Jotka pisała niedawno o tym co nazwała "naturą chomika". O kupowaniu i przetrzymywaniu przedmiotów mniej czy bardziej potrzebnych w codziennym życiu. Trzeba przyznać, że każdemu czasem się zdarza. Istnieje coś takiego jak 'przydasie', jak 'guilty pleasure' o czym lubi mawiać Anna Gacek w Trójce. Kupowanie mniej czy bardziej impulsywne...
Nie wiem czy to co kupiłam ostatnio jest mi mniej czy bardziej potrzebne, ale postanowiłam spróbować w końcu czegoś nowego.
Małż wiedziony również chęcią spróbowania czegoś nowego wyciągnął mnie ostatnio do jednej z kawiarni gdzie wybrałam z tamtejszego menu przepyszną herbatę z imbirem, cytryną i malinową konfiturą. Nie jestem zwolenniczką eksperymentów i zazwyczaj zadowalam się zwykłą czarną, słomkową, ale ta herbata była tak smaczna, że pomyślałam iż miło by było spróbować czegoś innego.
Ogólnie rzecz biorąc w świecie książkowych moli istnieje tradycja, która mówi, że książka najlepsza jest w połączeniu z kocykiem i herbatką. Nikt nigdy nie precyzuje z jaką herbatką, myślę więc, że w temacie panuje dowolność. Tak jak lubimy różną literaturę lubimy też różne herbaty jak i różne koce.
W poszukiwaniu nowego nabyłam więc herbatę kwitnącą. Z tego co wyczytałam są to liście herbaty, zielonej lub białej (rzadziej czarnej), zwinięte w kulkę, która skrywa w sobie kwiat lub kwiaty.
Zagotowałam wodę, wlałam do dzbanka i wrzuciłam w nią herbatę. Napar w smaku jest całkiem fajny, delikatnie pachnie i nie trzeba dosładzać. Kiedy zaschnięta kulka się rozwinęła zobaczyłam wewnątrz kwiaty nagietka i jaśminu. Taka kombinacja nazwana została "Magią orientu".
Idąc dalej tą ścieżką wybieramy się w sobotę do Poznania gdzie odbywał się będzie Festiwal Kawy i Czekolady. I nie tylko, bo herbaty też się tam znajdą.
__________________________________
Mam ochotę na więcej prywaty na blogu, nie tylko książkowej. Ostatnio coraz więcej rzeczy mnie gniecie i męczy, więc chyba będę sobie używać. Inaczej o książkach i nie tylko.
15 sty 2020
11 sty 2020
"Vox", Ch. Dalcher.
Ervisha napisała, że słyszała "o tym jaka jest "mocna"" ta książka.
Jest. Niewątpliwie jest w niej wiele tematów które dają do myślenia, które nakazują się zastanawiać i gdybać.
Nasza bohaterka, którą znany jako żonę i matkę przeinacza się w spiskowca i burzy nowy porządek by przywrócić stary. Wszystko się udaje, sprawa wraca do normy. Ktoś się poświęca by szczęśliwy mógł być ktoś.
"Vox" był interesujący, dziwny i interesujący zarazem. Czasem widziałam w innych opiniach porównania do "Opowieści podręcznej", ale nie zaprzątało mi to głowy, bo tych nie miałam okazji przeczytać.
Najbardziej w książce Dalcher dręczyło mnie to, że mimo iż świat wydawał się być dobrze wykreowany ja podczas czytania tekstu wyszukiwałam luki, które wydawały mi się zasadne. No bo jak, całe Stany Zjednoczone nagle narzucają swoim obywatelkom na nadgarstki liczniki słów i uciszają je, ot tak <pstryk palcami>? Nikt, naprawdę nikt nie protestuje, nie ma jakiś zamieszek? Żaden z mężczyzn się nie sprzeciwia? Ani jeden? Co to w ogóle znaczy, że całym krajem zaczyna rządzić jakiś klecha? I naprawdę każdy mu się podporządkowuje? Żyd? Buddysta? Ateista? Jak to jest, że władzę ma religia, ale tak naprawdę nie przewija się ona zbyt wiele przez treść książki? Jest jakimś tam napędem, ale skoro ojcowie i synowie tak podporządkowali się woli Bożej i wierzą w to, że to oni mają pracować, a żony siedzieć w domu bez słowa i wychowywać dzieci, to dlaczego nie gną krzyży w pokłonach i nie całują krucyfiksów? Jest jakiś procent ślepo wierzących i cytujących Biblię z pamięci, ale są w mniejszości.
Nie pasowało mi, że akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych i w dodatku miesza się w nią religię. Nie żebym się czuła obrażona czy zbulwersowana. Przez to, że książka miała być taka prawdziwa, to przestała taka być. Lepiej chyba byłoby gdyby kraj był fikcyjny i religia też.
Bo czy naprawdę dezinformacja była tak dobra, że żadne inne kraje nie wiedziały co się dzieje? Nikt nie interesował się tym co jest grane na podwórku jednego z największych mocarstw świata? Tym bardziej, że nasza Jean rozmawiała z rodzicami mieszkającymi we Włoszech? Kobiety z całego świata odwróciły się od Amerykanek? Wszystkie organizacje rządowe i pozarządowe, Czerwony Krzyż i cały długi szereg podobnych instytucji na to pozwoliły?
Ta książka może się podobać. Bo jest dobra i mocna. Trzeba ją jednak przyjąć totalnie bezkrytycznie i przymknąć oczy na kilka spraw by absolutnie się nią cieszyć. Również na zakończenie.
Jest. Niewątpliwie jest w niej wiele tematów które dają do myślenia, które nakazują się zastanawiać i gdybać.
Nasza bohaterka, którą znany jako żonę i matkę przeinacza się w spiskowca i burzy nowy porządek by przywrócić stary. Wszystko się udaje, sprawa wraca do normy. Ktoś się poświęca by szczęśliwy mógł być ktoś.
"Vox" był interesujący, dziwny i interesujący zarazem. Czasem widziałam w innych opiniach porównania do "Opowieści podręcznej", ale nie zaprzątało mi to głowy, bo tych nie miałam okazji przeczytać.
Najbardziej w książce Dalcher dręczyło mnie to, że mimo iż świat wydawał się być dobrze wykreowany ja podczas czytania tekstu wyszukiwałam luki, które wydawały mi się zasadne. No bo jak, całe Stany Zjednoczone nagle narzucają swoim obywatelkom na nadgarstki liczniki słów i uciszają je, ot tak <pstryk palcami>? Nikt, naprawdę nikt nie protestuje, nie ma jakiś zamieszek? Żaden z mężczyzn się nie sprzeciwia? Ani jeden? Co to w ogóle znaczy, że całym krajem zaczyna rządzić jakiś klecha? I naprawdę każdy mu się podporządkowuje? Żyd? Buddysta? Ateista? Jak to jest, że władzę ma religia, ale tak naprawdę nie przewija się ona zbyt wiele przez treść książki? Jest jakimś tam napędem, ale skoro ojcowie i synowie tak podporządkowali się woli Bożej i wierzą w to, że to oni mają pracować, a żony siedzieć w domu bez słowa i wychowywać dzieci, to dlaczego nie gną krzyży w pokłonach i nie całują krucyfiksów? Jest jakiś procent ślepo wierzących i cytujących Biblię z pamięci, ale są w mniejszości.
Nie pasowało mi, że akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych i w dodatku miesza się w nią religię. Nie żebym się czuła obrażona czy zbulwersowana. Przez to, że książka miała być taka prawdziwa, to przestała taka być. Lepiej chyba byłoby gdyby kraj był fikcyjny i religia też.
Bo czy naprawdę dezinformacja była tak dobra, że żadne inne kraje nie wiedziały co się dzieje? Nikt nie interesował się tym co jest grane na podwórku jednego z największych mocarstw świata? Tym bardziej, że nasza Jean rozmawiała z rodzicami mieszkającymi we Włoszech? Kobiety z całego świata odwróciły się od Amerykanek? Wszystkie organizacje rządowe i pozarządowe, Czerwony Krzyż i cały długi szereg podobnych instytucji na to pozwoliły?
Ta książka może się podobać. Bo jest dobra i mocna. Trzeba ją jednak przyjąć totalnie bezkrytycznie i przymknąć oczy na kilka spraw by absolutnie się nią cieszyć. Również na zakończenie.
6 sty 2020
Sto słów dziennie.
Siedzieliśmy sobie po południu i piliśmy kawę, kiedy zaczęłam opowiadać Małżowi sytuację jaka ma miejsce w książce pod tytułem "Vox" Christiny Dalcher. Nie będę się teraz rozpisywała o fabule, bo o tym może kiedy skończę słuchać, chodzi jednak o to, że w tej książce kobiety obłożone są limitem, który pozwala im wypowiedzieć zaledwie 100 słów dziennie.
Zaczęliśmy o tym rozmawiać i wraz z biegiem rozmowy przestałam się do niego odzywać. Małż popatrzył na mnie ze zdziwieniem i zaczął namawiać bym natychmiast zabrała głos. Kiedy zaczęłam bez słowa kręcić przecząco głową on stwierdził, że w takim razie też nie będzie się już odzywał.
I było po sprawie.
Zaczęliśmy znów mówić i stwierdziliśmy, że to niecodzienne i naprawdę uciążliwe. Złe.
Tym bardziej zaczęła mnie irytować postać męża głównej bohaterki. Bo atmosfera tej książki jest bardzo dziwna. Niby to mężczyźni postanowili uciszyć kobiety ograniczając im możliwość wysławiania się, nauki i zamykając je w domach. Ale nie ma z ich strony jakieś agresji, jakiś bardziej żywych uczuć, które mogłyby tą decyzję tłumaczyć. Mąż Jean McClellan, głównej bohaterki, jest bardzo pasywny. Niby jej współczuje, niby namawia do pewnej współpracy by mogła zyskać trochę wolności, ale kiedy ponownie zostaje zakuta w opaskę zliczającą słowa nie protestuje.
Z drugiej strony nasza bohaterka ma na boku romans z kolegą z pracy. Gloryfikuje go i nosi jego dziecko. W pewnym momencie stwierdza wprost, że nie kocha już męża, nie może go jednak porzucić, bo odcięcie się od męża, zdrada i cudzołożenie jest surowo karane. Oznacza to definitywne wykluczenie ze społeczeństwa. Sama uciec również nie jest w stanie, bo jej, jako kobiecie, odebrano paszport i możliwość jakiś szerzej zakrojonych podróży bez męża u boku.
Bardzo dziwna wizja, bardzo.
Jest też taka sytuacja, kiedy to najstarszy syn naszej bohaterki donosi na swoją dziewczynę i skazuje ją na dożywotnią pracę i zgolenie włosów z głowy w ramach potępienia. Jej ojciec, kiedy odpowiednie służby wywlekają jego córkę z domu nie robi absolutnie nic. Nie uspokaja nawet żony, która nic nie robiąc sobie z ograniczeń wrzeszczy ze zgryzoty i zgrozy i przekracza limit za co karą jest rażenie prądem. Wielokrotne.
____________________________________
Pamiętajcie proszę o Australii. Nie przejmuję się tymi ofiarami w ludziach, nie, jakoś nie. Przeraża mnie los zwierząt. Dorzućcie się do jakieś zbiórki podobnie jak ja.
Zaczęliśmy o tym rozmawiać i wraz z biegiem rozmowy przestałam się do niego odzywać. Małż popatrzył na mnie ze zdziwieniem i zaczął namawiać bym natychmiast zabrała głos. Kiedy zaczęłam bez słowa kręcić przecząco głową on stwierdził, że w takim razie też nie będzie się już odzywał.
I było po sprawie.
Zaczęliśmy znów mówić i stwierdziliśmy, że to niecodzienne i naprawdę uciążliwe. Złe.
Tym bardziej zaczęła mnie irytować postać męża głównej bohaterki. Bo atmosfera tej książki jest bardzo dziwna. Niby to mężczyźni postanowili uciszyć kobiety ograniczając im możliwość wysławiania się, nauki i zamykając je w domach. Ale nie ma z ich strony jakieś agresji, jakiś bardziej żywych uczuć, które mogłyby tą decyzję tłumaczyć. Mąż Jean McClellan, głównej bohaterki, jest bardzo pasywny. Niby jej współczuje, niby namawia do pewnej współpracy by mogła zyskać trochę wolności, ale kiedy ponownie zostaje zakuta w opaskę zliczającą słowa nie protestuje.
Z drugiej strony nasza bohaterka ma na boku romans z kolegą z pracy. Gloryfikuje go i nosi jego dziecko. W pewnym momencie stwierdza wprost, że nie kocha już męża, nie może go jednak porzucić, bo odcięcie się od męża, zdrada i cudzołożenie jest surowo karane. Oznacza to definitywne wykluczenie ze społeczeństwa. Sama uciec również nie jest w stanie, bo jej, jako kobiecie, odebrano paszport i możliwość jakiś szerzej zakrojonych podróży bez męża u boku.
Bardzo dziwna wizja, bardzo.
Jest też taka sytuacja, kiedy to najstarszy syn naszej bohaterki donosi na swoją dziewczynę i skazuje ją na dożywotnią pracę i zgolenie włosów z głowy w ramach potępienia. Jej ojciec, kiedy odpowiednie służby wywlekają jego córkę z domu nie robi absolutnie nic. Nie uspokaja nawet żony, która nic nie robiąc sobie z ograniczeń wrzeszczy ze zgryzoty i zgrozy i przekracza limit za co karą jest rażenie prądem. Wielokrotne.
____________________________________
Pamiętajcie proszę o Australii. Nie przejmuję się tymi ofiarami w ludziach, nie, jakoś nie. Przeraża mnie los zwierząt. Dorzućcie się do jakieś zbiórki podobnie jak ja.
2 sty 2020
Historie dobre i historie złe.
Przychodzę tu dziś z dwiema książkami. Jedna jest świetna, druga po przeczytaniu wzbudza uczucie niedosytu i wykrzywia usta, bo zakończenie niczego ciekawego nie przyniosło.
Może zacznijmy od tej drugiej i wyrzućmy to z siebie.
Powieści Harlana Cobena nigdy wcześniej nie miałam okazji przeczytać. Jego książka "W domu" trafiła na moją półkę w ramach książkowej wymiany organizowanej na Poznańskich Targach Książki, na początku zeszłego roku. Ponieważ zebrała już dostateczną ilość kurzu, a tegoroczna edycja Targów zbliża się wielkimi krokami (będzie w marcu) postanowiłam przeczytać książki, które wtedy z Małżem przywieźliśmy.
Pomińmy fakt, że nie sprawdziłam w ogóle informacji o tej książce. Może gdybym to zrobiła to wcale bym jej nie zaczynała, bo okazało się, że to 11 tom z serii o nijakim Myronie Bolitar.
Sprawdziłam po tym jak skończyłam ją czytać i pomyślałam, że to taki strzał w kolano z jednej strony. Bo może gdybym zaczęła czytać jak wypada czyli od początku śledziłabym losy Myrona z nadzieją, że z książki na książkę będzie lepiej, a tymczasem załapałam się na koniec ogonka i to w dodatku mocno średni. Nic mi się w tej książce nie podobało po zakończeniu lektury. Cały czas człowiek liczył na jakiś szalony punkt zwrotny, coś co zatrzęsie tą książką i przyprawi o palpitacje serca, ale nic takiego nie nastąpiło. Co zabawne, czytałam tą historię z jakimś ślepym uporem, bo chciałam wiedzieć o co chodziło, co się stanie na końcu. Książka, jak teraz widzę, ma wiele pozytywnych opinii, a ja nie wiem dlaczego. Bohaterowie byli jacyś zabawni, ale nie wiem... W taki dziwny sposób. Bo obok Myrona stoi Win, kimkolwiek on jest, ale jest oczywiście świetny w swej robocie. Aż za świetny. I razem rozwiązują różne sprawy kryminalne.
Zakończenie być może i zaskakiwało, ale cała droga jaką trzeba było przebyć by się na nie załapać trochę zniechęcała. Miałam wrażenie, że Coben pisał i pisał, aż wreszcie mu się znudziło i postanowił zagadkę rozwiązać.
W drugim przypadku sprawa miała się całkiem inaczej. Alex Michaelides wodził czytelnika za nos od samego początku aż już przebierało się nogami ze zniecierpliwienia. Nagle nad głową czytającego zapalała się taka komiksowa żaróweczka, a mózg krzyczał 'nie!'. "Pacjentka", bo o tym thrillerze teraz mowa, okazała się być świetną, zwięzłą (bardzo szybko się skończyła, za szybko) i wciągającą pozycją. Nie miałam czego słuchać, a audiobook ten był dostępny w ramach abonamentu Empiku, więc by w ogóle czegoś słuchać wybrałam tą historię. Też nie sprawdzałam wcześniej informacji o niej, ale w przeciwności do "W domu" okazała się być strzałem w dziesiątkę. Zakończenie wbijało w fotel. Pozycja dla osób lubiących i nie bojących się psychologii, bo mnie osobiście zawsze trochę martwi na wieść o tym jak człowiekowi może pomieszać się w głowie. I że czasem, wcale nie stajemy się kimś kto sobie nie radzi i po prostu potrzebuje pomocy. Czasem stajemy się czymś o wiele gorszym, czymś co wcale nie potrzebuje pomocy w dobrym tego słowa znaczeniu.
____________________________________________
"W domu" to pozycja ze stosu hańby. Teraz czytam "Zamianę" i to będzie kolejna pozycja, która ten stos uszczupli.
Całkiem nieźle jak na początek roku.
Może zacznijmy od tej drugiej i wyrzućmy to z siebie.
Powieści Harlana Cobena nigdy wcześniej nie miałam okazji przeczytać. Jego książka "W domu" trafiła na moją półkę w ramach książkowej wymiany organizowanej na Poznańskich Targach Książki, na początku zeszłego roku. Ponieważ zebrała już dostateczną ilość kurzu, a tegoroczna edycja Targów zbliża się wielkimi krokami (będzie w marcu) postanowiłam przeczytać książki, które wtedy z Małżem przywieźliśmy.
Pomińmy fakt, że nie sprawdziłam w ogóle informacji o tej książce. Może gdybym to zrobiła to wcale bym jej nie zaczynała, bo okazało się, że to 11 tom z serii o nijakim Myronie Bolitar.
Sprawdziłam po tym jak skończyłam ją czytać i pomyślałam, że to taki strzał w kolano z jednej strony. Bo może gdybym zaczęła czytać jak wypada czyli od początku śledziłabym losy Myrona z nadzieją, że z książki na książkę będzie lepiej, a tymczasem załapałam się na koniec ogonka i to w dodatku mocno średni. Nic mi się w tej książce nie podobało po zakończeniu lektury. Cały czas człowiek liczył na jakiś szalony punkt zwrotny, coś co zatrzęsie tą książką i przyprawi o palpitacje serca, ale nic takiego nie nastąpiło. Co zabawne, czytałam tą historię z jakimś ślepym uporem, bo chciałam wiedzieć o co chodziło, co się stanie na końcu. Książka, jak teraz widzę, ma wiele pozytywnych opinii, a ja nie wiem dlaczego. Bohaterowie byli jacyś zabawni, ale nie wiem... W taki dziwny sposób. Bo obok Myrona stoi Win, kimkolwiek on jest, ale jest oczywiście świetny w swej robocie. Aż za świetny. I razem rozwiązują różne sprawy kryminalne.
Zakończenie być może i zaskakiwało, ale cała droga jaką trzeba było przebyć by się na nie załapać trochę zniechęcała. Miałam wrażenie, że Coben pisał i pisał, aż wreszcie mu się znudziło i postanowił zagadkę rozwiązać.
W drugim przypadku sprawa miała się całkiem inaczej. Alex Michaelides wodził czytelnika za nos od samego początku aż już przebierało się nogami ze zniecierpliwienia. Nagle nad głową czytającego zapalała się taka komiksowa żaróweczka, a mózg krzyczał 'nie!'. "Pacjentka", bo o tym thrillerze teraz mowa, okazała się być świetną, zwięzłą (bardzo szybko się skończyła, za szybko) i wciągającą pozycją. Nie miałam czego słuchać, a audiobook ten był dostępny w ramach abonamentu Empiku, więc by w ogóle czegoś słuchać wybrałam tą historię. Też nie sprawdzałam wcześniej informacji o niej, ale w przeciwności do "W domu" okazała się być strzałem w dziesiątkę. Zakończenie wbijało w fotel. Pozycja dla osób lubiących i nie bojących się psychologii, bo mnie osobiście zawsze trochę martwi na wieść o tym jak człowiekowi może pomieszać się w głowie. I że czasem, wcale nie stajemy się kimś kto sobie nie radzi i po prostu potrzebuje pomocy. Czasem stajemy się czymś o wiele gorszym, czymś co wcale nie potrzebuje pomocy w dobrym tego słowa znaczeniu.
____________________________________________
"W domu" to pozycja ze stosu hańby. Teraz czytam "Zamianę" i to będzie kolejna pozycja, która ten stos uszczupli.
Całkiem nieźle jak na początek roku.
29 gru 2019
Na koniec roku.
Jak wielu innych blogerów postanowiłam poczynić pewne podsumowanie roku, ot, raczej tak z ciekawości, bo żadnych zaskakujących faktów nie odkryję. Póki jednak Lubimy czytać nie wprowadziło na stałe tej szkaradnej wersji beta, można się nim posłużyć i zajrzeć w statystyki. Swoją drogą, jeśli ta beta przejdzie, to ja zaczynam wszystko zapisywać w jakimś kajecie.
Wyszło na to, że przeczytałam 37 książek. Plus minus jedna, bo "Listy niezapomniane" widnieją w sekcji 'teraz czytam' już tak długi czas, że wypadałoby je wreszcie skończyć, no ale to listy, więc trudno to objąć raz w całość i zamknąć.
Rok otwarłam trylogią Pękniętej Ziemi,później była też ta młodzieżowa trylogia z Maxton Hall, w międzyczasie mniej czy bardziej fajnych książek trochę się uzbierało. Paskudna była "Złota klatka" i książka o Bridget Jones, która w końcu zostaje matką. Wspominając "Złotą klatkę" należy wspomnieć tu sagę o Fjallbace, którą poznawałam głównie w wersji audio, ale nawet jej przystępność w takiej formie nie skłoniła mnie do tego by przesłuchać wszystkie dostępne tomy. W ogóle książek do słuchania było o wiele więcej niż w roku poprzednim, nawet "To" nie było mi straszne. Wracając na moment do paskudnych książek, były przecież jeszcze "Jej wisienki". Stanowczo przereklamowane. A co było dobre i co miło wspominam? Zdecydowanie "Nóż" od Nesbo. Nie ostatni Harry Hole, ale strach się bać co będzie w ostatnim. Książki od Kristin Hannah czyli "Słowik" i "Ogród zimowy". Bardzo ciekawą była książka o dzieciach, które za ojca miały nazistę. Fajnie było tez się dowiedzieć jak powstawał serial "Przyjaciele" i poznać "Annę Kareninę". Uśmiałam się na końcu z Clarksonem, bo przeczytałam jego ostatni i pierwszy zbiór felietonów. W międzyczasie zdobyłam już kolejne i brakuje mi dwóch książek do pełnej serii, ale myślę, że niedługo ją zamknę i będę mogła czytać dalej. Nie mam akurat drugiej i trzeciej części, a chciałam zachować jakąś ciągłość, nie tak skakać bezsensownie.
Nie przeczytałam, ani nie dorzuciłam do stosu hańby żadnej z książek Tokarczuk.
Zostałam książkowym Mikołajem dla biblioteki.
Nie zawładnęłam instagramem (nie żebym na to liczyła), ale przybyło kilkunastu obserwatorów bloga, których pozdrawiam.
Ach, no i obejrzałam Netflixowego "Wiedźmina". W gruncie rzeczy fajny, dorobiłabym jedynie Geraltowi kilka zmarszczek, bo twarz aktora jest taaaka ideaaalna...
Czytelniczo zróżnicowany rok. Oczywiście z tym postanowieniem, że książek nie będę kupować poległam z kretesem. W zasadzie kiedy to piszę, przybyła mi kolejna, bo Małż był tak miły, że kupił mi "Pokój Motyli" w owadzim dyskoncie. Starałam się kupować z drugiej ręki, jednak Empik też na mnie trochę zarobił, przez wprowadzenie swojego programu Premium.
Na sam koniec roku zostawiłam sobie thriller od Cobena "W domu". Pomyślałam, że to całkiem dobry wybór by otrząsnąć się z tych wszystkich świątecznych światełek i błyskotek. Nigdy z jakimś utęsknieniem nie czekałam na święta i choć nie tępię ich, to rada będę kiedy to się wreszcie skończy.
Postanowień nie robię. Kiedy chcę to czytam, kiedy chcę to ćwiczę. Nie mogę ograniczać pracy, bo jestem na takim etapie życia, że potrzebuję tego co praca daje (chodzi o pieniądze, a nie zmęczenie czy wrzody żołądka).
Czego wam życzyć na Nowy Rok? Spełnienia marzeń? Wielu wspaniałych książek? Tanich i wspaniałych książek? Magicznie rozciągających się regałów i półek? Ależ proszę bardzo.
Najlepszego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



