Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

26 cze 2020

"Zatruty ogród", A. Marwood.

Kiedy skończyłam słuchać najnowszej książki Alex Marwood zaczęłam mruczeć pod nosem dość niewybredne słowa. Dobrze, że mam odosobnione stanowisko pracy, bo nikt nie mógł mnie usłyszeć.

Bo lubię jej książki. Przeczytałam wszystkie (te wydane pod pseudonimem), jedne bardziej przypadły mi do gustu drugie mniej (przesadzam, te 'wszystkie' to raptem trzy pozycje), ale do autorki byłam nastawiona pozytywnie. Może nie aż tak by rzucać się na jej książkę tuż po premierze, można sobie dać czas. I ja dałam sobie ten czas.

Na gorąco: zawiodłaś mnie kobieto!

Na zimno: hmmmm...




Książka opowiada o Romy. Kobiecie, która ocalała z rzekomej masakry która wydarzyła się na czymś na kształt farmy, którą zamieszkiwało sporo osób. Ich społeczność tworzyła sektę, "Arkę". Wierzyli w to, że kiedyś w końcu nadejdzie kres, jakaś katastrofa, która zniszczy ludzkość, a oni będą tymi, którzy tą ludzkość odbudują. Romy trafiła tam jako mała dziewczynka wraz z matką. Wspomniana matka będąc nastolatką ucieka z rodzinnego domu i znajduje swoją nową rodzinę wśród członków sekty.

Kiedy policja wkracza na teren farmy i znajdują same trupy sytuacja nie jest różowa. Żyje tylko Romy i jej rodzeństwo Eden i Ilo. Romy trafia do psychiatryka, a Eden i Ilo do ich ciotki, Sarah.

Jest to bardzo dziwna książka. Ciągle mi w niej czegoś brakowało. Słuchałam jej z ciekawością, ale to była ciekawość typu 'no kiedy się wreszcie coś stanie?'. Bo historia płynęła i płynęła, nie była jakoś strasznie nudna, ale od thrillera wymagałabym czegoś innego. Kolejne zabójstwa były wykonywane z zimną krwią i może to miało mnie zmrozić, ale nie dało rady. Może nie wczułam się w psychologię głównej bohaterki. Może nie wyczułam tej psychopatycznej nutki, która miałaby towarzyszyć komuś kto całym sercem jest połączony z ludźmi o bardzo niecodziennych ambicjach i poglądach.

Moje luźne definicje gatunku tłumaczyły thriller jako taką książkę w której bohater czuje zagrożenie. Nie wydawało mi się, że Romy je czuła, może Eden i Ilo.
O wiele bardziej podobały mi się retrospekcje opisujące nam to co działo się w Arce. Czy w takich społecznościach zawsze chodzi o seks i o to która z kobiet zostanie matką wybrańca? Bo właśnie o to toczy się ta marna gierka.

Jak już pisałam na początku po tym kiedy skończyło się nagranie byłam wkurzona, bo to zakończenie, to rozwiązanie było takie oburzające, takie jakieś bez sensu. Spodziewałam się czegoś... Innego. Takiego 'bardziej'. Tak, wiem, treść książki nie wskazywała na nic innego, ale miałam nadzieję, że nagle nastąpi 'wow', a ja się zatrzymam i szczęka mi opadnie.

No nie.

Później jednak przyszedł moment zastanowienia i musiałam przyznać, że choć być może akcja książki nie jeżyła włosów na głowie to jednak te rozmyślania poksiązkowe już tak. To straszne, jak bardzo można komuś wyprać mózg i co mu do niego wtłoczyć. Jak bardzo musi się w człowieku to zakorzenić, że nawet po przebytej terapii nie waha się i wraca, że w imię wymyślonej ideologi zabija.

___________________________________
Pamiętajcie o tej aplikacji o której wspominałam w poprzednim poście. Nadal jestem w mojej okolicy samotna. To dość frustrujące, bo przecież teraz niby wszystko się dzieje w internecie i wszyscy tam są... Tak, wiem, takie gadanie.

Słucham po raz pierwszy Radia Nowy Świat. Dziś od rana powinni zacząć nadawać na stałe, ale korona ich spowolniła, więc uprzyjemniają człowiekowi wieczór koncertem Waglewskiego.  Początek nadawania przesunięto na 10ty lipca.



8 kwi 2020

Historie dwóch kobiet.

Tak się złożyło, że czytając i słuchając ostatnio książek trafiłam na dwie kompletnie inne bohaterki. Dwie inne sytuacje.

Podobał mi się ten rozdźwięk między nimi. Myślałam sobie o jednej i drugiej. Jedna z nich w pewnym sensie trochę mnie bawiła, a druga budziła dość mieszane uczucia. Ta jedna była kreowana na bardzo konkretną, pewną siebie kobietę. Miała być taka zła, bardzo zła... Tak koszmarnie zła, że aż chce kogoś zabić w ramach zemsty. Ta druga jest zagubioną, zmęczoną, zrozpaczoną młodą matką, która nie może sobie poradzić z dzieckiem i tak trochę chyba z samą sobą.


Pierwsza bohaterka, ta do szczętu zła to "Dziewczyna zwana Jane Doe".  Dlaczego mnie bawiła? No cóż, akcja książki krąży wokół motywu zemsty i tego kim jest Jane. A jest ona jak sama wielokrotnie zauważa i podkreśla - socjopatką. Poznajemy historię z perspektywy osoby pierwszej, więc wiemy doskonale co o sobie myśli i mówi Jane. Bohaterka poświęca swój czas na zemstę. Jej celem staje się Steven, bucowaty, dwulicowy facet, który na sam skraj popchnął najlepszą przyjaciółkę Jane. Meg popełnia samobójstwo. Nasza bohaterka planuje słodką zemstę, tworzy sobie drugą tożsamość, podejmuje pracę w tym samym biurze co Steve, a robi to tylko po to by go zabić. Czekałam z utęsknieniem, aż w końcu to się stanie i nic z tego nie wyszło, niestety. Zemsta jednak się dopełnia, Jane osiąga spokój ducha i rozpoczyna nowy rozdział życia.

Druga z książek to jak przewijanie kasety wideo od tyłu. "Gdzie jest Mia" opowiada historię Estelle. Jak wspominałam, Estelle jest młodą matką, która bardzo martwi się o swoją córeczkę. Jest przewrażliwiona i wyczerpana. Zostawiona sama sobie traci nad wszystkim kontrolę, aż w końcu pewnego dnia odkrywa, że Mia jak i wszystko co było z nią związane znika z mieszkania. Estelle traci pamięć, a my śledzimy drogę jaką przebywa by odzyskać i siebie i swoją córkę. Bo czy to ona jest winna? Skąd krew? A rana postrzałowa? Gdzie jest Mia? Dlaczego Estelle skończyła w rozbitym w wąwozie samochodzie?

Jeśli bym miała zdecydować, która z książek była lepsza trudno by mi było wskazać. Jedna i druga miała swoje plusy jak i minusy. Zależy kto co lubi czytać. Jednych urzeknie historia zagubionej w sobie i w czasie Estelle walczącej o zdrowie i córkę. Drudzy będą kibicować Jane, która z zimną krwią planować będzie zemstę. Rozczaruje ich jednak to, że tej krwawej vendetty nie będzie. Mnie osobiście to bardzo zirytowało. Bo, och, ona taka zła, tak jej się podobają ślady jakie nóż zostawia na gardle Stevena... A może odetnie mu coś innego? A może, może...
W drugim przypadku wina leży po mojej stronie. Nie umiem się odnaleźć w bohaterce, ani też nawiązać z nią nici porozumienia. Śledziłam jej losy z ciekawością, ale fabuła nie zapierała tchu jak można by się spodziewać po tych okładkowych zapowiedziach.

Nie mogę powiedzieć, że polecam, ale nie mogę też powiedzieć, że to jakieś złe książki, które należy z dala omijać.

"Gdzie jest Mia" jest odhaczeniem punktu rocznego wyzwania. Występuje jako 'książka która była nieprzeczytana na twojej półce najdłużej'. Zabierałam się za nią już kilka lat aż wreszcie się stało i jest przeczytana.

3 mar 2020

To i owo od B. A. Paris.

Ponieważ targi książki zbliżają się wielkimi krokami niedawno wzięłam do ręki książkę B.A. Paris "Pozwól mi wrócić". Przywiozłam ją właśnie z targów, z książkowej wymiany rok temu. Pamiętam, że jej okładka zdobiła wtedy wystawy księgarń, a ja na wymianie wzięłam ją w gruncie rzeczy niechętnie, bo pierwsza książka tej autorki którą miałam okazję przeczytać nie podobała mi się.

Reklamowany ostatnio "Dylemat" czeka na swoją premierę i postanowiłam nadrobić twórczość Paris, po pierwsze by w końcu wyrobić sobie zdanie, a po drugie by zepchnąć jej książkę ze stosu hańby.
Zaraz kiedy skończyłam czytać zaczęłam też słuchać audiobooka. "Na skraju załamania" to książka numer dwa, książka pośrednia, która ukazała się pomiędzy "Za zamkniętymi drzwiami" a "Pozwól mi wrócić".

Niestety nie pomogło mi to w wyrobieniu sobie opinii, bo to nie było łatwe.



W "Pozwól mi wrócić" mamy do czynienia z mężczyzną, który stracił ukochaną. Stracił w takim sensie, że zaginęła. Z biegiem czasu nasz Fin związał się z siostrą swej byłej partnerki. Planują ślub, życie im się układa, oboje jakoś pogodzili się ze stratą. Oczywiście pewnego dnia to wszystko przestaje być takie piękne.

"Na skraju załamania" opowiada o Cass, która pechowo wybiera drogę powrotną do domu. Widzi stojący w zatoczce samochód i choć wykazuje chęci to jednak nie pomaga parkującej w lesie kobiecie. Konsekwencje tego co wydarzyło się później bardzo komplikują życie bohaterki i spychają ją, no... Na sam skraj załamania.

I która lepsza?

Cóż, bez wahania powiem, że historia Cass przemówiła do mnie o wiele bardziej niż Fin i jego znikająca Layla.

W tej książce był ten dreszczyk, to coś co sprawiało, że rzucało się lekko zaniepokojone spojrzenia na otoczenie i zastanawiało się czy aby wszystko się dobrze pamięta, bo pamięć jest w tu dość istotnym elementem układanki. Paris pokazała jak łatwo można zmanipulować człowieka, który przypuszcza, że posiada pewne obciążenia chorobowe z poprzedniego pokolenia. Bohaterka popadała w paranoję, a ja razem z nią.
W tym przypadku identyfikacja z bohaterem nie jest czymś miłym.

W historii Fina i Layli już nie było tego napięcia. Niby intryga się snuła, kolejne podejrzane wydarzenia miały miejsce, ale to już zdecydowanie nie było to. Czytałam książkę z chęcią, bo byłam ciekawa zakończenia, ale budziła we mnie zdecydowanie mniejsze emocje niż ta, której słuchałam później. Zakończenia ich obu nie wbiły mnie w fotel, ale o wiele lepiej oceniam "Na skraju załamania" choćby przez to co zakończenie poprzedzało.

Pozostaje czekać na to co przyniesie ze sobą "Dylemat". Wydawnictwo Albatros organizuje w sobotę spotkanie z Paris na którym będzie można przedpremierowo nabyć jej najnowszą książkę i dostać autograf, więc i o tą najnowszą pozycje odpowiednio zadbam czytając ją i starając się osądzić czy Paris dla mnie w końcu pisze fajnie czy nie.

2 sty 2020

Historie dobre i historie złe.

Przychodzę tu dziś z dwiema książkami. Jedna jest świetna, druga po przeczytaniu wzbudza uczucie niedosytu i wykrzywia usta, bo zakończenie niczego ciekawego nie przyniosło.

Może zacznijmy od tej drugiej i wyrzućmy to z siebie.

Powieści Harlana Cobena nigdy wcześniej nie miałam okazji przeczytać. Jego książka "W domu" trafiła na moją półkę w ramach książkowej wymiany organizowanej na Poznańskich Targach Książki, na początku zeszłego roku. Ponieważ zebrała już dostateczną ilość kurzu, a tegoroczna edycja Targów zbliża się wielkimi krokami (będzie w marcu) postanowiłam przeczytać książki, które wtedy z Małżem przywieźliśmy.

Pomińmy fakt, że nie sprawdziłam w ogóle informacji o tej książce. Może gdybym to zrobiła to wcale bym jej nie zaczynała, bo okazało się, że to 11 tom z serii o nijakim Myronie Bolitar.
Sprawdziłam po tym jak skończyłam ją czytać i pomyślałam, że to taki strzał w kolano z jednej strony. Bo może gdybym zaczęła czytać jak wypada czyli od początku śledziłabym losy Myrona z nadzieją, że z książki na książkę będzie lepiej, a tymczasem załapałam się na koniec ogonka i to w dodatku mocno średni. Nic mi się w tej książce nie podobało po zakończeniu lektury. Cały czas człowiek liczył na jakiś szalony punkt zwrotny, coś co zatrzęsie tą książką i przyprawi o palpitacje serca, ale nic takiego nie nastąpiło. Co zabawne, czytałam tą historię z jakimś ślepym uporem, bo chciałam wiedzieć o co chodziło, co się stanie na końcu. Książka, jak teraz widzę, ma wiele pozytywnych opinii, a ja nie wiem dlaczego. Bohaterowie byli jacyś zabawni, ale nie wiem... W taki dziwny sposób. Bo obok Myrona stoi Win, kimkolwiek on jest, ale jest oczywiście świetny w swej robocie. Aż za świetny. I razem rozwiązują różne sprawy kryminalne.
Zakończenie być może i zaskakiwało, ale cała droga jaką trzeba było przebyć by się na nie załapać trochę zniechęcała. Miałam wrażenie, że Coben pisał i pisał, aż wreszcie mu się znudziło i postanowił zagadkę rozwiązać.

W drugim przypadku sprawa miała się całkiem inaczej. Alex Michaelides wodził czytelnika za nos od samego początku aż już przebierało się nogami ze zniecierpliwienia. Nagle nad głową czytającego zapalała się taka komiksowa żaróweczka, a mózg krzyczał 'nie!'. "Pacjentka", bo o tym thrillerze teraz mowa, okazała się być świetną, zwięzłą (bardzo szybko się skończyła, za szybko) i wciągającą pozycją. Nie miałam czego słuchać, a audiobook ten był dostępny w ramach abonamentu Empiku, więc by w ogóle czegoś słuchać wybrałam tą historię. Też nie sprawdzałam wcześniej informacji o niej, ale w przeciwności do "W domu" okazała się być strzałem w dziesiątkę. Zakończenie wbijało w fotel. Pozycja dla osób lubiących i nie bojących się psychologii, bo mnie osobiście zawsze trochę martwi na wieść o tym jak człowiekowi może pomieszać się w głowie. I że czasem, wcale nie stajemy się kimś kto sobie nie radzi i po prostu potrzebuje pomocy. Czasem stajemy się czymś o wiele gorszym, czymś co wcale nie potrzebuje pomocy w dobrym tego słowa znaczeniu.







____________________________________________
"W domu" to pozycja ze stosu hańby. Teraz czytam "Zamianę" i to będzie kolejna pozycja, która ten stos uszczupli.
Całkiem nieźle jak na początek roku.

26 sie 2019

Jak nie chcieć zostać matką bliźniaczek.

Nie ma co wzdychać, że to ostatni tydzień wakacji i tak dalej, skoro szkołę ma się już dawno za sobą. Do pracy dzień w dzień na szóstą, plan zajęć ten sam, zmieniają się jedynie książki w słuchawkach i książki które czytam popołudniami.

Jeśli ktoś tak jak ja nie może się doczekać już jesieni to w ramach szukania tego klimatu polecam zajrzeć mu do książki pt. "Bliźnięta z lodu" autorstwa S.K. Tremayne.

Ogólnie rzecz biorąc nie wiem dlaczego sięgam po takie książki. Każdy thriller to jakaś trauma, wiadomo. Prawdziwa czy nie, ale zawsze każe się trochę nad wszystkim zastanowić i pomyśleć, że jednak choć krztyna prawdy czy realności może w tym tkwić. Tak, wiem, że to fikcja i nigdzie nie napisano, że opowieść jest oparta na faktach, ale przecież mogło się zdarzyć, prawda?

Wyobraźmy sobie, że waszymi dziećmi są kilkuletnie bliźniacze dziewczynki. Jednojajowe. Identyczne. Bliźniaczki, które lubią się bawić w zmiany tożsamości, lubią podpuszczać rodziców odnośnie tego która jest która. Pewnego dnia jedna z nich spada z balkonu. Patrzycie na nią z góry, a jedynym wyznacznikiem który określa imię martwej dziewczynki jest krzyk tej drugiej. Ale czy tak jest naprawdę?

Serio, nie powinnam czytać takich książek. Powinnam sobie zapodawać jakieś spokojne, wesołe historyjki, które zawsze kończą się dobrze, a ich okładki zdobią ładne, jasne zdjęcia. Marginesy są spore, czcionka jest duża i czyta się je na poczekaniu.

Tymczasem ja, jak zwykle, wyczytuję sobie oczy na wydaniu kieszonkowym, gdzie czcionka drobna, okładka taka sobie i jak zwykle zaczęło się od tego, że ktoś umarł.

Historia jednak jest interesująca, a i miejsce akcji ciekawe. Bohaterowie przenoszą się na samotną wysepkę z którą łączność mają dzięki pontonowi. Oczywiście, domek który należał do babci ojca zmarłej dziewczynki, jest do generalnego remontu, małżeństwo samo w sobie trochę się sypie, a córka, której dane było przeżyć pewnego dnia neguje to kim jest i oświadcza, że jest swoją zmarłą siostrą, co więcej, jej siostra ciągle z nią jest, rozmawiają się i bawią z sobą, przez co nie ma szans zaprzyjaźnić się z koleżankami z nowej szkoły.

Jestem krótko po połowie i trochę lękam czytać się dalej. Niby nic strasznego się nie dzieje, ale książka ma dość niepokojący klimat do którego autor przenosi nas już od samego początku. Zimno, wietrznie, opustoszała wysepka na której sąsiaduje się z fokami i samotną latarnią morską. Szczury. Zasięgu brak, a stacjonarny telefon szumi tak jak i woda która to otacza. W tym wszystkim rozpadająca się powoli rodzina, dziewczynka, która najprawdopodobniej zwariowała i pies.

O tego psa się boję najbardziej. A jeśli Angus (mąż i ojciec) mu coś zrobi? Autor na zdjęciu z Wikipedi wygląda na takiego, który w książce nie zawaha się na nic.

3 gru 2018

Koniec z Harrym. Na ten rok.

Tak, plan na ten rok został zrealizowany. Wszystkie tomy o Harrym Hole zostały przeczytane, nie ważne jakim kosztem.



Ciągle utrzymuję, że to bardzo dobra seria. Ciekawa. Bohater interesujący. Fabuła nie zamyka się w danej części tylko się przeplata, łączy poszczególne tomy czy to bohaterami których lubimy (lub nie. Do Berntsena mam teraz na przykład bardzo mieszane uczucia i nie wiem czy chcę mu kibicować (bo może jakimś cudem się naprostuje) czy mam nadzieję, że w końcu padnie (bo jest kanalią)) czy wręcz odwrotnie. Zbrodniarze kończą odsiadkę i wracają do gry.

W tym wszystkim znajduje się Harry, samotny rewolwerowiec nie wahający się przed niczym. I co mnie trochę martwi - stosuje podobne metody co indywidua które ściga. Z tomu na tom mam nieodparte wrażenie, że to się pogłębia. Faktem jest, że i sprawy (jak się należy) też są coraz cięższego kalibru, ale wydaje się, że to popycha głównego bohatera w otchłań szaleństwa. Nie zawsze. Jakaś tam jednak nieznaczna psychoza chyba jest.

Teraz, jak i wielu innych czytelników, czekam do przyszłego roku, kiedy ukaże się "Nóż". Jestem ciekawa tej książki i tego co Nesbo zrobi, bo nie wydaje mi się, że można tu ciągnąć wątek wampiryzmu przez kolejny tom, na co jednak wskazuje epilog. Mam nadzieję, że Norweg po raz kolejny wymyśli coś dobrego i Harry, a w zasadzie poziom serii o nim nie ucierpi. W jednym z wywiadów powiedział, że historia jest już bliższa końca i gdyby tom dwunasty miał być ostatnim pewnie nie miałabym nic przeciw. Byle tylko Harry odszedł w dobrym stylu.

20 lis 2018

Gdy natura upomina się o swoje. Odwet oceanu - F. Schätzing.

Do książek w których wiem, że będą występowały zwierzęta podchodzę ze sporą rezerwą. Boję się czytać o przemocy wobec nich i zazwyczaj kiedy się tylko na to zanosi odkładam książkę i już do niej nie wracam.

Kiedy przeczytałam opis jaki wydawca umieścił na tylnej okładce miałam tylko nadzieję, że jakoś przetrwam. Thriller ekologiczny? Thriller to ja rozumiem. Ale ekologiczny? Te biedne zwierzaki...

Nie ma się jednak czego bać, bo tak naprawdę tu rządzą zwierzęta i natura. Przynajmniej do momentu do którego doczytałam. I to mi się podoba.

Na świecie zaczynają dziać się różne rzeczy. Niecodzienne rzeczy. Giną rybacy. Wieloryby i orki znikają, a kiedy się pojawiają zachowują się bardzo niepokojąco, bo atakują statki czego do tej pory naturalnie nie robiły. Najniebezpieczniejsze gatunki meduz też wykazują mobilizację i sprawiają, że plaże zostają zamknięte dla turystów, którzy nie chcą stać się ofiarami śmiercionośnych parzydełek. Ludzie chorują po zjedzeniu podejrzanych homarów. Nieznane dotąd robaki destabilizują podwodne złoża metanu, co doprowadzi do strasznej katastrofy.

Wszystko to może wydawać się absurdalne czy ciężkie do wyobrażenia, ale autor, Frank Schätzing, podaje to w bardzo fajnej i przystępnej formie. Książka powinna przypaść do gustu wszystkim fanom ekologii, biologii oraz fauny mórz i oceanów. Znajduje się w niej wiele ciekawych informacji i jak czytamy na końcu, są one jak najbardziej rzetelne. Pewnie na niektóre rzeczy należy przymknąć oko (wybuchające homary?), aby akcja na tym nie traciła, ale łatwo się z tym pogodzić, bo wspomniana akcja naprawdę wciąga.

Co też bardzo mi się podoba to to, że historia nie biegnie po łebkach. 4 miliony sprzedanych egzemplarzy i thriller? Eee, pewnie opisy scen będą okrojone, tak by wszystko tylko popychać do przodu... Ale przy 960 stronach? Kolejny plus. Akcja ładnie się zazębia i nie nudzi. Opisy są bardzo szczegółowe. Zobrazowanie tsunami sprawiło, że naprawdę trudno było się oderwać od czytania. Dzięki talentowi autora możemy sobie wyobrazić z łatwością wygląd tajemniczego robaka, bierzemy udział w sekcji wieloryba dziejącej się na plaży. Przy okazji dostarcza się nam bardzo dużo wiedzy, co jak już wspominałam jest niewątpliwym plusem.

W książce to natura gra główną rolę. Bohaterzy próbują zrozumieć wydarzenia, które rozgrywają się na ich oczach i dojść do jakiś wniosków. Próbują się ochronić (nie, na pewno nie walczą), ale zawsze są o ten krok za późno. Próbują też ugrać swoje, bo w grę wchodzą interesy koncernów naftowych i państw.

Któż z nich wygra? Jaki będzie koniec? Kto będzie górą, natura czy człowiek?

Jestem w połowie, więc nie wyobrażam sobie co jeszcze może się stać.

30 wrz 2018

Z wieczorną wizytą u "Kobiety w oknie".

Czasem czuję się jak Anna. Nie chodzę na całodobowym rauszu czy to od alkoholu czy od leków (czy od jednego i od drugiego), ale ciężko mi się zwlec z łóżka. Ciężko mi się zmobilizować i chcieć czegoś więcej niż dotrwania do wieczora czy późnego popołudnia kiedy to mogę po prostu usiąść. Nie jest to związane z chorobą (agorafobia), wypadkiem czy rozstaniem z rodziną jak u bohaterki, ot stan ducha, który czasem po prostu pozwala sobie na zbyt wiele. Z Anną mogłabym się zaprzyjaźnić i myślę, że chętnie nawet bym jej pomagała. Może tylko tyle by wystarczyło aby oderwała się od siedzenia z aparatem w czterech ścianach. Może nie potrzebowałaby parasola. Może i mi by to jakoś pomogło.

Może nic by się nie stało. Nie widziałaby niczego, co pociągałoby za sobą serię zdarzeń, którą trudno nazwać fortunną. Jestem też ciekawa z kim Anna pozwoliła sobie na romans (jakoś mi to do niej nie pasuje) i dlaczego tego mężczyzny teraz nigdzie nie ma. A może się dopiero pojawi? Dlaczego do tej pory o nim nie wspomina?

Jestem po połowie książki i nie wiem czego się spodziewać dalej. Bo trudno określić w którą stronę potoczy się historia i w ogóle jak się potoczy. Doktor Fox podejmuje pewne kroki. ("Oddycham. Cały czas.") Zmusza się do działania, bo napędza ją niepokój (o siebie? O sąsiadkę?). Chce poznać prawdę o tym co widziała(?) i chyba też o sobie. Podejmuje działanie. ("Jeden, dwa, trzy, cztery.") Mimo wszystko nie jest tak pasywna jak wydawało się na początku. To dobrze.

Książka każąca patrzeć na ludzi trochę inaczej. Każąca być mimo wszystko trochę bardziej otwartym i odważniejszym, bo zamykanie się w czterech ścianach nikomu nie służy, czy mowa o chorobie czy o charakterze. Poszliśmy dziś na spacer i jest lepiej. Trochę, ale lepiej i perspektywa tygodnia nie wydaje się być zbyt przygnębiająca. Raczej nie zaszufladkuję tej książki w kategorii 'tylko thriller'. Dla mnie osobiście jest ona swoistą przestrogą o której powinnam pamiętać by się nie zatracić.

_____________________________________________________________________
A oto nowe półki. Zaaprobowane.


23 wrz 2018

"Córeczka".

Była "Siostrzyczka" pora więc teraz na "Córeczkę". Ot, jakoś zabawnie się złożyło, bo na półce są jeszcze "Siostry".


To dziwna książka. Nie dlatego, że historia opowiedziana przez autorkę jest jakaś zdziwaczała, ale dlatego, że czytało się ją łatwo, przy czym mnie osobiście nie wciągnęła. Jakbym nie mogła się skoncentrować, bo w gruncie rzeczy nie było na czym.

Opowieść sama w sobie jest jednak prosta. Simone i Matt. Para młodych ludzi, którzy dość szybko zostają rodzicami. Ich córka zostaje uprowadzona. Mija osiemnaście lat, a do Simone która wraz z Mattem ułożyła już sobie życie i przetrwała po tak strasznej stracie zgłasza się dziewczyna, która podaje się za zaginioną przed laty Helenę.

Czytałam i czytałam i czytało się fajnie. Nie mogłam się jednak na tej książce skoncentrować jakby nie potrafiła ona przyciągnąć mojej uwagi bez reszty. Jakby nie chciała. Akcja, choć się toczyła, toczyła się marnie. Niby coś się działo, ale nie było w tym napięcia, którego można by oczekiwać od thrillera. W dodatku mrocznego i psychologicznego jak głosi wydawca na okładce. Skądinąd fajnej okładce, podoba mi się.

W gruncie rzeczy nie potrafię powiedzieć czego mi w książce brakowało. Była po prostu taka sobie, a najciekawszymi były rozdziały należące do Matta. 

Gdyby ją porównać do przeczytanej poprzednio "Siostrzyczki", to wygrywają same postaci z książki Fortin. Były przynajmniej 'jakieś'. Tutaj są bardziej płaskie, Simone popija ciągle wino, coś tam ją niby napędza, ale jest jakby obdarta z emocji. Dystans jaki trzyma zdaje się zbyt wielki i aż martwi. Bohaterowie się mazgają, albo udają twardych, bo nagle trzeba takimi się stać. Historię ratuje w pewnym sensie zakończenie, bo autorka dość zręcznie odciąga uwagę od jednego z winnych i ujawnia jego rolę dopiero na samym końcu co mnie (miło) zaskoczyło.


W gruncie rzeczy więc nie żałuję, ale też i nie polecam gorąco.

17 wrz 2018

"Siostrzyczka".

Sue Fortin stworzyła coś co chyba przypadkiem stało się thrillerem. Ewentualnie czytelnik który chce znaleźć w thrillerze drugie dno znajdzie je bardzo łatwo.



Sprawa jest dość prosta. Rodzina - Clare, Luke + dwie córki. Matka Clare - Marion. Wszyscy mieszkają razem. Do szczęścia Clare i jej matki brakuje tylko siostry i córki. Alice. Zabrana przez ojca z domu wiele lat wstecz pozostaje nieuchwytna. Marion i Clare przez te wszystkie lata nie tracą nadziei i wciąż szukają. Pewnego dnia następuje przełom i od Alice przychodzi list za którego sprawą rozpędza się karuzela wydarzeń które nigdy nie powinny mieć miejsca.

Co zauważa sama autorka na końcu książki historia miała traktować o stosunkach między ludźmi i o uczuciach jakie mogą pojawić się kiedy w najbliższym nam otoczeniu zachodzą zmiany z którymi musimy się zmierzyć.

Dla mnie najlepszym z książki było to jak daleko mogą posunąć się ludzie dążący do swego celu. Martha podająca się za Alice i Tom. Tom którego miłość zmienia się w niebezpieczną zawiść wobec Clare i jej rodziny.
Jak bardzo można czuć się samotnym i opuszczonym na świecie by wykorzystać przypadkową (?) śmierć przyjaciółki, podszywać się pod nią i spróbować stworzyć sobie dzięki temu namiastkę czegoś czego nigdy się nie miało czyli rodziny. Jak długo można hodować w sobie ziarno odrzucenia, jak przez lata można je podsycać i nie dopuszczać do tego by uczucie przeminęło, by się wyciszyło? Wydaje mi się, że Tom w pewnym sensie nie chciał sobie odpuścić. Spotkanie Marthy w demaskującej ją sytuacji sprawiło, że jego ziarno wybujało do niebezpiecznych rozmiarów przez co postanowił ukarać Clare nie tyle za odrzucenie go co za własne niepowodzenia.

Na końcu książki są dodane przez autorkę pytania które można wykorzystać przy spotkaniach DKK. Jedno z nich brzmi: czy myślicie, że Martha żałowała swoich czynów? Myślę, że tak. Bo chociaż jej zachowanie było przewrotne nie można powiedzieć, że nie była poszkodowaną w całej sprawie. Owszem, jej pobudki same w sobie nie były normalne i można by też dyskutować nad tym czy były bezsprzecznie złe. Z drugiej jednak strony nie można zapomnieć, że stała się ofiarą. To nią posłużył się Tom by dopiąć swego. Pomijając fakt zaistnienia morderstwa i podszycia się pod osobę zmarłą, myślę, że Martha chciała tego co każdy z nas. Chciała mieć rodzinę i być kochaną, tak po prostu. W końcu sama odebrała sobie życie i myślę, że nie zrobiła tego ze strachu przez ewentualnymi konsekwencjami prawnymi tylko przed tym, że zostanie odrzucona, że zostanie sama. Nie wiem jak mogłaby zadośćuczynić za to czego się dopuściła ale myślę, że jednak żałowała. Dlatego wszystko skończyła.

Kiedy zaczynałam czytać tą książkę pomyślałam sobie: boże, kolejna która na samym początku kładzie bohaterkę w szpitalu byśmy mogli wiedzieć jak bardzo tragicznie i niebezpiecznie będzie. Nie spodziewałam się zbyt wiele. Książka jednak bardzo mi się podobała. Akcja była spójna i szybka. Po niektórych bohaterach można by oczekiwać więcej. Marion czy Luke wydają się dość płaskimi i pasywnymi bohaterami potrzebnymi tylko do tego by zapchać dziury w fabule. Podobnie jest z samą Marthą. Pomimo, że jest osobą odpowiedzialną za całe zamieszanie jest jak dla mnie gdzieś z tyłu. Tak naprawdę pierwsze skrzypce gra Clare. Strasznie irytowało mnie podkreślanie tego jak bardzo chce być dobrą i kochającą żoną i matką. Na ostatnich stronach książki młode małżeństwo zmienia swe priorytety i postanawia żyć inaczej by nadal tworzyć szczęśliwą i kochającą się rodzinę.

Czego najbardziej mi brakowało? Rozwinięcia wątku Marthy. Co mi się najbardziej nie podobało? Leonard. To, że był niepotrzebnym i też nierozwiniętym wątkiem w historii Clare i jej siostry.

Ogólnie na plus i polecam przeczytać. Można ze spokojem oderwać się od swoich problemów i zająć tym co trapi innych. Dla ludzi lubiących rozdzielać włos na czworo.