To już przestało być śmieszne.
Sprawa jest poważna i jeśli przy następnej książce (choć czytam "Red, White & Royal Blue" więc wątpię) znów stanie się to co się działo do tej pory zacznę zastanawiać się nad przeznaczeniem.
Zaczęło się od osławionej tutaj "Księgarenki w Big Stone Gap". Księgarnia, antykwariat, fajny i miły dla serca temat. Taki chwilowy impuls do marzycielskich rozważań. Bo gdyby tak wszystko rzucić i założyć swój własny antykwariat... Piękne, prawda?
Marzenia.
Później była "Siostra Cienia". Tak, przeczytałam trzeci tom serii o Siedmiu Siostrach i jak do tej pory z tą siostrą poczułam najsilniejszą więź. Star była spokojna, wycofana, nie chciała od życia wiele. Podążała biernie za CeCe, aż w końcu dojrzała do obrania własnej drogi. Wskazówki Pa Salta skierowały ją do antykwariatu (tak!) i tam za sprawą jego właściciela Orlando i jego brata Mouse'a odkrywa historię swoich przodków. Przyjemnie czytało się o Anglii pod panowaniem Edwarda VII. Bardzo podobał mi się wątek między Star a Mousem, niby nic wielkiego się nie działo, nie było bum i zakochiwania się nagle, na zabój, ale osobiście uważam, że takie opisanie początkujących uczuć jest najbardziej urokliwe.
I znów ten antykwariat. W tym przypadku pewnie jest to wina podświadomości. Czytałam o czym mniej więcej będzie "Siostra Cienia" kiedy ją nabyłam i być może sama sobie wszystko zaszczepiłam.
Później były trzy audiobooki i nie było tam nic ani o księgarniach ani o składnicach tanich książek.
A teraz słucham "Zmysłowego anioła stróża" (tak, sama się sobie dziwię) i co? Hah! Bohaterka pracuje w kawiarni z książkami! I w klubie gdzie panie tańczą na rurze.
Nie spodziewałam się tego ani trochę. Widząc okładkę i tytuł, pomyślałam, że może i przyda mi się trochę odmiany, posłucham czegoś innego, może się pośmieję. Szału jak do tej pory nie ma (w przeciwieństwie do "Dnia rozrachunku" John'a Grisham'a, co to była za książka! Muszę o niej napisać więcej), ale ten książkowo-antykwariatowy trop się ciągnie.
Mogłabym pomyśleć - oto moje przeznaczenie! Książki, sprzedaż, a nie oklejanie desek okleiną naturalną czy pilnowanie wymiarów elementów wypadających z tokarki. Ta sprzedaż to raczej słabo, bo w którymś z poprzednich miejsc pracy związanych bezpośrednio ze sprzedażą właśnie, szefowa twierdziła, że za mało się uśmiecham. Teoria głosi, że to raczej mała przeszkoda, ale takie uwagi się pamięta. Należałoby też rozpatrzyć jak i za co zgromadzić towar, znaleźć jakieś miejsce, rozreklamować interes i trzymać kciuki.
Swoją drogą zawsze kiedy sobie rozmawiamy o tym co przyniesie przyszłość ja sobie żartuje i rozwijam moją świetlaną wizję tego jak zostaję królową garaży. Kupuję garaż, taki jak to w mieście, garaż wynajmuję, odkładam pieniądze z wynajmu, trochę dokładam i kupuję kolejny garaż i tak zarabiam ciężkie miliony. Małż poszedł dalej no i kiedy już WYGRAMY W TOTOLOTKA to on wykupuje kawałek terenu i buduje tam magazyny takie jak w "Wojnach magazynowych", pod wynajem (bo moje garaże takie malutkie), a ja wtedy kupuję kamienicę, na parterze przerabiam pomieszczenie pod antykwariat i zapewniam sobie zajęcie do końca życia (oczywiście najemcy z mieszkań, które udostępniam sponsorują mi czynsz i dokładają do interesu, który zapewne ciągle byłby pod kreską). Ewentualnie moje garaże mnie utrzymują.
Jakbym grała w Monopol.
Tak, ale te księgarnie i antykwariaty mnie ostatnio prześladują.
Wierzyć w to przeznaczenie czy nie?
__________________________________
Znacie jakieś fajne miejsca w Toruniu? Mniej czy bardziej książkowe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajowka. Pokaż wszystkie posty
4 lip 2020
28 lut 2020
"Współlokatorzy", B. O'Leary.
Kiedy zaczynałam słuchać tej książki nic o tym nie napisałam, bo byłoby mi trudniej odnaleźć się w sytuacji bohaterów niż zostać latarnikiem. Naprawdę, pomysł autorki wydaje mi się bardzo dziwny, dziwniejszy niż ta samotność na Janus Rock.
Tiffy i Leon dzielą jedno łóżko. Nie są parą, nigdy się nie widzieli. Wynajmują razem mieszkanie i dzielą jedno, jedyne w nim łóżko. Ona potrzebowała jak najtańszego lokum, on potrzebował pieniędzy. On pracuje na nocki, ona za dnia. Kiedy on odsypia, ona jest w pracy. On weekendy spędza u dziewczyny. Ona w weekendy mieszkanie ma dla siebie. Ona musi uciec od byłego chłopaka, on musi wyciągnąć z więzienia brata.
Ta książka kojarzy mi się najbardziej z jakąś współczesną wersją powieści klasycznej. Wydaje mi się, że większość książek, które ostatnimi czasy czytałam jest dość jednowątkowe. Powiedzmy, że jest jeden główny wątek i te wspomagające, takie które niby nie tak ściśle się wiążą, ale dążą do konkretnego punktu kulminacyjnego. W starych książkach tych wątków było dość sporo. W zależności od tego czy wspomnimy o "Annie Kareninie", "Lalce" czy "Chłopach" pomyślimy, że tam faktycznie się działo. Tu, przy "Współlokatorach" sytuacja jest podobna.
Ta okładka przewijała mi się tu i ówdzie, wydawało mi się więc, że to będzie taka lekka i śmieszna historyjka o dwójce ludzi, którzy pewnie w jakiś abstrakcyjny ale zabawny sposób w końcu się spotkają, z miejsca się w sobie zakochają i będą żyli długo i szczęśliwie.
Jak się okazało książka dostarczyła o wiele więcej... Yyy... Czegoś. Bo nie mogę też napisać bym się śmiała. Bym rozpaczała. Czy gryzła z niecierpliwości paznokcie.
Problem polegał na tym, że nie mogłam polubić się z bohaterami. Nie byli ani odpychający, ani jacyś dziwaczni przez co nie mogłabym ich zrozumieć. Nie mogłam nawiązać tej nici sympatii, którą czasem dość łatwo daje się zadzierzgnąć.
Drażnił mnie też sposób narracji w rozdziałach poświęconych Leonowi. Może w książce by się to lepiej czytało, ale kiedy słuchałam tekstu zbyteczny był dla mnie ten podział na role jak w jakimś dramacie. Tym bardziej, że audiobooka czytały dwie osoby.
Nie mogę napisać, że książka była do niczego. Było wiele wątków, były dopracowane. Bohaterowie byli różnorodni i mierzyli się ze swymi problemami. Żadnego z nich jednak nie polubiłam i to największy minus jaki można dać tej pozycji.
23 lut 2020
"Światło między oceanami", M.L. Stedman.
Jak wspominałam wcześniej był sobie latarnik, Tom Sherbourne. Mężczyzna ten poszukiwał spokoju po czasach wojny. Wydawać by się mogło, że go znalazł, został latarnikiem. Znalazł też żonę, która zamieszkała z nim na wyspie. Ponieważ jednak nie mogło być tak pięknie los wystawił małżeństwo na ciężkie próby. Isabel dwa razy poroniła, a raz urodziła martwe dziecko. Kładzie się to cieniem na ich związku, a kobieta pomimo wysiłków Toma popada w depresję. Kiedy sytuacja wydaje się być beznadziejna do wyspy przybija łódka w której znajdują się zwłoki mężczyzny i malutka, żywa dziewczynka, którą natychmiast zajmuje się Isabele.
Im dalej w tą książkę tym trudniej polubić czy przywiązać się do bohaterów. Bo na początku jest okej. Cieszymy się, że znaleźli siebie nawzajem. Patrzymy jak wspólnie zajmują się wyspą, jak Tom odzyskuje spokój. Współczujemy Isabele każdej straty. A później już nie wiem co począć. Tom dla szczęścia swej żony gotów jest zrobić wszystko, a ona w końcu szczęśliwa przymyka oczy na ewentualne nieszczęście krewnych dziewczynki. Dziewczynki, która zostaje na wyspie, a Tom i Isabel podejmują się jej wychowania. Problemy zaczynają się kiedy po dłuższym czasie schodzą na ląd i okazuje się, że ich mała dziewczynka ma matkę, która praktycznie oszalała z powodu straty męża i córki.
Później jest już coraz trudniej.
Nie potrafię powiedzieć czy jestem po którejkolwiek ze stron (no dobra jestem, ale wychodzę na okrutnika). Czy w ogóle jestem po stronie bohaterów. Owszem, potrafię sobie wyobrazić to, że mężczyzna chce dla swej żony najlepszego i przystaje na to by zatrzymała ona niemowlę. Potrafię sobie też wyobrazić matkę, która trzy razy straciła dziecko i zrobi wszystko by móc w końcu zostać matką w pełni. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić, że idą w zaparte, że ciągną to wszystko mimo iż później poznają prawdę o pochodzeniu dziewczynki.
Nie będę pisała które z nich, Tom czy Isabel łamie się pierwsze i do czego to dalej prowadzi.
Zachęcam jednak do przeczytania tej książki, bo ta historia nie jest prosta i każde z was odbierze ją inaczej w zależności od tego przez co sam przeszedł w życiu i jakie ma poglądy.
Jest to książka którą w ramach czytelniczych wskazań miałam przeczytać w lutym. Ponieważ zawsze najpierw książka, a później film to dopiero dziś po południu sobie obejrzę wyobrażenia filmowców na temat historii stworzonej przez Stedman.
Swoją drogą w maju mam przeczytać książkę proponowaną dla dzieci ewentualnie takich średniaków. Ponieważ kompletnie nie orientuję się w temacie może coś podpowiecie? I wiecie, wolałabym jednak coś dla starszaków.
Ps. Ktoś się wybiera na Targi Książki w Poznaniu albo na wymianę książkową Lubimy czytać?
Im dalej w tą książkę tym trudniej polubić czy przywiązać się do bohaterów. Bo na początku jest okej. Cieszymy się, że znaleźli siebie nawzajem. Patrzymy jak wspólnie zajmują się wyspą, jak Tom odzyskuje spokój. Współczujemy Isabele każdej straty. A później już nie wiem co począć. Tom dla szczęścia swej żony gotów jest zrobić wszystko, a ona w końcu szczęśliwa przymyka oczy na ewentualne nieszczęście krewnych dziewczynki. Dziewczynki, która zostaje na wyspie, a Tom i Isabel podejmują się jej wychowania. Problemy zaczynają się kiedy po dłuższym czasie schodzą na ląd i okazuje się, że ich mała dziewczynka ma matkę, która praktycznie oszalała z powodu straty męża i córki.
Później jest już coraz trudniej.
Nie potrafię powiedzieć czy jestem po którejkolwiek ze stron (no dobra jestem, ale wychodzę na okrutnika). Czy w ogóle jestem po stronie bohaterów. Owszem, potrafię sobie wyobrazić to, że mężczyzna chce dla swej żony najlepszego i przystaje na to by zatrzymała ona niemowlę. Potrafię sobie też wyobrazić matkę, która trzy razy straciła dziecko i zrobi wszystko by móc w końcu zostać matką w pełni. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić, że idą w zaparte, że ciągną to wszystko mimo iż później poznają prawdę o pochodzeniu dziewczynki.
Nie będę pisała które z nich, Tom czy Isabel łamie się pierwsze i do czego to dalej prowadzi.
Zachęcam jednak do przeczytania tej książki, bo ta historia nie jest prosta i każde z was odbierze ją inaczej w zależności od tego przez co sam przeszedł w życiu i jakie ma poglądy.
Jest to książka którą w ramach czytelniczych wskazań miałam przeczytać w lutym. Ponieważ zawsze najpierw książka, a później film to dopiero dziś po południu sobie obejrzę wyobrażenia filmowców na temat historii stworzonej przez Stedman.
Swoją drogą w maju mam przeczytać książkę proponowaną dla dzieci ewentualnie takich średniaków. Ponieważ kompletnie nie orientuję się w temacie może coś podpowiecie? I wiecie, wolałabym jednak coś dla starszaków.
Ps. Ktoś się wybiera na Targi Książki w Poznaniu albo na wymianę książkową Lubimy czytać?
15 lut 2020
"Siedem sióstr", L. Riley.
Tak sobie jakoś wymyśliłam, że "Siedem sióstr" to na pewno historia z fantastyki i to jeszcze pewnie pomieszana z jakąś mitologią. Byłam jednak mile zaskoczona kiedy zaczęłam słuchać audiobooka i fantastyki nie znalazłam wcale, a tej mitologii tylko trochę.
Nie miałam okazji przeczytać jeszcze żadnej z książek Lucindy Riley, ale na Empik Go był dostępny audiobook "Siedmiu sióstr" i chętnie go włączyłam, bo wiedziałam, że to historia składająca się już z kilku tomów, a ja lubię takowe.
I jakże ona mnie urzekła. Bardzo lubię kiedy książka opiera się i opisuje wydarzenia z przeszłości. Tutaj akcja jest związana z budową pomnika Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro.
Ale może od początku. W pięknej posiadłości Atlantis dorastało ze sobą sześć sióstr. Wszystkie zostały adoptowane przez Pa Salta i każdej z nich nadał on imię po Plejadzie. Siostry wiedzą, że brakuje jeszcze jednej. Nigdy nie przybyła do Atlantis. Ta zagadka nie zostaje jednak rozwiązana, bo Pa Salt umiera, ale wyprzedzając dużo czas wytycza każdej ze swych córek drogę, dzięki której poznają one swoją przeszłość.
Pierwsza z książek poświęcona jest najstarszej z sióstr, Mai. By poznać swoje korzenie udaje się aż do Rio de Janeiro, gdzie przy pomocy zaprzyjaźnionego pisarza bada historię swojej rodziny.
Książka prócz tego, że fabuła jest interesująca ma ten niewątpliwy plus, że opisuje rzeczy nad którymi raczej często się nie zastanawiamy. Nawet jeśli historia budowy ogromnego Chrystusa Zbawiciela nie została przestawiona w sposób ściśle odzwierciedlający to co naprawdę się wtedy działo, to bardzo fajnie się słucha o tym jak mógł wyglądać proces projektowania i tworzenia tak wielkiej budowli. W tą historię zostaje wkomponowana prababka Mai i to właśnie dzięki jej wątkowi dowiadujemy się jakie życie wiodły osoby, które dorobiły się na plantacjach kawy i ze zwyczajnych obywateli stały się kimś na kształt arystokracji.
Z chęcią poznam kolejne tomy, ale z tego co widzę w wersji audio dostępny jest tylko ten pierwszy. Chyba zapoluję na nie na wymianie książkowej przy okazji Poznańskich Targów Książki, ewentualnie wypożyczę z biblioteki.
Swoja drogą muszę napisać też o zabawie w wyzwanie jakie ogłosiła Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy. Niby czas trwania wyzwania to aż osiem miesięcy, jednak zadań jest ogrom.
Nie miałam okazji przeczytać jeszcze żadnej z książek Lucindy Riley, ale na Empik Go był dostępny audiobook "Siedmiu sióstr" i chętnie go włączyłam, bo wiedziałam, że to historia składająca się już z kilku tomów, a ja lubię takowe.
I jakże ona mnie urzekła. Bardzo lubię kiedy książka opiera się i opisuje wydarzenia z przeszłości. Tutaj akcja jest związana z budową pomnika Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro.
Ale może od początku. W pięknej posiadłości Atlantis dorastało ze sobą sześć sióstr. Wszystkie zostały adoptowane przez Pa Salta i każdej z nich nadał on imię po Plejadzie. Siostry wiedzą, że brakuje jeszcze jednej. Nigdy nie przybyła do Atlantis. Ta zagadka nie zostaje jednak rozwiązana, bo Pa Salt umiera, ale wyprzedzając dużo czas wytycza każdej ze swych córek drogę, dzięki której poznają one swoją przeszłość.
Pierwsza z książek poświęcona jest najstarszej z sióstr, Mai. By poznać swoje korzenie udaje się aż do Rio de Janeiro, gdzie przy pomocy zaprzyjaźnionego pisarza bada historię swojej rodziny.
Książka prócz tego, że fabuła jest interesująca ma ten niewątpliwy plus, że opisuje rzeczy nad którymi raczej często się nie zastanawiamy. Nawet jeśli historia budowy ogromnego Chrystusa Zbawiciela nie została przestawiona w sposób ściśle odzwierciedlający to co naprawdę się wtedy działo, to bardzo fajnie się słucha o tym jak mógł wyglądać proces projektowania i tworzenia tak wielkiej budowli. W tą historię zostaje wkomponowana prababka Mai i to właśnie dzięki jej wątkowi dowiadujemy się jakie życie wiodły osoby, które dorobiły się na plantacjach kawy i ze zwyczajnych obywateli stały się kimś na kształt arystokracji.
Z chęcią poznam kolejne tomy, ale z tego co widzę w wersji audio dostępny jest tylko ten pierwszy. Chyba zapoluję na nie na wymianie książkowej przy okazji Poznańskich Targów Książki, ewentualnie wypożyczę z biblioteki.
Swoja drogą muszę napisać też o zabawie w wyzwanie jakie ogłosiła Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy. Niby czas trwania wyzwania to aż osiem miesięcy, jednak zadań jest ogrom.
12 lut 2020
Latarnikiem być.
Lubię próbować odnaleźć się w życiu książkowych bohaterów. Aktualnie więc musiałabym wykonywać zawód latarnika w Australii. Jakieś 100 lat wstecz w dodatku.
Kontakt z ludźmi praktycznie żaden. Dostawy jedzenia i innych rzeczy na które ewentualnie nas stać (płaca - 327 funtów rocznie) co trzy miesiące. Codzienna służba, codzienne przemierzanie schodów latarni, doglądanie wszystkiego by było sprawne i by niosło informacje czy pomoc tym co na morzu.
No nie wiem. Bohater, Tom Sherbourne, w pracy latarnika szuka ucieczki przed wspomnieniami z wojny. Poznaje Isabellę, młodą dziewczynę, która zakochuje się w nim i postanawia spędzić wraz z Tomem swe życie. Wprowadza się zatem na małą wysepkę na której stoi latarnia, którą opiekuje się jej mąż.
No nie wiem, nie wiem. Z jednej strony taka praca byłaby wybawieniem. Od wielu bezsensownych sytuacji, które dzieją się w moim aktualnym zakładzie pracy. Od pogoni za próbą nadgonienia i przeskoczenia wszystkiego. Pewnie byłaby też w pewnym sensie terapią, bo kiedy nerwy telepią mną tak, że Małż już prosi bym przestała, tam mogłabym się wyciszyć i odciąć od wszystkiego. Prosta, codzienna praca. Zero internetu. Telefonów. Dzikie morze, niebo i gwiazdy.
Nie wiem czy bym sprostała. Może i tak, bo nigdy nie miałam grona przyjaciół i nie byłam zbyt towarzyska. Myślę, że największym problemem byłoby dla mnie reperowanie tego co zepsute. Obsługa wkrętarki nie sprawia mi problemów, rozróżniam też rodzaje śrubokrętów, ale z naprawiania rzeczy wszelakich musiałabym się podciągnąć przed udaniem się na posterunek.
Dlaczego by nie?
Kontakt z ludźmi praktycznie żaden. Dostawy jedzenia i innych rzeczy na które ewentualnie nas stać (płaca - 327 funtów rocznie) co trzy miesiące. Codzienna służba, codzienne przemierzanie schodów latarni, doglądanie wszystkiego by było sprawne i by niosło informacje czy pomoc tym co na morzu.
No nie wiem. Bohater, Tom Sherbourne, w pracy latarnika szuka ucieczki przed wspomnieniami z wojny. Poznaje Isabellę, młodą dziewczynę, która zakochuje się w nim i postanawia spędzić wraz z Tomem swe życie. Wprowadza się zatem na małą wysepkę na której stoi latarnia, którą opiekuje się jej mąż.
No nie wiem, nie wiem. Z jednej strony taka praca byłaby wybawieniem. Od wielu bezsensownych sytuacji, które dzieją się w moim aktualnym zakładzie pracy. Od pogoni za próbą nadgonienia i przeskoczenia wszystkiego. Pewnie byłaby też w pewnym sensie terapią, bo kiedy nerwy telepią mną tak, że Małż już prosi bym przestała, tam mogłabym się wyciszyć i odciąć od wszystkiego. Prosta, codzienna praca. Zero internetu. Telefonów. Dzikie morze, niebo i gwiazdy.
Nie wiem czy bym sprostała. Może i tak, bo nigdy nie miałam grona przyjaciół i nie byłam zbyt towarzyska. Myślę, że największym problemem byłoby dla mnie reperowanie tego co zepsute. Obsługa wkrętarki nie sprawia mi problemów, rozróżniam też rodzaje śrubokrętów, ale z naprawiania rzeczy wszelakich musiałabym się podciągnąć przed udaniem się na posterunek.
Dlaczego by nie?
2 paź 2019
"Zimowy ogród", K. Hannah.
Chyba się starzeję. Coraz łatwiej się wzruszam oglądając filmy i czytając książki. Staram się unikać drażliwych dla mnie kwestii i jest lista książek czy filmów, których nie przeczytam ani nie obejrzę. Niekiedy jednak biorąc do ręki daną książkę człowiek się spodziewa i nawet jest pewien, ale jednak czyta.
Książki Hannah mają w sobie to coś co do płaczu zmusza. Przy "Zimowym ogrodzie" sprawa zakończyła się na jednym szlochu, bo przecież żaden szanujący się pesymista nie weźmie takiego zakończenia na serio, ale jednak - szloch był.
Kristin Hannah chyba lubi pisać o kobietach i o rodzeństwie. Tutaj głównymi bohaterkami sa siostry. Meredith - twardo stąpająca po ziemi matka dwóch dorosłych córek, mężatka. Prowadzi rodzinny interes, który przejęła po ojcu, opiekuje się nim i matką. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Nina. Obieżyświat i fotograf. Zawsze jest tam gdzie dzieją się złe rzeczy. Nie dąży do ustatkowania się choć od kilku lat jest w czymś co można nazwać stałym związkiem. Zawsze z aparatem w ręku, gość w domu.
Obrazu kobiet w tej rodzinie dopełnia ich matka. Ponad osiemdziesięcioletnia cicha, opanowana i zasadnicza Anja Whitson. Jeśli córki przyjmowałyby kolory czarny i biały, Anja byłaby neutralną szarością. Trudno ją nazwać matką. Wydaje się nie mieć serca dla własnych córek. Może i nimi nie pogardza, ale też nie wygląda na to, że kocha. Jedyną osobą, która doświadczyła miłości z jej strony jest jej mąż. Wszystkie trzy są zmuszone stawić czoła pewnemu wydarzeniu z przeszłości, które zapoczątkowało rozłam na linii matka - córki. Staje się tak za sprawą ostatniej woli głowy rodziny. Ojciec umierając zostawia je nijako skazane na siebie.
Dużo tytułem wstępu, ale naprawdę mało zdradziłam z fabuły. Dość prostej, by nie powiedzieć, że oklepanej. Wiele z was ma na pewno problemy z dogadywaniem się z rodziną i to najbliższą. Ktoś być może przechodzi żałobę i stara się sobie ze stratą poradzić. Radzimy sobie różnie. Siedzimy, płaczemy, uciekamy w pracę czy obowiązki. Być może ktoś oddala się od bliskich, wierząc, że tak właśnie sobie poradzi. A co jeśli sprawa ma się podobnie jak w książce, kiedy to zostaje jeden z rodziców? Czy to co dla niego wybieramy będzie dobre? Czy posiłkowanie się pomocą przy opiece będzie dobrze odebrane? Czy należy wszystko uparcie trzymać w garści i powtarzać przez łzy, że jest okej?
Książka jest właśnie o tym. O tym, że w pojedynkę trudno sobie radzić ze stratą. Należy się otworzyć na drugiego człowieka by poczuć się lepiej. Trudno jest nosić przez całe życie wspomnienia z przeszłości i kisić je w sobie zapamiętale. Idealnym przykładem tego jest matka Niny i Meredith. Traumatyczne wydarzenia z oblężonego Leningradu rzutowały i niszczyły większą część jej życia. Niszczyły jej relacje z córkami, niszczyły z ją samą.
Być może nie jest to arcydzieło, ale jest to książka godna polecenia. Zakończenie, jak już wspominałam, jest dla mnie mało prawdopodobne, ale każda bajka kończy się dobrze, tak więc i bajka Wiery Pietrowny Marczenko Whitson musiała tak się skończyć. Jest to też historia dla ludzi szukających pocieszenia w trudnych chwilach. Tak, można prychnąć: phi, takie rzeczy tylko w książkach! Od czegoś trzeba jednak zacząć. Książka porusza wiele istotnych kwestii w stosunkach międzyludzkich panujących w rodzinie. Pokazuje jak istotna jest zwykła rozmowa, czasem wystarczy zwyczajnie pogadać. Wystarczy chcieć.
No i ten Leningrad w tle.
Książki Hannah mają w sobie to coś co do płaczu zmusza. Przy "Zimowym ogrodzie" sprawa zakończyła się na jednym szlochu, bo przecież żaden szanujący się pesymista nie weźmie takiego zakończenia na serio, ale jednak - szloch był.
Kristin Hannah chyba lubi pisać o kobietach i o rodzeństwie. Tutaj głównymi bohaterkami sa siostry. Meredith - twardo stąpająca po ziemi matka dwóch dorosłych córek, mężatka. Prowadzi rodzinny interes, który przejęła po ojcu, opiekuje się nim i matką. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Nina. Obieżyświat i fotograf. Zawsze jest tam gdzie dzieją się złe rzeczy. Nie dąży do ustatkowania się choć od kilku lat jest w czymś co można nazwać stałym związkiem. Zawsze z aparatem w ręku, gość w domu.
Obrazu kobiet w tej rodzinie dopełnia ich matka. Ponad osiemdziesięcioletnia cicha, opanowana i zasadnicza Anja Whitson. Jeśli córki przyjmowałyby kolory czarny i biały, Anja byłaby neutralną szarością. Trudno ją nazwać matką. Wydaje się nie mieć serca dla własnych córek. Może i nimi nie pogardza, ale też nie wygląda na to, że kocha. Jedyną osobą, która doświadczyła miłości z jej strony jest jej mąż. Wszystkie trzy są zmuszone stawić czoła pewnemu wydarzeniu z przeszłości, które zapoczątkowało rozłam na linii matka - córki. Staje się tak za sprawą ostatniej woli głowy rodziny. Ojciec umierając zostawia je nijako skazane na siebie.
Dużo tytułem wstępu, ale naprawdę mało zdradziłam z fabuły. Dość prostej, by nie powiedzieć, że oklepanej. Wiele z was ma na pewno problemy z dogadywaniem się z rodziną i to najbliższą. Ktoś być może przechodzi żałobę i stara się sobie ze stratą poradzić. Radzimy sobie różnie. Siedzimy, płaczemy, uciekamy w pracę czy obowiązki. Być może ktoś oddala się od bliskich, wierząc, że tak właśnie sobie poradzi. A co jeśli sprawa ma się podobnie jak w książce, kiedy to zostaje jeden z rodziców? Czy to co dla niego wybieramy będzie dobre? Czy posiłkowanie się pomocą przy opiece będzie dobrze odebrane? Czy należy wszystko uparcie trzymać w garści i powtarzać przez łzy, że jest okej?
Książka jest właśnie o tym. O tym, że w pojedynkę trudno sobie radzić ze stratą. Należy się otworzyć na drugiego człowieka by poczuć się lepiej. Trudno jest nosić przez całe życie wspomnienia z przeszłości i kisić je w sobie zapamiętale. Idealnym przykładem tego jest matka Niny i Meredith. Traumatyczne wydarzenia z oblężonego Leningradu rzutowały i niszczyły większą część jej życia. Niszczyły jej relacje z córkami, niszczyły z ją samą.
Być może nie jest to arcydzieło, ale jest to książka godna polecenia. Zakończenie, jak już wspominałam, jest dla mnie mało prawdopodobne, ale każda bajka kończy się dobrze, tak więc i bajka Wiery Pietrowny Marczenko Whitson musiała tak się skończyć. Jest to też historia dla ludzi szukających pocieszenia w trudnych chwilach. Tak, można prychnąć: phi, takie rzeczy tylko w książkach! Od czegoś trzeba jednak zacząć. Książka porusza wiele istotnych kwestii w stosunkach międzyludzkich panujących w rodzinie. Pokazuje jak istotna jest zwykła rozmowa, czasem wystarczy zwyczajnie pogadać. Wystarczy chcieć.
No i ten Leningrad w tle.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






