Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty

2 lis 2019

"To", S. King.

Dawno temu spotkałam się z krótką, bardzo ogólną opinią o tej książce. Ot, ktoś chyba miał pewne wyobrażenie i nie zweryfikował go myśląc, że we wszystkich bajkach grupka dzieciaków pokonuje zło, które na nie dybie. Odbywa się to szybko, łatwo i przyjemnie.

W gruncie rzeczy "To" można określić jednym przymiotnikiem. "To" jest trudne. Trudne do czytania, trudne do zabierania ze sobą, trudne do trzymania w dłoniach. Trudne do ogarnięcia. Trudne do zrozumienia.

Historyjka niby prosta. Dzieci - strach - zło - walka - zwycięstwo. W naprawdę wielkim skrócie.

Jak to u Kinga bywa bohaterowie są odmalowani bardzo realistycznie, całe Derry, czyli miejsce występowania "Tego" również. (Sonia Kaspbrak jak dla mnie została najbardziej wyrazistą bohaterką, choć nie gra w tej historii pierwszych, drugich czy nawet trzecich skrzypiec. Jej solowy występ w szpitalu na długo zapada w pamięć (choć w tym przypadku to niewątpliwie zasługa lektora)). Bardzo to u niego lubię, bo dowiaduję się wielu rzeczy z życia przeciętnego Amerykanina żyjącego w roku 1958. Strona obyczajowa powieści jest jak zwykle dopracowana na najwyższym poziomie. W pewnym sensie momentami przebija to nawet warstwę fabularną, trochę ją podreperowuje.

Bo książka podobała mi się, owszem, ale do czasu. Jak pisałam wcześniej akcja w pewnym momencie przestała mi się zazębiać. Na początku wszystko fajnie się zgrywało, pasowało, a później, nie wiem nawet kiedy, chyba wtedy kiedy stery przejmują dorosłe wersje naszych bohaterów czegoś zaczyna brakować. (Nie pojmowałam też w czym miałby pomóc seks smarkaczy.) Powiedzmy że ta część książki, która opowiada o życiu Frajerów za młodu wciągnęła i przeraziła mnie bardziej niż reszta.

Wiele matek dostałoby pewnie palpitacji serca na wieść co w czasie wolnym porabiają ich pociechy. A pociechy z Derry miały dość interesujące zajęcia. Budowali tamę. Uciekali przed starszymi, agresywnymi chłopakami. Budowali lepianki, w których później odbywały się spotkania Frajerów i wdychali w nich dym. Mierzyli się z tym o czym dorośli nie mieli pojęcia. Z wilkołakami, wielkimi ptaszyskami, mumiami i trędowatymi. Wszystko to było jednym, było to Tym, które terroryzowało miasteczko od niepamiętnych czasów. To żywiło się i strachem i krwią i ciałem. Mieszkało w kanałach i przybierało różne formy, najczęściej klowna, który rozdawał baloniki. Maczało to palce we wszystkich krwawych masakrach jakie miały miejsce w Derry, a biorąc pod uwagę wielkość i ilość mieszkańców miasteczka było tego stosunkowo bardzo dużo.

Bill Denbrough traci brata. Kilkuletni George wychodzi na dwór z papierowym statkiem, który zrobił mu rozłożony chorobą brat. Kiedy śledzi płynący stateczek napotyka się u wylotu kanału na klowna. To z najgorszych spotkań z klownem George'a kończy się oderwanym ramieniem i śmiercią dziecka.

Dorosły Bill wraz z przyjaciółmi wraca do Derry by ostatecznie pokonać To i przerwać ciągnącą się od wielu lat makabrę.


Ta książka jest okropnie długa. Jest jednak wspaniale napisana czego Kingowi nigdy nie można było odmówić. Jak jednak bywa w moich relacjach z tym autorem koniec książki wydaje mi się zbyt krótki, zbyt nijaki, potraktowany można by powiedzieć po macoszemu, bo jakoś to trzeba było skończyć. Nie wiem jednak co można by dać w zamian. Pozostaje zwyczajowy niedosyt, który chyba jest jednak spowodowany moim niezrozumieniem niż brakami u autora.

Choć mam papierową wersję, książkę przesłuchałam w wersji audio. Lektor jak wspominałam robił to niesamowicie. Książkę czytał Leszek Filipowicz i choć nie przesłuchałam zbyt wielu jeszcze audiobooków ten lektor zalicza się do tych, których będę bardzo lubiła (choćby za interpretację też już wspominanej Sonii Kaspbrak). Gdyby nie to, że można było jej wysłuchać nie poznałabym nigdy tej historii, bo sam widok tej książki budził we mnie przerażenie i wewnętrzny opór, bo 'jednak jest za gruba, daj spokój'. Było to ponad 54 godziny słuchania tekstu, nie jestem w stanie powiedzieć jak długo czytałabym książkę sama.


Został jeszcze "Bastion". Też podobny gabarytowo.

17 paź 2019

"Za Frajerów."

Nie wiem na co się zdecydować.

Jestem już w połowie książki.

 czy

Jestem dopiero w połowie książki*.



Nie wiem też nawet co napisać. Kinga trzeba nazywać 'królem', bo sobie na to zasługuje. Może i nie każdą książką zachwyca, ale "To" jest jak do tej pory świetne. Tak - dłuży się. Z drugiej jednak strony tą dłużyznę bardzo przyjemnie się poznaje. Ktoś chce wiedzieć jak traktowano czarnych mieszkańców Ameryki kilkadziesiąt lat wstecz? Niech tam zajrzy. Ktoś chce wiedzieć jak wyglądało życie w miasteczkach? Niech tam zajrzy. Ktoś chce się przekonać, że dzieci pomimo tego, że bawiły się całymi dniami same i bez telefonów komórkowych, jakoś przeżywały, miały się dobrze i dorastały też niech tam zerknie. Ktoś chce sobie przypomnieć jak to było: bez internetu, z kilkoma kanałami w telewizji? Zachęcam.

Nie wiem dlaczego ta historia budzi we mnie taki sentyment. To nie moje czasy. Nie ten kraj, nie ten kontynent. Może to ta uniwersalność?


________________________________
* Ta pozycja ma ponad 1000 stron i naprawdę nie wiem co wybrać. Co prawda słucham jej, ale mam też książkę i sprawdzam codziennie swoje postępy w... Słuchaniu. Czytaniu.

20 wrz 2019

Dzisiaj śpimy w Instytucie.

Czasem sama siebie nie rozumiem. Siebie i oceniania książek na Lubimy czytać. No daje się te gwiazdki. Jednej książce mniej, drugiej więcej. Stało się tak, że w ostatnim czasie przeczytałam na czytniku powieść, powiedzmy obyczajową pt. "Dzisiaj śpisz ze mną" Anny Szczypczyńskiej i wysłuchałam audiobooka autora, którego nikomu nie trzeba przedstawiać - Stephena Kinga. Słuchałam "Instytutu".

Szczypczyńskiej dałam 6 gwiazdek, Kingowi 7.

Irytuje mnie to, bo książki od siebie dzieli kilka lat świetlnych. Ta pierwsza opowiada o Ninie, kobiecie po trzydziestce, która co zaskakujące jest szczęśliwa. Naprawdę. Ma fajnego męża, ma dwie córeczki, które są z gatunku tych co to papka zawsze w buźce, a jeśli jakaś plama z niej powstanie to się spierze. Są słodkie. Nina pracuje w redakcji portalu, gdzie konkretniej zajmuje się działem zdrowego stylu życia.

Tymczasem w "Instytucie" sytuacja taka różowa nie jest. Instytut jest miejscem gdzie gromadzi się dzieci, które są uzdolnione pod względem telepatycznym lub telekinetycznym. Dzieci te zazwyczaj są wykradane swoim rodzicom. Rodzice, by nie robić szumu, są skutecznie eliminowani. Dzieci poddaje się eksperymentom i badaniom, które mają za zadanie wzmocnić ich umiejętności, po to by mogły je wykorzystać do szczególnego celu.

Pani Nina ma problem. Bo brakuje jej rąk do pracy. Koleżanka na L4, a szef wymaga wyników. Znajduje sobie pomoc w praktykancie, nijakim Janie Ogińskim. Akcja czasu bieżącego przeplatana jest wspomnieniami bohaterki o jej miłości z młodości.

Dzieci w Instytucie też mają problem. O wiele bardziej poważny. Kiedy już zostaną przebadane wzdłuż i wszerz zsyła się je do tzw. "tylnej połowy". Tam czeka je jedynie coraz większy ból głowy, apatia, aż wreszcie miejsce nazywane potocznie "warzywniakiem".

Zakończenie historii o Ninie było... Normalne. Żadnych ekscesów. Sprawa romansu została elegancko zamieciona, mąż został doceniony, a życie znów stało się piękne. Stanie się piękne. Na pewno.

Zakończenie książki Kinga było wybuchowe. Jak to bywa było niejednoznaczne. Ostrożnie otwarte.

I tak się zastanawiam dlaczego akurat wyszło tak, że te dwie książki są obok siebie, a ich oceny są tak zbliżone choć historie całkiem inne, o innym sposobie skomplikowania, o innym targecie i innym poziomie.

Trzeba jednak przyznać, że książka pani Szczypczyńskiej jest bardzo plastyczna. Problemu nie sprawia wyobrażenie sobie Niny, która wchodzi do biurowca, a na ubraniu odkrywa plamę z papki, którą wciskała córce. Brzmi to dość swojsko i znajomo (no, nie mi). "Instytut" też tu nie sprawia tego typu problemów. Łatwo można sobie wyobrazić budynek gdzieś w zapomnianym przez ludzi skrawku Maine.

Nina jest mądra. Nie wydaje się idiotką. Luke, główny bohater książki króla horrorów, jest jednak mądrzejszy, mimo że to dzieciak.

Każda z tych książek jest dobra. Ale kiedy widzę je obok siebie nie mogę zdzierżyć tego, że jedna ma 6 gwiazdek, a druga 7. Tylko albo aż. Aż albo tylko.

"Dzisiaj śpisz ze mną" jest ciekawe jeśli chcemy sobie zaserwować ucieczkę od jesieni, która uderzyła nagle i sprawiła, że kasztany rozłupują nam czaszki, a liście nie szeleszczą choćby nie wiem jaki szelest miały zapisany w kontrakcie.
"Instytut" to zupełnie inna liga. Może niezbyt straszna, ale doskonale niepokojąca. Napisana w taki sposób, który każde się zastanawiać czy to aby na pewno w stu procentach literacka fikcja.

King jest lepszy. O wiele, wiele lepszy niż to sugeruje jedna marna gwiazdka.