Będę się zachwycać, ostrzegam.
Każdy kto tutaj zagląda wie, że lubię historie, które mają kilka tomów. Czytam sobie takie mniej więcej na przestrzeni roku. Poprzednio były to książki Nesbo o Harrym Hole, teraz poczytuję felietony Jeremy'ego Clarksona.
Ale książka którą ostatnio przesłuchałam była jakby skondensowaną kapsułką. Mieściła w sobie piętnaście żyć głównego bohatera. I była świetna.
Harry August przychodzi na świat jako owoc gwałtu. Jego przybrany ojciec pracuje w majątku jego biologicznego ojca. Przeżywa swoje życie i umiera. Rodzi się znowu. Znowu jako bękart, znów przeżywa swoje życie. Rodzi się w znajomych sobie okolicznościach, pamięta poprzednie życie. Żyje i umiera. Zazwyczaj umiera na szpiczaka chyba że popełnia samobójstwo, chyba że ktoś strzela mu w tył głowy. Jest ouroboraninem i urodzi się znowu. I znowu umrze. W którymś życiu dowiaduje się o Bractwie Kronosa. O innych osobnikach jemu podobnych. O swoistych podróżach w czasie, o przekazywaniu wiadomości z przeszłości i z przyszłości. Bo świat nagle zaczyna się rozpadać, niszczeć, a Harry może temu położyć kres, bo wie co się dzieje.
Jeśli zaczniecie głębiej się zastanawiać nad istotą tej książki nie poczujecie się zbyt mądrzy. Przynajmniej ja się nie poczułam, bo jak można się rodzić i przeżywać wciąż to samo życie? I jak mogą to robić inni? Co tam z tym czasem? To linia, czy koło? Dlaczego w ogóle istnieje przeszłość i przyszłość? Radzę się nad tym nie zastanawiać i po prostu czytać.
A książka jest wyborna. Bo jeśli na początku wszystko może wydawać się trochę pogmatwane i jednocześnie nudne, to później już historia się klaruje i naprawdę wciąga. Śledzimy poszczególne epizody z życia Harry'ego, które składają się w jedną spójną całość. Poznajemy innych ouroboraninów, dowiadujemy się jakie skutki może mieć amnezja i zabójstwo przed urodzeniem. Dowiadujemy się też dlaczego nie warto grzebać w historii, nie można zmieniać jej biegu i przyspieszać rozwoju technologii.
"Piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" kwalifikowana jest jako fantastyka czy sci-fi. Zgodzę się z tym, ale jest to całkiem fajna powieść obyczajowa, momentami sensacyjna. Po części opowiada o szukaniu swojego miejsca na ziemi, bo to kim bohater jest pozwala mu na obranie kilkunastu różnych dróg i sprawdzenia ich. Walka z głównym antagonistą pokazuje jak wielką cierpliwość trzeba mieć i jak bardzo przebiegłym trzeba być, bo nie zamyka się ona w jednym żywocie.
Historia Harry'ego skłania do wielu przemyśleń. Bo iluż z nas po jakimś czasie myśli sobie, ach zrobiłbym/zrobiła to inaczej? Albo że obralibyśmy całkiem inne drogi, studiowalibyśmy co innego, lub związali się z kimś innym? Bohater ma takie możliwości, ale jest też trochę uprzywilejowany, bo z poprzednich żyć zna wyniki meczów, gonitw, wszystkiego na czym można zarobić i trochę się ustawić pod kątem pieniędzy. Będąc dzieckiem jednocześnie ma świadomość dorosłej osoby. Ma o wiele większą kontrolę. My życie mamy tylko jedno, kontrolę przez sporą jego część praktycznie żadną, a i tak umieramy z przeświadczeniem, że coś było nie tak. Przynajmniej ja mam takie wrażenie, choć raczej na końcu pewnie mało mnie będzie to obchodziło. Chyba, że umrę na raka płuc. Wtedy będę umierała strasznie wkurzona, bo nigdy nie paliłam. Mniejsza z tym.
Książkę polecam.
Wspomnę też skąd pomysł na to by poznać historię Augusta. Jakiś czas temu pisałam, że zaczynam słuchać podcastów, bo raz, że już nie słucham Trójki, a dwa, że ogólnie za często w radiu mówią o koronawirusie. Trafiłam więc na kanał Strefa Czytacza, gdzie było tylko kilka odcinków w temacie okołoksiążkowym. Później odwiedziłam kanał na You Tubie i tam poznałam trochę bliżej sympatyczną parę która opowiada o książkach właśnie. I robi to na różne sposoby, na przykład takie >klik, klik< :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
25 mar 2020
4 sie 2019
"Malowany człowiek", Peter V. Brett.
Jak zwykle w takich chwilach trudno coś napisać o dobrej książce. Bo czego tu się czepiać? Doszukiwać się dziury w całym, tak po prostu ze zwykłego uporu? No nie. Nie wypada.
"Malowany człowiek" to fantasy, które bardzo lubię. Jest bohater, taki najbardziej główny z głównych. Doświadczony przez los, trochę pomijany, ale odważny, dążący do swojego celu młodzian. Peter V. Brett na tę rolę wyznaczył Arlena. Chłopiec wiodący do pewnego momentu spokojne życie zostaje świadkiem tchórzostwa ojca i śmierci matki. Jest za to odpowiedzialny pierwiastek fantasy, który sprawia, że zwyczajna historia staje się czymś więcej. W świecie Arlena czas po zapadnięciu zmroku staje się najbardziej niebezpieczną porą doby, bo wraz z ciemnością do świata ludzi wkraczają Otchłańce. Bestie z zaświatów przed którymi ochronić mogą jedynie runy. Runy wyrysowane czy wyryte na ścianach chat, na palach, na murach.
Jak można się domyślać nasz bohater ma ambicję i chce od życia czegoś więcej niż tylko conocnego chowania się za murami własnej zagrody. Chce walczyć z Otchłańcami, chce być wolny. Poznaje Ragena, który wiedzie trudne i pełne przygód życie Posłańca. W wyniku zbiegów nieszczególnie szczęśliwych okoliczności zabiera on ze sobą Arlena, a dla chłopca, który objawia szczególny talent co do runów rozpoczyna się wspaniała przygoda.
By nie było zbyt nudno pojawiają się też wątki poboczne. Obserwujemy życie Leeshy, poniewieranej przez matkę dziewczyny, która staje się szanowaną wioskową zielarką i wyrusza w świat by poznawać więcej tajemnic ziół i wywarów. Jest też Rojer, który terminuje u jednego z niezbyt popularnych Minstreli.
O książce dobrze świadczy to, że bardzo chętnie do niej wracałam. Odłożona, sama kazała po siebie sięgać w chwili wolnej. Nie pozwalała się pokryć kurzem i nie znosiła pomrukiwania, że później i nie teraz. Może i nie przeczytałam jej w jakimś rekordowo krótkim czasie, ale sprawiła mi wiele przyjemności. Napisana zgrabnie i bez przynudzania historia budzi ciekawość w czytelniku. Bohaterowie wzbudzają sympatię i dość łatwo dają się polubić.
Jednym co mnie zraziło to sposób wydania książki. Owszem dwa tomy, których grzbiety stojąc obok siebie tworzą jedną ilustrację, to ciekawy pomysł, ale dla mnie to naciąganie kupującego. Gdyby trochę zmniejszyć marginesy oraz czcionkę i ograniczyć ilość obrazków być może historię tak jak w oryginale dałoby się wydać w jednym tomie. Komu by to szkodziło? Czepiają się nas, czytelników o piracenie książek. Czasem jednak czuję się wręcz do tego zmuszona, bo trudno mi w budżecie zapisać wydatek na książkę za którą muszę nijako zapłacić podwójnie.
"Malowany człowiek" to fantasy, które bardzo lubię. Jest bohater, taki najbardziej główny z głównych. Doświadczony przez los, trochę pomijany, ale odważny, dążący do swojego celu młodzian. Peter V. Brett na tę rolę wyznaczył Arlena. Chłopiec wiodący do pewnego momentu spokojne życie zostaje świadkiem tchórzostwa ojca i śmierci matki. Jest za to odpowiedzialny pierwiastek fantasy, który sprawia, że zwyczajna historia staje się czymś więcej. W świecie Arlena czas po zapadnięciu zmroku staje się najbardziej niebezpieczną porą doby, bo wraz z ciemnością do świata ludzi wkraczają Otchłańce. Bestie z zaświatów przed którymi ochronić mogą jedynie runy. Runy wyrysowane czy wyryte na ścianach chat, na palach, na murach.
Jak można się domyślać nasz bohater ma ambicję i chce od życia czegoś więcej niż tylko conocnego chowania się za murami własnej zagrody. Chce walczyć z Otchłańcami, chce być wolny. Poznaje Ragena, który wiedzie trudne i pełne przygód życie Posłańca. W wyniku zbiegów nieszczególnie szczęśliwych okoliczności zabiera on ze sobą Arlena, a dla chłopca, który objawia szczególny talent co do runów rozpoczyna się wspaniała przygoda.
By nie było zbyt nudno pojawiają się też wątki poboczne. Obserwujemy życie Leeshy, poniewieranej przez matkę dziewczyny, która staje się szanowaną wioskową zielarką i wyrusza w świat by poznawać więcej tajemnic ziół i wywarów. Jest też Rojer, który terminuje u jednego z niezbyt popularnych Minstreli.
O książce dobrze świadczy to, że bardzo chętnie do niej wracałam. Odłożona, sama kazała po siebie sięgać w chwili wolnej. Nie pozwalała się pokryć kurzem i nie znosiła pomrukiwania, że później i nie teraz. Może i nie przeczytałam jej w jakimś rekordowo krótkim czasie, ale sprawiła mi wiele przyjemności. Napisana zgrabnie i bez przynudzania historia budzi ciekawość w czytelniku. Bohaterowie wzbudzają sympatię i dość łatwo dają się polubić.
Jednym co mnie zraziło to sposób wydania książki. Owszem dwa tomy, których grzbiety stojąc obok siebie tworzą jedną ilustrację, to ciekawy pomysł, ale dla mnie to naciąganie kupującego. Gdyby trochę zmniejszyć marginesy oraz czcionkę i ograniczyć ilość obrazków być może historię tak jak w oryginale dałoby się wydać w jednym tomie. Komu by to szkodziło? Czepiają się nas, czytelników o piracenie książek. Czasem jednak czuję się wręcz do tego zmuszona, bo trudno mi w budżecie zapisać wydatek na książkę za którą muszę nijako zapłacić podwójnie.
11 lut 2019
Bo to smutna książka była.
Siedziałam przez chwilę i myślałam co napisać o "Kamiennym niebie". Nie wymyśliłam nic prócz tytułu tej notki właśnie i to właśnie w nim mogłabym oddać wszystko co miałam do powiedzenia.
Niby skończyła się dobrze. Nassun przeżyła. Essun w pewnym sensie też, choć można by dyskutować czy to co ją spotkało jest 'dobre'. Tu rodzi się oczywiście ciekawość odnośnie tego czy może kiedyś będzie kolejny tom, czy autorka w ogóle by chciała i tak dalej. Mniejsza. Nie teraz mi nad tym dumać.
Historia o ciągłym poszukiwaniu czy to miejsca na ziemi czy akceptacji. Zastanawia mnie to czy Jemisin celowo zepchnęła społeczność Castrimy pod ziemię, bo jak to by było gdyby tak dziwnie zmieszana grupa miałaby trwać na powierzchni, prawda? Bycie górotworem jest trudne. Jest to ciągła walka, czy to z samym sobą czy z otoczeniem czy nawet z najbliższą rodziną. Cena za bycie tym kim się chce jest wysoka. Nassun zmuszona do zabicia własnego ojca, kochająca nieszczęśliwie. Essun wyznaczona do tego by uratować świat i oddająca temu kawałki siebie (dosłownie). Życie matki i córki kiedy nastała piąta pora roku stało się pasmem zadań do wykonania, które nie zawsze są w ich bezpośrednim interesie.
Ogólnie zazwyczaj było tak, że bohaterowie choć przeżywali trudne chwile na końcu swej drogi spotykali słońce i nie było wątpliwości co do tego, że teraz będzie dobrze. Umarłych się grzebało i pamiętano o nich, na wrogów czekało. Autorka na koniec umieszcza scenę pozwalającą sądzić, że Essun ruszy dalej. Ale czy to będzie dobre?
Niby skończyła się dobrze. Nassun przeżyła. Essun w pewnym sensie też, choć można by dyskutować czy to co ją spotkało jest 'dobre'. Tu rodzi się oczywiście ciekawość odnośnie tego czy może kiedyś będzie kolejny tom, czy autorka w ogóle by chciała i tak dalej. Mniejsza. Nie teraz mi nad tym dumać.
Historia o ciągłym poszukiwaniu czy to miejsca na ziemi czy akceptacji. Zastanawia mnie to czy Jemisin celowo zepchnęła społeczność Castrimy pod ziemię, bo jak to by było gdyby tak dziwnie zmieszana grupa miałaby trwać na powierzchni, prawda? Bycie górotworem jest trudne. Jest to ciągła walka, czy to z samym sobą czy z otoczeniem czy nawet z najbliższą rodziną. Cena za bycie tym kim się chce jest wysoka. Nassun zmuszona do zabicia własnego ojca, kochająca nieszczęśliwie. Essun wyznaczona do tego by uratować świat i oddająca temu kawałki siebie (dosłownie). Życie matki i córki kiedy nastała piąta pora roku stało się pasmem zadań do wykonania, które nie zawsze są w ich bezpośrednim interesie.
Ogólnie zazwyczaj było tak, że bohaterowie choć przeżywali trudne chwile na końcu swej drogi spotykali słońce i nie było wątpliwości co do tego, że teraz będzie dobrze. Umarłych się grzebało i pamiętano o nich, na wrogów czekało. Autorka na koniec umieszcza scenę pozwalającą sądzić, że Essun ruszy dalej. Ale czy to będzie dobre?
1 lut 2019
"Wyspa Mędrców" otarta z kurzu.
Nie pamiętam już jakie książki czytałam będąc dzieckiem. Oczywiście, mama wspomina, że były to książeczki z serii 'Tyci, tyci', które czytała mi ona. Miałam też ponoć całą serię historyjek o jakiś króliczkach, które znałam na pamięć i to tak dobrze, że robiłam furorę wśród rodziny kiedy to rzekomo czytałam i przewracałam strony. Po prostu wiedziałam już kiedy to zrobić, w jakim momencie, a bajkę znałam na pamięć. Był też cotygodniowo komiks "Kaczor Donald" i różne inne rozmaite bajki, których nikt nie potrafi przywołać. Spoczęły one w kącie szafy, w garażu, bo przecież książek się nie wyrzuca, a jakoś nie było komu ich przekazać.
Nie chciałam też wspominać tych najbardziej oczywistych, które z dzieciństwem się kojarzą. "Plastusiowy pamiętnik." Lepiłam swojego plastusia. "O psie, który jeździł koleją." Płakałam. "Dzieci z Bullerbyn". "Doktor Dolittle". I tak dalej, i tak dalej... I zaczął się ten Harry Potter, ale nie o Harrym dziś. Posiadanie matki chrzestnej która jest bibliotekarką (i polonistką ogólnie) zaowocowało odwiedzinami w bibliotece innej niż ta szkolna. Można było wypożyczać Victora (gazeta dla dzieci/młodzieży innego pokroju niż "Bravo"), popatrzeć z zaciekawieniem na półkę na której stały Harlequiny i zabrać do domu coś co polecała ta najbardziej ze wszystkim zaznajomiona. I tak kiedyś przyniosłam do domu "Wyspę Mędrców" Marii Buyno-Arctowej i przepadłam.
Dla dzieciaka, który zaczynał się zaczytywać w historiach, które odrywały od nudnej codziennej rzeczywistości to było coś. Była tajemnica i pościgi. Były cudowne, pseudonaukowe komnaty i rzeczy o których nie śniło się filozofom. Bohaterem był Polak, Bohdan Szczuka, który ze względów zdrowotnych musiał przenieść się na Capri. Mieszkał u rodziny sympatycznych Włochów, a zaczynem całej przygody było tajemnicze i niespodziewane zniknięcie małej Gracji Monti, którą Bohdan traktował jak młodszą siostrę.
Do tej pory pamiętam emocje jakie wywoływały we mnie te książki i wspominam je, bo to taka historia, która zostaje z nami na całe życie.
A piszę o tym, bo książki stoją u mnie na półce, posklejane już i poreperowane jak umiałam najlepiej no i niby, że tylko się kurzą. Wydaje mi się jednak, że czasem warto pogrzebać w tym kurzu i wyciągnąć z bibliotecznych czy prywatnych półek, książki które wydają się już być zapomniane i mało atrakcyjne. Wszystko co najlepsze jest przecież w środku.
___________________________________________
Możecie poczytać i udostępniać. Dla mnie to będzie bardzo wiele.
Nie chciałam też wspominać tych najbardziej oczywistych, które z dzieciństwem się kojarzą. "Plastusiowy pamiętnik." Lepiłam swojego plastusia. "O psie, który jeździł koleją." Płakałam. "Dzieci z Bullerbyn". "Doktor Dolittle". I tak dalej, i tak dalej... I zaczął się ten Harry Potter, ale nie o Harrym dziś. Posiadanie matki chrzestnej która jest bibliotekarką (i polonistką ogólnie) zaowocowało odwiedzinami w bibliotece innej niż ta szkolna. Można było wypożyczać Victora (gazeta dla dzieci/młodzieży innego pokroju niż "Bravo"), popatrzeć z zaciekawieniem na półkę na której stały Harlequiny i zabrać do domu coś co polecała ta najbardziej ze wszystkim zaznajomiona. I tak kiedyś przyniosłam do domu "Wyspę Mędrców" Marii Buyno-Arctowej i przepadłam.
Zapewne najsłynniejsza i najbardziej poszukiwana jej powieść to legendarna "Wyspa Mędrców" (1930), którą kilka lat temu w niekompletnej wersji opublikował "Kurier Polski". To obszerne dzieło (edycja ALFY w czterech tomach) jest barwnym obrazem przygód młodego Polaka na Capri. Usiłuje on rozwiązać zagadkę Skał Śmierci, z którymi związana jest niezwykła postać świetlistego nadczłowieka z rybackich legend, i... Zostaje porwany przez świetnie zorganizowaną bandę, na czele której stoi człowiek potrafiący czytać ludzkie myśli.
Dla dzieciaka, który zaczynał się zaczytywać w historiach, które odrywały od nudnej codziennej rzeczywistości to było coś. Była tajemnica i pościgi. Były cudowne, pseudonaukowe komnaty i rzeczy o których nie śniło się filozofom. Bohaterem był Polak, Bohdan Szczuka, który ze względów zdrowotnych musiał przenieść się na Capri. Mieszkał u rodziny sympatycznych Włochów, a zaczynem całej przygody było tajemnicze i niespodziewane zniknięcie małej Gracji Monti, którą Bohdan traktował jak młodszą siostrę.
Do tej pory pamiętam emocje jakie wywoływały we mnie te książki i wspominam je, bo to taka historia, która zostaje z nami na całe życie.
A piszę o tym, bo książki stoją u mnie na półce, posklejane już i poreperowane jak umiałam najlepiej no i niby, że tylko się kurzą. Wydaje mi się jednak, że czasem warto pogrzebać w tym kurzu i wyciągnąć z bibliotecznych czy prywatnych półek, książki które wydają się już być zapomniane i mało atrakcyjne. Wszystko co najlepsze jest przecież w środku.
___________________________________________
Możecie poczytać i udostępniać. Dla mnie to będzie bardzo wiele.
22 sty 2019
"Wrota obelisków" po nocach.
Nie wiem czy to przez nocną pracę czy przez coś innego, ale to już trzecie podejście do tego by napisać kilka sensownych słów o "Wrotach obelisków".
Ponownie przebywamy ze znanymi nam bohaterami. Jest Essun i Alabaster. Znajduje się Lerna i Shaffa. Poznajemy dalsze losy córki głównej bohaterki, Nassun. Trafiamy do podziemnej wspólnoty Castrimy, która składa się ze zwykłych ludzi i górotworów, co jest dość niezwykłe dla Bezruchu. Gra idzie o księżyc i o jego powrót. O tolerancję, o szacunek i o możliwość bycia sobą.
Przyczyną niemożności napisania czegokolwiek obarczam, rzecz jasna, nocną zmianę. Jakby mnie ktoś zapytał to powiem jedynie, że chodzi o księżyc i o to by wrócił na orbitę, dzięki czemu zakończyłby się tzw. piąte pory roku czyli okresy klęsk i nieurodzajów. Jak to jednak bywa jest konflikt w którym uczestniczy kilka stron. Nie potrafię już powiedzieć kto jest za czym i czyjej śmierci kto pragnie. Wydaje mi się też, że nie było tu akcji. Nie, no, oczywiście, że była. Jeśli jednak ktoś będzie chciał przeczytać coś gdzie jedno wydarzenie goni drugie, a bohater jest uganiany jak Langdon po Watykanie to niech sięgnie po te "Anioły i demony".
Chciałam się skupić głównie na tym, że to sposób w jaki książka jest napisana jest czymś co sprawia, że się czyta i robi się to z przyjemnością. Jest to nieuchwytne i w pewnym sensie bardzo osobiste odczucie dzięki któremu dana osoba czuje, że ta właśnie książka się jej podoba i będzie ją czytać dalej bez względu na to co się dzieje (albo i nie dzieje). Można się od niej oderwać i odetchnąć, ale do takich książek wraca się z przyjemnością, a to chyba najlepsze co książka może nam mieć do zaoferowania. "Wrota obelisków" takie właśnie są.
Autorka wdzięcznie popycha bohaterów do przodu, powolutku, i stawia ich przed obliczem kulminacyjnego momentu, który jest równocześnie końcem pewnego okresu w życiu Essun i doskonałym otwarciem dla ostatniej części trylogii. Może się wydawać, że nie wszystko toczyć się będzie dobrze, bo ludzie się zmieniają i to co znajome może być już obce. Jemisin fajnie też pokazuje różnicę między kształceniem się w sposób oficjalny i zaaprobowany, a 'dzikimi', którzy swoje umiejętności szlifowali sami. Jedni i drudzy potrafią wspaniałe rzeczy, ale tylko zjednoczeni mogą sprawiać cuda.
_________________________________
Na nockach przeczytałam tą książkę, nocną zmianę kontynuują również i w tym tygodniu i dziś zaczynam "Kamienne niebo". Umrę.
Ponownie przebywamy ze znanymi nam bohaterami. Jest Essun i Alabaster. Znajduje się Lerna i Shaffa. Poznajemy dalsze losy córki głównej bohaterki, Nassun. Trafiamy do podziemnej wspólnoty Castrimy, która składa się ze zwykłych ludzi i górotworów, co jest dość niezwykłe dla Bezruchu. Gra idzie o księżyc i o jego powrót. O tolerancję, o szacunek i o możliwość bycia sobą.
Przyczyną niemożności napisania czegokolwiek obarczam, rzecz jasna, nocną zmianę. Jakby mnie ktoś zapytał to powiem jedynie, że chodzi o księżyc i o to by wrócił na orbitę, dzięki czemu zakończyłby się tzw. piąte pory roku czyli okresy klęsk i nieurodzajów. Jak to jednak bywa jest konflikt w którym uczestniczy kilka stron. Nie potrafię już powiedzieć kto jest za czym i czyjej śmierci kto pragnie. Wydaje mi się też, że nie było tu akcji. Nie, no, oczywiście, że była. Jeśli jednak ktoś będzie chciał przeczytać coś gdzie jedno wydarzenie goni drugie, a bohater jest uganiany jak Langdon po Watykanie to niech sięgnie po te "Anioły i demony".
Chciałam się skupić głównie na tym, że to sposób w jaki książka jest napisana jest czymś co sprawia, że się czyta i robi się to z przyjemnością. Jest to nieuchwytne i w pewnym sensie bardzo osobiste odczucie dzięki któremu dana osoba czuje, że ta właśnie książka się jej podoba i będzie ją czytać dalej bez względu na to co się dzieje (albo i nie dzieje). Można się od niej oderwać i odetchnąć, ale do takich książek wraca się z przyjemnością, a to chyba najlepsze co książka może nam mieć do zaoferowania. "Wrota obelisków" takie właśnie są.
Autorka wdzięcznie popycha bohaterów do przodu, powolutku, i stawia ich przed obliczem kulminacyjnego momentu, który jest równocześnie końcem pewnego okresu w życiu Essun i doskonałym otwarciem dla ostatniej części trylogii. Może się wydawać, że nie wszystko toczyć się będzie dobrze, bo ludzie się zmieniają i to co znajome może być już obce. Jemisin fajnie też pokazuje różnicę między kształceniem się w sposób oficjalny i zaaprobowany, a 'dzikimi', którzy swoje umiejętności szlifowali sami. Jedni i drudzy potrafią wspaniałe rzeczy, ale tylko zjednoczeni mogą sprawiać cuda.
_________________________________
Na nockach przeczytałam tą książkę, nocną zmianę kontynuują również i w tym tygodniu i dziś zaczynam "Kamienne niebo". Umrę.
6 sty 2019
Dobrze, że są książki, które potrafią jeszcze tak zwyczajnie zaskoczyć i zbić czytelnika z tropu. Tym bardziej kiedy mowa o fantastyce. Bo ileż można czytać o elfach, prawda? Dobrych, złych, walecznych, delikatnych czy czarnych. Półludziach. Znamy już wszelakie odmiany magii, można by wymieniać całą plejadę znanych czarodziejów i tu też rodzajów ich jest tylu co wspominanych przed momentem elfów.
W "Piątej porze roku" wszystko jest takie nowe i interesujące. Autorka zaskakuje, bo okazuje się, że czytając o trzech postaciach tak naprawdę czytamy o jednej i tej samej. Ten sposób narracji jest świetny, bo nagle trzy wydawać by się mogło niezależne wątki łączą się w jeden i zaostrzają nasz apetyt.
Tak, wiem, że się znów zachwycam, ale cóż mogę począć? Pogadam tu sobie, bo gdzieś muszę, a nikt tego nie zrozumie. A długo jeszcze o tej trylogii gadać będę, bo kiedy skończę pisać tą notkę zabiorę się za tom drugi.
Gdzieś ktoś napisał, że krzywił się na wątki homoseksualne w tej historii. Że teraz książka by się podobała to najprawdopodobniej takowy musi mieć. Mi jakoś nie przeszkodził zbytnio. Można nie lubić czytać o dwóch mężczyznach w łóżku, ale tu nie było tu ani zbyt wulgarne, ani zbyt ckliwe. Ot, kolejna scena w szeregu.
Książka zapewniła udane wejście w 2019 rok. W zasadzie nie tylko ona, bo się złamałam na wieść o Biedronkowej promocji. Kupiłam sobie 5 książek: "Bliźnięta z lodu", "Lot nad kukułczym gniazdem" i całą Trylogię zdrajcy. Tak, wiem, że to złe... Wygrałam też darmową dostawę na Taniej książce i kupiłam "Relaks w 90 sekund", która mam nadzieję, że mi się przyda i uchroni od drażliwości i zdenerwowania. Czyli, że nie tylko przyjemności, ale i dbałość o własne zdrowie. Tym sposobem, znów powiększyłam stos hańby, ale cóż począć?
A teraz...
W "Piątej porze roku" wszystko jest takie nowe i interesujące. Autorka zaskakuje, bo okazuje się, że czytając o trzech postaciach tak naprawdę czytamy o jednej i tej samej. Ten sposób narracji jest świetny, bo nagle trzy wydawać by się mogło niezależne wątki łączą się w jeden i zaostrzają nasz apetyt.
Tak, wiem, że się znów zachwycam, ale cóż mogę począć? Pogadam tu sobie, bo gdzieś muszę, a nikt tego nie zrozumie. A długo jeszcze o tej trylogii gadać będę, bo kiedy skończę pisać tą notkę zabiorę się za tom drugi.
Gdzieś ktoś napisał, że krzywił się na wątki homoseksualne w tej historii. Że teraz książka by się podobała to najprawdopodobniej takowy musi mieć. Mi jakoś nie przeszkodził zbytnio. Można nie lubić czytać o dwóch mężczyznach w łóżku, ale tu nie było tu ani zbyt wulgarne, ani zbyt ckliwe. Ot, kolejna scena w szeregu.
Książka zapewniła udane wejście w 2019 rok. W zasadzie nie tylko ona, bo się złamałam na wieść o Biedronkowej promocji. Kupiłam sobie 5 książek: "Bliźnięta z lodu", "Lot nad kukułczym gniazdem" i całą Trylogię zdrajcy. Tak, wiem, że to złe... Wygrałam też darmową dostawę na Taniej książce i kupiłam "Relaks w 90 sekund", która mam nadzieję, że mi się przyda i uchroni od drażliwości i zdenerwowania. Czyli, że nie tylko przyjemności, ale i dbałość o własne zdrowie. Tym sposobem, znów powiększyłam stos hańby, ale cóż począć?
A teraz...
1 sty 2019
Trudno pisać o książkach, które się podobają i w dodatku są jeszcze z działu fantastyki. Bo jak odnieść się do sytuacji w której znajduje się górotwór czyli coś, ktoś dla nas zupełnie nowy, a co za tym idzie bardzo interesujący?
Ogólnie świat który stworzyła pani Jemisin jest nowy. Nazywa się Bezruch. Nie ma tu już elfów, nie ma też brodatych wojowników i magów których znamy. Wszystko nowe. Są górotwory, osoby mogące za pomocą swej wewnętrznej siły kontrolować warstwy ziemi. Są Stróżowie. Cesarzowie. Jest Mądrość Kamieni. Zniewolenie. Eksperymenty. Jest dziwna, co nie znaczy jednak, że zła, forma narracji w której to bohaterką jesteśmy... My. Jakoś tak. To też sprawia, że "Piąta pora roku" to książka dla mnie w jakiś sposób nowatorska. Pierwszą rolę grają tu kobiety, przed którymi zadania stoją trudne.
Bałam się brać za fantastykę, bo chciałam by książka którą już ewentualnie zacznę czytać była dobra. Ta trylogia stała na półce od października, kiedy ją przywieźliśmy z Targów i chęć wzięcia jej w dłonie dojrzewała we mnie stopniowo. Ciągnęło w jej stronę, ale coś mówiło, że nie, bo będzie źle. Ale nie jest. Jest dobrze. Może akcja narazie jakoś nie pędzi z zawrotną prędkością, ale wszystko jest dobrze wyważone i całkiem przyjemnie się to czyta. Są zaskoczenia, momenty wykrzywiania ust i uśmiech. I chęć czytania dalej, a to zdecydowanie najważniejsze.
Ogólnie świat który stworzyła pani Jemisin jest nowy. Nazywa się Bezruch. Nie ma tu już elfów, nie ma też brodatych wojowników i magów których znamy. Wszystko nowe. Są górotwory, osoby mogące za pomocą swej wewnętrznej siły kontrolować warstwy ziemi. Są Stróżowie. Cesarzowie. Jest Mądrość Kamieni. Zniewolenie. Eksperymenty. Jest dziwna, co nie znaczy jednak, że zła, forma narracji w której to bohaterką jesteśmy... My. Jakoś tak. To też sprawia, że "Piąta pora roku" to książka dla mnie w jakiś sposób nowatorska. Pierwszą rolę grają tu kobiety, przed którymi zadania stoją trudne.
Bałam się brać za fantastykę, bo chciałam by książka którą już ewentualnie zacznę czytać była dobra. Ta trylogia stała na półce od października, kiedy ją przywieźliśmy z Targów i chęć wzięcia jej w dłonie dojrzewała we mnie stopniowo. Ciągnęło w jej stronę, ale coś mówiło, że nie, bo będzie źle. Ale nie jest. Jest dobrze. Może akcja narazie jakoś nie pędzi z zawrotną prędkością, ale wszystko jest dobrze wyważone i całkiem przyjemnie się to czyta. Są zaskoczenia, momenty wykrzywiania ust i uśmiech. I chęć czytania dalej, a to zdecydowanie najważniejsze.
"Wiosna, Lato, Jesień, Zima; Śmierć jest piąta, wszystko spina.
przysłowie arktyczne
19 gru 2018
Makabryczna makabryczność.
Najbardziej irytująca książka tego roku jaką miałam okazję przeczytać. Przeczytać na siłę, bo chciałam mieć pewność, że nasi rodzimi autorzy teraz potrafią być właśnie jedynie irytujący, bo przecież nie porywający czy interesujący.
Raz w tym roku już się tak nacięłam. "Larista". A teraz to. "Wigilia Dnia Zmarłych" Filipa Zająca.
Podeszłam do tej książki bardzo otwarcie. Nie spodziewałam się, ani też nie oczekiwałam niczego. Ot, zobaczę co to jest. A "Wigilia Dnia Zmarłych" to historia trójki tajemniczych (?) przyjaciół: Zozyma, Nicole i Berenice. Do tej trójcy dołącza całkiem normalny Oskar. Mężczyzna po rozstaniu z kobietą, który określa siebie jako przeciętniaka.
Od samego początku wszystko tutaj wydaje mi się przerysowane. Wiem, że autor inspirował się twórczością Poego, ale kurczę, z jednej skrajności popadamy w drugą. Język jakim posługują się główni bohaterowie poza Oskarem jest pełen archaizmów i słówek na których widok usta prof. Miodka rozciągają się w uśmiechu. Z drugiej strony autor postaciom drugoplanowym powciskał w usta jakieś wieśniackie teksty, które wprowadzają czytelnika w konsternację i każą myśleć jak, dlaczego i po co? Po drugie ta aura tajemniczości, która chyba miała być mroczna, a dla mnie była zbyt groteskowa by choć trochę zaniepokoić. Bo oto Zozym nagle wskakuje do powozu ciągniętego przez konie i zachowuje się niczym pan świata paląc ciągle te swoje papierosy i prawiąc morały. Za woźnicę znów mamy przykład wiejskiego półgłówka, który wydaje się ślepo oddany panu którego powozi. Gdzieś tam zawsze plącze się Oskar, taki nijaki i słaby. Książka w większości jest nudna. Akcja do czegoś zmierza, ale autor jak dla mnie zmierza do sedna nieudolnie. Czytelnik jest raczony moralnymi rozmyślaniami Zozyma czy uczuciowymi problemami Oskara. Myślę, że Filip Zając zyskałby większy poklask czy grono odbiorców gdyby pisał gdzieś w sieci (a może to robi?), a nie kondensował swoje poglądy czy wyobrażenia w książce w której to właśnie może czytelnika najbardziej zniechęcić. Bo jeśli pomysł na tą opowieść można kupić, bo tu potencjał był, tak bohaterów (przemądrzały Zozym, irytująca i krzykliwa Nicole oraz przesłodcy i spijający sobie z dzióbków Oskar i Berenice) już nie. Żadnego z nich nie polubiłam, ani trochę. Wydaje mi się, że to pod tym kątem opowieść najbardziej traci, bo sam koniec, to co się działo w finale mogło zainteresować i ładnie zwieńczyć całość. Ale reszta? Nie.
PS. Chciałam tu napisać, że "Zmierzch" był lepszy. Choć trochę.
PS2. Tak, ilustracje są ciekawe.
PS3. Któż to jest Filip Zając? Na stronie wydawnictwa, która wydała jego książkę informacji nie ma.
Raz w tym roku już się tak nacięłam. "Larista". A teraz to. "Wigilia Dnia Zmarłych" Filipa Zająca.
Podeszłam do tej książki bardzo otwarcie. Nie spodziewałam się, ani też nie oczekiwałam niczego. Ot, zobaczę co to jest. A "Wigilia Dnia Zmarłych" to historia trójki tajemniczych (?) przyjaciół: Zozyma, Nicole i Berenice. Do tej trójcy dołącza całkiem normalny Oskar. Mężczyzna po rozstaniu z kobietą, który określa siebie jako przeciętniaka.
Od samego początku wszystko tutaj wydaje mi się przerysowane. Wiem, że autor inspirował się twórczością Poego, ale kurczę, z jednej skrajności popadamy w drugą. Język jakim posługują się główni bohaterowie poza Oskarem jest pełen archaizmów i słówek na których widok usta prof. Miodka rozciągają się w uśmiechu. Z drugiej strony autor postaciom drugoplanowym powciskał w usta jakieś wieśniackie teksty, które wprowadzają czytelnika w konsternację i każą myśleć jak, dlaczego i po co? Po drugie ta aura tajemniczości, która chyba miała być mroczna, a dla mnie była zbyt groteskowa by choć trochę zaniepokoić. Bo oto Zozym nagle wskakuje do powozu ciągniętego przez konie i zachowuje się niczym pan świata paląc ciągle te swoje papierosy i prawiąc morały. Za woźnicę znów mamy przykład wiejskiego półgłówka, który wydaje się ślepo oddany panu którego powozi. Gdzieś tam zawsze plącze się Oskar, taki nijaki i słaby. Książka w większości jest nudna. Akcja do czegoś zmierza, ale autor jak dla mnie zmierza do sedna nieudolnie. Czytelnik jest raczony moralnymi rozmyślaniami Zozyma czy uczuciowymi problemami Oskara. Myślę, że Filip Zając zyskałby większy poklask czy grono odbiorców gdyby pisał gdzieś w sieci (a może to robi?), a nie kondensował swoje poglądy czy wyobrażenia w książce w której to właśnie może czytelnika najbardziej zniechęcić. Bo jeśli pomysł na tą opowieść można kupić, bo tu potencjał był, tak bohaterów (przemądrzały Zozym, irytująca i krzykliwa Nicole oraz przesłodcy i spijający sobie z dzióbków Oskar i Berenice) już nie. Żadnego z nich nie polubiłam, ani trochę. Wydaje mi się, że to pod tym kątem opowieść najbardziej traci, bo sam koniec, to co się działo w finale mogło zainteresować i ładnie zwieńczyć całość. Ale reszta? Nie.
PS. Chciałam tu napisać, że "Zmierzch" był lepszy. Choć trochę.
PS2. Tak, ilustracje są ciekawe.
PS3. Któż to jest Filip Zając? Na stronie wydawnictwa, która wydała jego książkę informacji nie ma.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





