Z audiobookami było mi bardzo nie po drodze do dnia dzisiejszego. Uzbrojona w słuchawki nauszne przez małża i trochę zdesperowana, bo specyfika mojego miejsca pracy sprawia, że jeśli nie rozkręcę radia na full to połowy nie dosłyszę, postanowiłam spędzić dzień, a przynajmniej kilkadziesiąt minut z opowiadaniem pt. "Droga, z której się nie wraca". Opowiadanie to związane jest ze światem Wiedźmina, bo choć Sapkowski nie planował tego w roku 1988, to Visenna, główna bohaterka tego opowiadania, stała się dla fanów Geralta jego matką.
Powiem, że było miło.
Zazwyczaj kiedy włączyłam już audiobooka dość szybko zasypiałam, albo zajmowało mnie coś innego i nic nie wiedziałam z książki. Irytowali mnie też lektorzy (nie daj Boże trafić na Iwonkę) i to, że książki były nagrywane cicho, tak cicho, że musiałam rozkręcać wszystko dość głośno, a co za tym szło czasem cierpiała jakość, bo było słychać jakieś trzaski czy szumy. Miałam tak zgraną sagę o Wiedźminie jeśli o nim już mowa. Na początku nagrania lektor informuje, że jest ono stworzone dla osób niedowidzących, ogólnie rzecz biorąc żadna superprodukcja, monotonny głos czytającego i ciągłe szumy w tle.
Nastały jednak czasy aktualne i byłam w szoku. Opowiadanie zostało świetnie zrobione. Miłe dla ucha głosy aktorów, dźwięki w tle takie jak śpiew ptaków czy rżenie koni sprawiały, że słuchało się tego naprawdę fantastycznie. Odgłosy jakie wydawała z siebie ożywiona nieboszczka były okropne czyli takie jakie powinno takowe indywiduum wydawać, bleh.
Postaram się więc teraz więcej słuchać, tym bardziej w pracy, bo w końcu te godziny są do wykorzystania.
Zastanawia mnie tylko okładka tego audiobooka. Dlaczego jest na niej Geralt skoro nie występuje w opowiadaniu?
26 lut 2019
24 lut 2019
Zaginiony symbol i Langdon.
Podstawą powieści z Robertem Langdonem dla mnie jest to, że ma on zegarek z Myszką Miki. Bez zegarka ta postać nie istnieje. W "Zaginionym symbolu" jest jakby inaczej, zegarek jest, a Langdona nie ma. Niby tam sobie statystuje. Coś tam cennego przechowuje, coś tam podpowiada, ale mało go. Sprawy przejmują inni, warunki dyktują inni, no cóż taka część.
Zakładką użytej do tej książki nie bez powodu został liść gingko biloba. Bo książkę czytałam, do pewnego momentu jednak. Kiedy się za nią wzięłam zaczęło mi się trochę przypominać, ale to pierwsze kilkadziesiąt stron zaledwie, więc w zasadzie same nowości. A cóż tu mamy? Mamy masonów. Ich tajemnice i odpowiedzi których się szuka. Mamy odciętą dłoń, która staje się zaproszeniem do gry wysłanym przez głodnego odpowiedzi Mal'akha. Mamy CIA. Mamy neotykę. Historię. To co w zasadzie najbardziej lubię u Browna. Apetyczny koktajl, który w "Zaginionym symbolu" nie wydawał się zbyt dziwaczny. Lubię sposób w jaki dostarcza mi (pseudo)wiedzę i jestem szczęśliwa, bo tak naprawdę nie lubię się zastanawiać czy fakty które przedstawił są prawdziwe. Dobra, wciągająca historia dziejąca się tym razem w Waszyngtonie.
Brown chyba lubi zawsze zahaczyć o społeczeństwo księży, bo i tutaj, choć rola kapłana jest znacząca to jednak dość epizodyczna. Jakby autor nie mógł się obejść i musiał, po prostu musiał, mieć księdza.
Ciągle jestem też pełna podziwu dla bohaterów i ich żelaznej kondycji. Żadnej większej zadyszki, bólu serca i tego typu problemów. Nic, tylko parcie do przodu. Ja po prostu się starzeję, czas mi do lekarza chyba, skoro zaczynam im tego zazdrościć.
Można śmiało wypożyczać z biblioteki i czytać, bo książka gwarantuje oderwanie od rzeczywistości na kilka dobrych godzin.
A zatem:
Zakładką użytej do tej książki nie bez powodu został liść gingko biloba. Bo książkę czytałam, do pewnego momentu jednak. Kiedy się za nią wzięłam zaczęło mi się trochę przypominać, ale to pierwsze kilkadziesiąt stron zaledwie, więc w zasadzie same nowości. A cóż tu mamy? Mamy masonów. Ich tajemnice i odpowiedzi których się szuka. Mamy odciętą dłoń, która staje się zaproszeniem do gry wysłanym przez głodnego odpowiedzi Mal'akha. Mamy CIA. Mamy neotykę. Historię. To co w zasadzie najbardziej lubię u Browna. Apetyczny koktajl, który w "Zaginionym symbolu" nie wydawał się zbyt dziwaczny. Lubię sposób w jaki dostarcza mi (pseudo)wiedzę i jestem szczęśliwa, bo tak naprawdę nie lubię się zastanawiać czy fakty które przedstawił są prawdziwe. Dobra, wciągająca historia dziejąca się tym razem w Waszyngtonie.
Brown chyba lubi zawsze zahaczyć o społeczeństwo księży, bo i tutaj, choć rola kapłana jest znacząca to jednak dość epizodyczna. Jakby autor nie mógł się obejść i musiał, po prostu musiał, mieć księdza.
Ciągle jestem też pełna podziwu dla bohaterów i ich żelaznej kondycji. Żadnej większej zadyszki, bólu serca i tego typu problemów. Nic, tylko parcie do przodu. Ja po prostu się starzeję, czas mi do lekarza chyba, skoro zaczynam im tego zazdrościć.
Można śmiało wypożyczać z biblioteki i czytać, bo książka gwarantuje oderwanie od rzeczywistości na kilka dobrych godzin.
A zatem:
Otwórzcie umysły, drodzy przyjaciele. Wszyscy boimy się tego, czego nie rozumiemy.
19 lut 2019
To i owo.
Zmyślać każdy może. Tym bardziej autor książek.
Autor "Kobiety w oknie", A.J. Finn, jak się okazuje trochę zmyślał. Choć niepokoi mnie to co zmyślał (jakoś nie wyobrażam sobie kłamać komuś z rozmysłem, że mam guza w mózgu albo, że rodzic nie żyje) tak ogólnie mnie to wcale nie dziwi. W życiu codziennym spotykamy się z naginaniem prawdy czy zwykłym kłamstwem prosto w oczy (tym bardziej we wspominanym CV).
W gruncie rzeczy nie ma się czego czepiać, bo przecież tak naprawdę lubimy kiedy autorzy wymyślają niestworzone historie, później ktoś inny je redaguje i wydaje jako książkę czyli coś co bardzo nas cieszy.
Każdy sobie jakoś radzi.
Być może ta historia zainspiruje kogoś innego i na jej podstawie powstanie inna książka, która sięgnie szczytów list bestsellerów?
- * -
Temat dotacji i refundacji jest dla mnie tematem ostatnio dość drażliwym. Rząd, Ministerstwo Zdrowia, nie refunduje leków, które pomagają ludziom mierzącym się z rakiem (w tym mojej mamie, więc po raz kolejny proszę o udostępnianie tego linku), ale np. znajdzie pieniądze na dofinansowanie na indywidualny zakup samochodu elektrycznego w kwocie 35 milionów. Zapewne to znacznie wpłynie na środowisko tym bardziej, że na takie auto stać osoby najlepiej zarabiające i to jeszcze takie, które mieszkają w okolicy stacji ładującej takowy samochodzik. Państwo nie dołoży się za to ani na Pyrkon ani na Targi w Krakowie. Co mnie wcale nie zdziwiło dotację dostały Ogólnopolskie Targi Wydawnictw Katolickich. Także się wybieram, bo to dla mnie bardzo istotna impreza branżowa.
Żeby jednak nie było, że tylko narzekam zastrzyk dotacji dostanie również kampania społeczna Cała Polska czyta dzieciom i nasza biblioteka, z czego ja akurat nie skorzystam, bo większa część pieniędzy ma sponsorować różne wydarzenia czy spotkania z autorami książek. Dla dzieci.
- * -
Jedyną, tak naprawdę dobrą wiadomością dnia dzisiejszego jest ta, która mówi o tym, że w Argentynie wydano książkę, którą później można zasadzić i poczekać aż wyrośnie z niej drzewo. Nasiona jakarandy są ukryte między warstwami papieru, tusz też jest ekologiczny. Kiedy dziecko przeczyta już „Mi Papa Estuvo en la Selva” (z hiszp. „Mój tata był w dżungli”) swój egzemplarz może zakopać, czekać aż książka wróci do swego stanu pierwotnego i cieszyć się drzewem. Pod tym linkiem możecie zobaczyć jak reklamowano książkę.
Autor "Kobiety w oknie", A.J. Finn, jak się okazuje trochę zmyślał. Choć niepokoi mnie to co zmyślał (jakoś nie wyobrażam sobie kłamać komuś z rozmysłem, że mam guza w mózgu albo, że rodzic nie żyje) tak ogólnie mnie to wcale nie dziwi. W życiu codziennym spotykamy się z naginaniem prawdy czy zwykłym kłamstwem prosto w oczy (tym bardziej we wspominanym CV).
W gruncie rzeczy nie ma się czego czepiać, bo przecież tak naprawdę lubimy kiedy autorzy wymyślają niestworzone historie, później ktoś inny je redaguje i wydaje jako książkę czyli coś co bardzo nas cieszy.
Każdy sobie jakoś radzi.
Być może ta historia zainspiruje kogoś innego i na jej podstawie powstanie inna książka, która sięgnie szczytów list bestsellerów?
- * -
Temat dotacji i refundacji jest dla mnie tematem ostatnio dość drażliwym. Rząd, Ministerstwo Zdrowia, nie refunduje leków, które pomagają ludziom mierzącym się z rakiem (w tym mojej mamie, więc po raz kolejny proszę o udostępnianie tego linku), ale np. znajdzie pieniądze na dofinansowanie na indywidualny zakup samochodu elektrycznego w kwocie 35 milionów. Zapewne to znacznie wpłynie na środowisko tym bardziej, że na takie auto stać osoby najlepiej zarabiające i to jeszcze takie, które mieszkają w okolicy stacji ładującej takowy samochodzik. Państwo nie dołoży się za to ani na Pyrkon ani na Targi w Krakowie. Co mnie wcale nie zdziwiło dotację dostały Ogólnopolskie Targi Wydawnictw Katolickich. Także się wybieram, bo to dla mnie bardzo istotna impreza branżowa.
Żeby jednak nie było, że tylko narzekam zastrzyk dotacji dostanie również kampania społeczna Cała Polska czyta dzieciom i nasza biblioteka, z czego ja akurat nie skorzystam, bo większa część pieniędzy ma sponsorować różne wydarzenia czy spotkania z autorami książek. Dla dzieci.
- * -
Jedyną, tak naprawdę dobrą wiadomością dnia dzisiejszego jest ta, która mówi o tym, że w Argentynie wydano książkę, którą później można zasadzić i poczekać aż wyrośnie z niej drzewo. Nasiona jakarandy są ukryte między warstwami papieru, tusz też jest ekologiczny. Kiedy dziecko przeczyta już „Mi Papa Estuvo en la Selva” (z hiszp. „Mój tata był w dżungli”) swój egzemplarz może zakopać, czekać aż książka wróci do swego stanu pierwotnego i cieszyć się drzewem. Pod tym linkiem możecie zobaczyć jak reklamowano książkę.
14 lut 2019
Święto zakochanych. W książkach też.
Dlaczego miłość dziś mamy wyznawać tylko drugim połówkom? Mój połówek wie jak bardzo ważny dla mnie jest. Przyznajmy się więc szczerze, jeśli nie jesteśmy typem, który tylko zalicza książki, są one dla nas prawie tak samo ważne co najbliższy nam człowiek, a więc...
W związku z tym, że Google kasują niektóre funkcje, a nie siedzę w tym tak głęboko by wiedzieć co faktycznie zostanie, osobom zainteresowanym zorganizowałam profil na Facebooku. W Instagrama nadal nie umiem, więc jeśli chcecie to tam mnie znajdziecie.
W związku z tym, że Google kasują niektóre funkcje, a nie siedzę w tym tak głęboko by wiedzieć co faktycznie zostanie, osobom zainteresowanym zorganizowałam profil na Facebooku. W Instagrama nadal nie umiem, więc jeśli chcecie to tam mnie znajdziecie.
11 lut 2019
Bo to smutna książka była.
Siedziałam przez chwilę i myślałam co napisać o "Kamiennym niebie". Nie wymyśliłam nic prócz tytułu tej notki właśnie i to właśnie w nim mogłabym oddać wszystko co miałam do powiedzenia.
Niby skończyła się dobrze. Nassun przeżyła. Essun w pewnym sensie też, choć można by dyskutować czy to co ją spotkało jest 'dobre'. Tu rodzi się oczywiście ciekawość odnośnie tego czy może kiedyś będzie kolejny tom, czy autorka w ogóle by chciała i tak dalej. Mniejsza. Nie teraz mi nad tym dumać.
Historia o ciągłym poszukiwaniu czy to miejsca na ziemi czy akceptacji. Zastanawia mnie to czy Jemisin celowo zepchnęła społeczność Castrimy pod ziemię, bo jak to by było gdyby tak dziwnie zmieszana grupa miałaby trwać na powierzchni, prawda? Bycie górotworem jest trudne. Jest to ciągła walka, czy to z samym sobą czy z otoczeniem czy nawet z najbliższą rodziną. Cena za bycie tym kim się chce jest wysoka. Nassun zmuszona do zabicia własnego ojca, kochająca nieszczęśliwie. Essun wyznaczona do tego by uratować świat i oddająca temu kawałki siebie (dosłownie). Życie matki i córki kiedy nastała piąta pora roku stało się pasmem zadań do wykonania, które nie zawsze są w ich bezpośrednim interesie.
Ogólnie zazwyczaj było tak, że bohaterowie choć przeżywali trudne chwile na końcu swej drogi spotykali słońce i nie było wątpliwości co do tego, że teraz będzie dobrze. Umarłych się grzebało i pamiętano o nich, na wrogów czekało. Autorka na koniec umieszcza scenę pozwalającą sądzić, że Essun ruszy dalej. Ale czy to będzie dobre?
Niby skończyła się dobrze. Nassun przeżyła. Essun w pewnym sensie też, choć można by dyskutować czy to co ją spotkało jest 'dobre'. Tu rodzi się oczywiście ciekawość odnośnie tego czy może kiedyś będzie kolejny tom, czy autorka w ogóle by chciała i tak dalej. Mniejsza. Nie teraz mi nad tym dumać.
Historia o ciągłym poszukiwaniu czy to miejsca na ziemi czy akceptacji. Zastanawia mnie to czy Jemisin celowo zepchnęła społeczność Castrimy pod ziemię, bo jak to by było gdyby tak dziwnie zmieszana grupa miałaby trwać na powierzchni, prawda? Bycie górotworem jest trudne. Jest to ciągła walka, czy to z samym sobą czy z otoczeniem czy nawet z najbliższą rodziną. Cena za bycie tym kim się chce jest wysoka. Nassun zmuszona do zabicia własnego ojca, kochająca nieszczęśliwie. Essun wyznaczona do tego by uratować świat i oddająca temu kawałki siebie (dosłownie). Życie matki i córki kiedy nastała piąta pora roku stało się pasmem zadań do wykonania, które nie zawsze są w ich bezpośrednim interesie.
Ogólnie zazwyczaj było tak, że bohaterowie choć przeżywali trudne chwile na końcu swej drogi spotykali słońce i nie było wątpliwości co do tego, że teraz będzie dobrze. Umarłych się grzebało i pamiętano o nich, na wrogów czekało. Autorka na koniec umieszcza scenę pozwalającą sądzić, że Essun ruszy dalej. Ale czy to będzie dobre?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


