23 sie 2019

Roczek.


Człowiek czasem nie ma świadomości jak szybko i niepostrzeżenie mijają kolejne dni. Tak samo jest ze mną. Ani się obejrzałam, a minął rok. Blog skończył rok. Rok!

Proszę wybaczyć, ale nie spodziewajcie się tu teraz konkursów, rozdawajek czy innych tego typu pierdół.

Nie jestem zadowolona. Nie udało mi się stworzyć tutaj tego co stworzyć chciałam. Nie wiem, to zapewne z braku czasu, z braku samozaparcia czy nieudolnego charakteru. W końcu to, że uważam iż nie mam czegoś co innym pozwala odnieść tak zwany sukces nie jest niczym, tym bardziej usprawiedliwieniem.

Mimo to miło mi, że ktoś tu zagląda i komentuje. Dziękuję.

W gruncie rzeczy może to i lepiej. Na ogół wkurzam się kiedy widzę relacje na insta z rozpakowywania tych wszystkich paczek z książkami, kiedy widzę zdjęcia książki na których ważne są rekwizyty i Popy, a nie sama książka. Wkurzam się, bo sama pewnie też bym chciała, ale wiem, że w gruncie rzeczy później wkurzłabym się jeszcze bardziej, więc dajmy sobie z tym spokój.

Może po prostu napiszcie co tam czytacie i będzie fajnie.

22 sie 2019

Bo ja nie czekam na "Instytut".


Ten człowiek mnie przeraża. Już dawno przestałam za nim nadążać. Już nawet nie wiem co mnie ominęło. Małż mi kupił dziś "Śpiące królewny" za oszałamiające 14,99, a ja zaczęłam się zastanawiać czy nie spisać sobie listy książek, które King napisał, albo które współtworzył, by choć trochę się orientować.

A "Instytut" już we wrześniu.

15 sie 2019

To i owo 4.

Taki dziś bonusowy dzień wolny, który wykorzystujemy każde według własnych upodobań. Ja czytam, Luby produkuje nalewkę z aronii.

Nadrabiam znajome blogi i szukam sobie nowych do czytania, chociaż trudno o takie, które naprawdę przyciągnęłyby moją uwagę. W gruncie rzeczy trudno też trafić na takie skoro postrzega się je przez książki, które autor czy autorka czyta i opisuje. Nie ten gatunek - nie moja bajka. Zdarzyło mi się jednak podzielić kilka opinii (np. o "Złotej klatce"), a i znalazłam sobie już książkę którą chciałabym przeczytać jesienią, kiedy to na dworze będzie szaro, buro i ponuro. Córka Księgarza napisała kilka słów o "Jej wisienkach". Kiedy czytałam o "Jego bananie" opinie w dużej mierze były negatywne, albo po prostu najczęściej na takie trafiałam. Z Wisienkami było lepiej, a słowa, że "Nie pozostawi w Was żadnych wzniosłych uczuć, ale wystarczająco rozerwie i rozluźni. Poprawi humor i odejdzie w zapomnienie, jak wiele podobnych pozycji." przechyliły szalę. Całkiem to fajne i szczere, bo przynajmniej nie czytam, że to kolejna książka roku i szturmem zdobędzie serca czytelniczek. Bardzo chętnie, więc ją przeczytam, tym bardziej kiedy jesienna chandra będzie dobijać się do mózgu.

Stałym czytelnikom wiadomo, że wzbraniam się przed kupowaniem nowych książek, ale czasami mam chwilę słabości i coś tam sobie kupię. Najgorszym z tego wszystkiego jest stanie pośrodku Empiku i wybór jednego egzemplarza. Jednego. To by się chciało i tamto... Mniej czy bardziej popularne książki, niektóre tylko po to by dowiedzieć się by są naprawdę tak złe, albo naprawdę tak dobre... Wybrałam "Umrzesz, kiedy umrzesz", bo chciałabym sobie poczytać jakieś przygodowe fantasy, a z opisu wynika, że to właśnie dostanę. No zobaczymy. Ponieważ wzięcie do ręki i przeczytanie nowej książki na półce zajmuje mi średnio kilka miesięcy to pozycja od Angusa Watsona sobie poczeka na opinię, a jej echo w internecie przebrzmi.

A dzisiaj był już kocyk. W domu tak jakoś chłodno.


8 sie 2019

Team Edward czy team Jacob?

Kiedy już sięgam po jakąś książkę dla młodzieży to musi być o niej dość głośno. Przeczytałam niedawno trylogię opisującą historię Ruby i Jamesa. Przeczytałam kiedyś "Laristę", którą do tej pory wspominam źle i zawsze będę wspominała źle. Tak źle, że już nie pamiętam o czym tak naprawdę była, ale pamiętam, że była zła. Przeczytałam "Samotną gwiazdę", którą wspominam miło. Przeczytałam pewnie jeszcze kilkanaście innych mniej czy bardziej absorbujących, o których też już nie pamiętam.

Od kilku dni się jednak odmładzam.

O sadze "Zmierzchu" kiedyś też było głośno. Zaczęłam ją sobie przypominać za sprawą audiobooka, który czyta Anna Dereszowska. Jak każda szanująca się młoda dziewczyna te naście lat do tyłu też zachwycałam się historią niemożliwej miłości między wampirem Edwardem, a Bellą, zwyczajną śmiertelną dziewczyną, która zawitała do ponurego i wiecznie wilgotnego Forks.

Po tych latach muszę stwierdzić, że książki przetrwały próbę czasu i nadal wydaje mi się, że to najlepiej napisana historia dla nastoletniego czytelnika na jaką miałam okazję trafić. Jest odskocznia od rzeczywistości. Jest niesamowita historia miłosna. Jest trochę problemów na linii rodzic - nastolatek. Jest ogólnie sporo problemów do rozwiązania i dobre zakończenia. Dialogi są rozbudowane. Nie są to zwykłe, topornie proste zdania, które sprawiają wrażenie, że książkę napisało kilkuletnie dziecko. Oczywiście nie są to też zdania, które trafią do kanonu literatury, nie. Jest w nich jednak czasem jakiś sens i coś więcej. Są nawet opisy tego co dzieje się z bohaterami, ich mimiką, są wspominane ich odczucia. Teraz zdarza się, że książka składa się z dialogów, opisy uczuć bohaterów są skromne, a o tle dla wydarzeń często się zapomina, albo też zapodaje się bardzo okrojoną ich wersję. Nie chcę tu pisać o tym, że książka jest wspaniała, że nie ma żadnych wad i wszystko inne to gniot. Wielu innym pozycjom jednak sporo brakuje. Pewnie wielu lepszych też nie przeczytałam, ale cóż, to subiektywne odczucia co do literatury.

Po latach w zasadzie też zmieniłam podejście do bohaterów. Może i nie wzdychałam do Edka, ale wiadomo było, że to on musi być z Bellą, że to oni są sobie przeznaczeni i takie tam brednie. W gruncie rzeczy kiedy tak sobie słucham teraz audiobooka zaczęłam się zastanawiać co by było gdyby Bella wybrała Jacoba? Tak, wiem, zapewne nie mam nic lepszego do roboty jeśli zastanawiam się nad kwestią wyborów nieistniejących ludzi czy też stworzeń. Ale dlaczego nie? Może to byłoby lepsze? W gruncie rzeczy teraz jestem w tzw. 'team Jacob'. Jacob ciepły, mięciutki, ludzki. La Push też wydaje mi się lepszym wyborem niż sterylna willa w środku lasu. Lubię ciepło, lubię śmiech i siłę życiową u ludzi. Wąpierz choć z każdej strony idealny tą idealnością zaczął mnie razić i drażnić. Osobiście nie mogłabym żyć z kimś tak perfekcyjnym i do bólu idealnym. Lubię kiedy drugi człowiek ma wady, bo wiem, że mogę sobie pozwolić na swobodę i nie muszę się zastanawiać nad każdym krokiem. Obie strony są sobie w stanie wybaczyć i czuć się dobrze w swoim towarzystwie bez względu na mniejsze czy większe potknięcia.

Meyer rozwiązała miłosny trójkąt w sposób który sprawił, że wszyscy byli szczęśliwi i stali się jedną wielką, kochającą się rodziną.

A gdyby tak Bella wybrała Jacoba?

4 sie 2019

"Malowany człowiek", Peter V. Brett.

Jak zwykle w takich chwilach trudno coś napisać o dobrej książce. Bo czego tu się czepiać? Doszukiwać się dziury w całym, tak po prostu ze zwykłego uporu? No nie. Nie wypada.

"Malowany człowiek" to fantasy, które bardzo lubię. Jest bohater, taki najbardziej główny z głównych. Doświadczony przez los, trochę pomijany, ale odważny, dążący do swojego celu młodzian. Peter V. Brett na tę rolę wyznaczył Arlena. Chłopiec wiodący do pewnego momentu spokojne życie zostaje świadkiem tchórzostwa ojca i śmierci matki. Jest za to odpowiedzialny pierwiastek fantasy, który sprawia, że zwyczajna historia staje się czymś więcej. W świecie Arlena czas po zapadnięciu zmroku staje się najbardziej niebezpieczną porą doby, bo wraz z ciemnością do świata ludzi wkraczają Otchłańce. Bestie z zaświatów przed którymi ochronić mogą jedynie runy. Runy wyrysowane czy wyryte na ścianach chat, na palach, na murach.

Jak można się domyślać nasz bohater ma ambicję i chce od życia czegoś więcej niż tylko conocnego chowania się za murami własnej zagrody. Chce walczyć z Otchłańcami, chce być wolny. Poznaje Ragena, który wiedzie trudne i pełne przygód życie Posłańca. W wyniku zbiegów nieszczególnie szczęśliwych okoliczności zabiera on ze sobą Arlena, a dla chłopca, który objawia szczególny talent co do runów rozpoczyna się wspaniała przygoda.
By nie było zbyt nudno pojawiają się też wątki poboczne. Obserwujemy życie Leeshy, poniewieranej przez matkę dziewczyny, która staje się szanowaną wioskową zielarką i wyrusza w świat by poznawać więcej tajemnic ziół i wywarów. Jest też Rojer, który terminuje u jednego z niezbyt popularnych Minstreli.

O książce dobrze świadczy to, że bardzo chętnie do niej wracałam. Odłożona, sama kazała po siebie sięgać w chwili wolnej. Nie pozwalała się pokryć kurzem i nie znosiła pomrukiwania, że później i nie teraz. Może i nie przeczytałam jej w jakimś rekordowo krótkim czasie, ale sprawiła mi wiele przyjemności. Napisana zgrabnie i bez przynudzania historia budzi ciekawość w czytelniku. Bohaterowie wzbudzają sympatię i dość łatwo dają się polubić.

Jednym co mnie zraziło to sposób wydania książki. Owszem dwa tomy, których grzbiety stojąc obok siebie tworzą jedną ilustrację, to ciekawy pomysł, ale dla mnie to naciąganie kupującego. Gdyby trochę zmniejszyć marginesy oraz czcionkę i ograniczyć ilość obrazków być może historię tak jak w oryginale dałoby się wydać w jednym tomie. Komu by to szkodziło? Czepiają się nas, czytelników o piracenie książek. Czasem jednak czuję się wręcz do tego zmuszona, bo trudno mi w budżecie zapisać wydatek na książkę za którą muszę nijako zapłacić podwójnie.