na kształt żałoby.
Podejrzewam, że można tego nie rozumieć. Ale Trójka dla mnie to trochę jak rodzina z którą spędza się dzień. A teraz w tej rodzinie zabrakło najważniejszych członków. I będzie ich brakowało, dzień za dniem.
Radio, które było moim towarzyszem przez kilka ładnych lat w praktyce przestaje istnieć. Zostaje słuchanie audycji archiwalnych czy podcastów, ale do tych drugich jeszcze się nie przekonałam i szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie z takowych źródeł korzystać.
Starym sposobem wynotowałam więc kilka częstotliwości i będę sprawdzała czy dam radę odebrać. A później będę słuchać.
Będę pielęgnowała coś na kształt żałoby.
Podejrzewam, że można tego nie rozumieć. Ale Trójka dla mnie to trochę jak rodzina z którą spędza się dzień. A teraz w tej rodzinie zabrakło najważniejszych członków. I będzie ich brakowało, dzień za dniem.
9 mar 2020
Buu... :(
Planowałam dziś napisać o wrażeniach z targów i o tym co tam ciekawego z wymiany przywiozłam.
Nic z tego jednak nie wyjdzie, bo kolejna bezsensowna decyzja związana z Trójką rozwaliła mi dzień gdzieś w okolicy pracowego śniadania.
Zwolniono Annę Gacek. Bez konkretnego powodu. Ze skutkiem natychmiastowym.
Po dziewiętnastu latach pracy.
Bez możliwości pożegnania słuchaczy. Taka już widać tradycja.
Zabolało mnie to tym bardziej, że długi czas jej nie lubiłam. Drażniła mnie trochę, a jej gust muzyczny w małym stopniu pokrywał się z moim. W audycjach w których występowała razem z Mannem zabierała przecież tak cenny czas w którym to Redaktor mógł puszczać rocka, bluesa czy cokolwiek innego niż to co wybierała ona. Na przestrzeni ostatniego roku jednak doceniłam i polubiłam Panią Redaktor. W tygodniu najbardziej czekałam na czwartkowe przedpołudnia, bo opowiadała o rzeczach które na co dzień mało mnie interesowały, ale ona potrafiła opowiadać tak, że przykuwała moją uwagę. Potrafiła nawiązać kontakt ze słuchaczami i to nie tylko na antenie.
Okazała się być wspaniałą kobietą, której wybaczałam miłość do trochę ekstrawaganckich kiecek czy fotek z pokazów mody, którymi dzieli się na instagramie.
I akurat teraz, kiedy jej głos stał się tym bez którego trudno przeżyć tydzień, wyrzucili Annę Gacek.
I już nie wiem co mam myśleć. Wściekać się na tych, którzy jeszcze zostali czy współczuć im? Podejrzewać o brak kręgosłupa czy wzruszyć ramionami, bo trudno o jakiś śmieszny protest w zakładzie pracy tym bardziej kiedy pracodawcą jest praktycznie rzecz biorąc partia rządząca szykująca się do wyborów? Pokręcić pokrętełkiem od częstotliwości i w końcu wybrać inne radio?
Złe czasy.
#kogonieslychac
Nic z tego jednak nie wyjdzie, bo kolejna bezsensowna decyzja związana z Trójką rozwaliła mi dzień gdzieś w okolicy pracowego śniadania.
Zwolniono Annę Gacek. Bez konkretnego powodu. Ze skutkiem natychmiastowym.
Po dziewiętnastu latach pracy.
Bez możliwości pożegnania słuchaczy. Taka już widać tradycja.
Zabolało mnie to tym bardziej, że długi czas jej nie lubiłam. Drażniła mnie trochę, a jej gust muzyczny w małym stopniu pokrywał się z moim. W audycjach w których występowała razem z Mannem zabierała przecież tak cenny czas w którym to Redaktor mógł puszczać rocka, bluesa czy cokolwiek innego niż to co wybierała ona. Na przestrzeni ostatniego roku jednak doceniłam i polubiłam Panią Redaktor. W tygodniu najbardziej czekałam na czwartkowe przedpołudnia, bo opowiadała o rzeczach które na co dzień mało mnie interesowały, ale ona potrafiła opowiadać tak, że przykuwała moją uwagę. Potrafiła nawiązać kontakt ze słuchaczami i to nie tylko na antenie.
Okazała się być wspaniałą kobietą, której wybaczałam miłość do trochę ekstrawaganckich kiecek czy fotek z pokazów mody, którymi dzieli się na instagramie.
I akurat teraz, kiedy jej głos stał się tym bez którego trudno przeżyć tydzień, wyrzucili Annę Gacek.
I już nie wiem co mam myśleć. Wściekać się na tych, którzy jeszcze zostali czy współczuć im? Podejrzewać o brak kręgosłupa czy wzruszyć ramionami, bo trudno o jakiś śmieszny protest w zakładzie pracy tym bardziej kiedy pracodawcą jest praktycznie rzecz biorąc partia rządząca szykująca się do wyborów? Pokręcić pokrętełkiem od częstotliwości i w końcu wybrać inne radio?
Złe czasy.
#kogonieslychac
24 sty 2020
Piątkowy wieczór w odcieniach czerni i purpury.
Popijam herbatę o smaku truskawki i mango. Czytam "Czerń i purpurę". Idę jutro do pracy.
A później sobotnie popołudnie i skoki i wolna niedziela czyli, że jest się z czego cieszyć.
Czemu "Czerń i purpura"? No cóż, tak akurat się złożyło, że jeszcze trochę, a będziemy obchodzić rocznicę wyzwolenia obozu w Oświęcimiu. Ale dlatego też, że znalazłam na Pintereście coś co nazwano wyzwaniem, ale ja traktuję to raczej jako wskaźnik czy też wytyczne odnośnie wyboru lektury. Wygląda to tak:
Dlatego "Czerń i purpura". To dobrze, bo choć chciałam ta książkę przeczytać od momentu zakupu to jednak jakoś nie mogłam po nią sięgnąć. Jestem teraz mniej więcej w połowie i główni bohaterowie dopiero się ze sobą pierwszy raz spotkali. Zacna historia. Bardzo przyjemnie się czyta, a mi dodatkowo bardzo podoba się wplecenie prawdziwych nazwisk i prawdziwych postaci, no, przynajmniej osnucie pomysłu fabuły na wydarzeniach które miały miejsce i osobach, które istniały.
Wystarczy wygooglować "Franz Wunsch".
Chyba porzucę fantastykę na rzecz takich właśnie historii.
W ogóle kiedy człowiek choć trochę bardziej zagłębi się w historię obozów i osób tam 'pracujących' może wsiąknąć na dobre i przepaść z kretesem.
Bardzo ciekawa jest też kwestia wybaczenia. Mój dziadek podobnie jak dzisiejszy gość Michała Olszańskiego w "Godzinie prawdy" był w Auschwitz. Stanisław Zalewski zapytany przez dziennikarza o wybaczenie tego co go spotkało nie potrafił odpowiedzieć. Nie mógł jednoznacznie przyznać, że wybacza. Dziadek też rzadko o tamtym okresie swojego życia mówił, ja jako dzieciak nie słyszałam nigdy żadnych opowieści o wojnie, choć wiem, że zachowały się dokumenty i kaseta z wywiadem jakiego kiedyś udzielał odnośnie tego co spotykało wtedy ludzi. Muszę po prostu poszukać.
A później sobotnie popołudnie i skoki i wolna niedziela czyli, że jest się z czego cieszyć.
Czemu "Czerń i purpura"? No cóż, tak akurat się złożyło, że jeszcze trochę, a będziemy obchodzić rocznicę wyzwolenia obozu w Oświęcimiu. Ale dlatego też, że znalazłam na Pintereście coś co nazwano wyzwaniem, ale ja traktuję to raczej jako wskaźnik czy też wytyczne odnośnie wyboru lektury. Wygląda to tak:
Dlatego "Czerń i purpura". To dobrze, bo choć chciałam ta książkę przeczytać od momentu zakupu to jednak jakoś nie mogłam po nią sięgnąć. Jestem teraz mniej więcej w połowie i główni bohaterowie dopiero się ze sobą pierwszy raz spotkali. Zacna historia. Bardzo przyjemnie się czyta, a mi dodatkowo bardzo podoba się wplecenie prawdziwych nazwisk i prawdziwych postaci, no, przynajmniej osnucie pomysłu fabuły na wydarzeniach które miały miejsce i osobach, które istniały.
Wystarczy wygooglować "Franz Wunsch".
Chyba porzucę fantastykę na rzecz takich właśnie historii.
W ogóle kiedy człowiek choć trochę bardziej zagłębi się w historię obozów i osób tam 'pracujących' może wsiąknąć na dobre i przepaść z kretesem.
Bardzo ciekawa jest też kwestia wybaczenia. Mój dziadek podobnie jak dzisiejszy gość Michała Olszańskiego w "Godzinie prawdy" był w Auschwitz. Stanisław Zalewski zapytany przez dziennikarza o wybaczenie tego co go spotkało nie potrafił odpowiedzieć. Nie mógł jednoznacznie przyznać, że wybacza. Dziadek też rzadko o tamtym okresie swojego życia mówił, ja jako dzieciak nie słyszałam nigdy żadnych opowieści o wojnie, choć wiem, że zachowały się dokumenty i kaseta z wywiadem jakiego kiedyś udzielał odnośnie tego co spotykało wtedy ludzi. Muszę po prostu poszukać.
15 sty 2020
Magia orientu, a popołudniowa herbatka.
Jotka pisała niedawno o tym co nazwała "naturą chomika". O kupowaniu i przetrzymywaniu przedmiotów mniej czy bardziej potrzebnych w codziennym życiu. Trzeba przyznać, że każdemu czasem się zdarza. Istnieje coś takiego jak 'przydasie', jak 'guilty pleasure' o czym lubi mawiać Anna Gacek w Trójce. Kupowanie mniej czy bardziej impulsywne...
Nie wiem czy to co kupiłam ostatnio jest mi mniej czy bardziej potrzebne, ale postanowiłam spróbować w końcu czegoś nowego.
Małż wiedziony również chęcią spróbowania czegoś nowego wyciągnął mnie ostatnio do jednej z kawiarni gdzie wybrałam z tamtejszego menu przepyszną herbatę z imbirem, cytryną i malinową konfiturą. Nie jestem zwolenniczką eksperymentów i zazwyczaj zadowalam się zwykłą czarną, słomkową, ale ta herbata była tak smaczna, że pomyślałam iż miło by było spróbować czegoś innego.
Ogólnie rzecz biorąc w świecie książkowych moli istnieje tradycja, która mówi, że książka najlepsza jest w połączeniu z kocykiem i herbatką. Nikt nigdy nie precyzuje z jaką herbatką, myślę więc, że w temacie panuje dowolność. Tak jak lubimy różną literaturę lubimy też różne herbaty jak i różne koce.
W poszukiwaniu nowego nabyłam więc herbatę kwitnącą. Z tego co wyczytałam są to liście herbaty, zielonej lub białej (rzadziej czarnej), zwinięte w kulkę, która skrywa w sobie kwiat lub kwiaty.
Zagotowałam wodę, wlałam do dzbanka i wrzuciłam w nią herbatę. Napar w smaku jest całkiem fajny, delikatnie pachnie i nie trzeba dosładzać. Kiedy zaschnięta kulka się rozwinęła zobaczyłam wewnątrz kwiaty nagietka i jaśminu. Taka kombinacja nazwana została "Magią orientu".
Idąc dalej tą ścieżką wybieramy się w sobotę do Poznania gdzie odbywał się będzie Festiwal Kawy i Czekolady. I nie tylko, bo herbaty też się tam znajdą.
__________________________________
Mam ochotę na więcej prywaty na blogu, nie tylko książkowej. Ostatnio coraz więcej rzeczy mnie gniecie i męczy, więc chyba będę sobie używać. Inaczej o książkach i nie tylko.
Nie wiem czy to co kupiłam ostatnio jest mi mniej czy bardziej potrzebne, ale postanowiłam spróbować w końcu czegoś nowego.
Małż wiedziony również chęcią spróbowania czegoś nowego wyciągnął mnie ostatnio do jednej z kawiarni gdzie wybrałam z tamtejszego menu przepyszną herbatę z imbirem, cytryną i malinową konfiturą. Nie jestem zwolenniczką eksperymentów i zazwyczaj zadowalam się zwykłą czarną, słomkową, ale ta herbata była tak smaczna, że pomyślałam iż miło by było spróbować czegoś innego.
Ogólnie rzecz biorąc w świecie książkowych moli istnieje tradycja, która mówi, że książka najlepsza jest w połączeniu z kocykiem i herbatką. Nikt nigdy nie precyzuje z jaką herbatką, myślę więc, że w temacie panuje dowolność. Tak jak lubimy różną literaturę lubimy też różne herbaty jak i różne koce.
W poszukiwaniu nowego nabyłam więc herbatę kwitnącą. Z tego co wyczytałam są to liście herbaty, zielonej lub białej (rzadziej czarnej), zwinięte w kulkę, która skrywa w sobie kwiat lub kwiaty.
Zagotowałam wodę, wlałam do dzbanka i wrzuciłam w nią herbatę. Napar w smaku jest całkiem fajny, delikatnie pachnie i nie trzeba dosładzać. Kiedy zaschnięta kulka się rozwinęła zobaczyłam wewnątrz kwiaty nagietka i jaśminu. Taka kombinacja nazwana została "Magią orientu".
Idąc dalej tą ścieżką wybieramy się w sobotę do Poznania gdzie odbywał się będzie Festiwal Kawy i Czekolady. I nie tylko, bo herbaty też się tam znajdą.
__________________________________
Mam ochotę na więcej prywaty na blogu, nie tylko książkowej. Ostatnio coraz więcej rzeczy mnie gniecie i męczy, więc chyba będę sobie używać. Inaczej o książkach i nie tylko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



