31 sty 2020

To i owo 7.

Doczekałam wreszcie wolnej soboty, więc aktualnie z tego niesamowitego wrażenia jakie wywołuje pewność wolnego dnia jutrzejszego łykam ibuprom, bo głowa mnie boli.

Tak sobie więc siedzę i czekam na jakiś odmóżdżacz w tv. Nim się zacznie przeglądam sobie facebooka. Wywalił mi przypomnienie o wydarzeniu na które kiedyś się natknęłam. Mam nadzieję, że po kliknięciu tutaj będziecie mogli o nim przeczytać. Zainteresowałam się nim, bo dlaczego nie, za to nie biją.

Miło, prawda?

Gdzieś się zaszyć, poczytać i pomyśleć... A tym bardziej kiedy jeszcze ktoś się by mną zajął, och, poezja.

Nie żebym nie mogła żyć bez szlajania się po hotelach i wszelakich spa. W gruncie rzeczy jakoś nie pociągają mnie kwestie spędzania całych godzin w fotelach u kosmetyczek czy fryzjerów, ale masażem czy tymi lampami antydepresyjnymi w szczególności to bym nie pogardziła. Im starsza jestem tym gorzej przechodzę kolejne zimy. Jesienie nie są takie tragiczne, ale zimy to mordęga.

Później zerkam na cenę tego całego interesu i momentalnie zdrowieję.

 * * *

To ja może naleję sobie wody do prywatnej wanny, dorzucę soli czy innych ingrediencji i pomarudzę nad okładką tej książki.



Bo okładka naprawdę mi się podoba. Ładne, tłoczone złote litery na czarnym tle. Ilustracja, z gatunku intrygujących, nie narzuca się jednak zbytnio, można mieć nadzieję, że odda klimat powieści.

I coś czego nie rozumiem i co sprawia, że głowa zaczyna mnie boleć ponownie.

Ja wiem, że ta autorka jest autorką bestsellerowego "Słowika". Nie muszę się na samym początku zastanawiać "czy istnieją granice przebaczenia?". Nie można było tego pominąć? Mnie to osobiście razi. Nie ma u nas tak wielu okładek, które są naprawdę ładne czemu więc psujemy już te które w miarę się udały?

 * * *

To może chociaż jakiś wosk zapachowy i Clarkson?

27 sty 2020

"Czerń i purpura", W. Dutka.

Jeśli ktoś myśli, że "Czerń i purpura" to romans w dodatku podlany emocjami, egzaltacją i strachem, bo akcja dzieje się w obozie koncentracyjnym pomiędzy Żydówką, a jednym z esesmanów to niech powstrzyma swędzące łapki i odetchnie głębiej. Proszę ograniczyć emocje.



Ta książka jest jak sam obóz. Straszna. Długa jak pobyt w nim. Przykra. Niesamowita.

Nie ma tutaj jakiś płomiennych wybuchów miłości. Nie ma karkołomnych ucieczek. Potajemnych schadzek.

Jest bardzo skromne i jednocześnie piękne uczucie dwóch osób, które tą miłością darzyć się nie mogły. Jest to najlepsza z wersji miłości, która mogła tam powstać, bo opierała się na niesieniu pomocy i otaczaniu opieką.

Na początku książki poznajemy naszych bohaterów: Franza Weimerta i Milenę Zinger. Ona pochodzi ze Słowacji, a on z Austrii. Autor opisuje ich życia i drogę w wyniku której znaleźli się w obozie. Milena jako Żydówka trafiła tam pod przymusem, a Franz jako młody chłopak wstępuje najpierw do Hitlerjugend, a później do SS, a później już wybierając między jednym, a drugim złem wybiera Auschwitz.

Franz jako esesman miał oczywisty zakaz jakichkolwiek kontaktów z Żydami, pomijając lżenie, bicie, torturowanie i zabijanie. Milenę poznał na urodzinowej imprezie, na której ta śpiewała dla wroga. Kobieta, jako więźniarka i w dodatku takiego a nie innego wyznania, w Auschwitz nie znaczyła praktycznie nic. Jednak tego wieczoru w sercu esesmana zaczyna kiełkować uczucie, które nakazuje mu ściągnąć ją do swojego komanda gdzie dziewczyna zaczyna pracę przy sortowaniu Żydowskiego mienia jakie zostało przywłaszczane przez Hitlerowców.

Także nie liczcie na płomienny romans, naprawdę nie. Nie liczcie też na prawdziwie dobre, cukierkowe zakończenie. Możecie za to oczekiwać ładnej, interesującej historii. Mnóstwa faktów, choć te w zasadzie są przerażające i odpychające. Znienawidzicie Tłustą Ingę, ale niektórzy z bohaterów zaimponują czy zatrwożą i sprawią, że zaczniecie się zastanawiać czym tak naprawdę jest bohaterstwo czym bestialstwo i gdzie kończy się granica pomiędzy nimi, pomiędzy dobrem i złem.

Autor oparł swoją historię na prawdziwych wydarzeniach co pozwało myśleć, że nawet w najczarniejszym i najstraszniejszym miejscu na świecie jakie mogło powstać zdarzały się dobre rzeczy i można było znaleźć osobę, która nie będzie do szpiku kości przesycona tym co najgorsze.

Jest to ten typ historii w którym choć akcja czy wydarzenia nas odpychają i zniechęcają to sięgamy po nią, bo chcemy wiedzieć co będzie dalej. Boimy się o bohaterów, bo zdążyliśmy ich już polubić. Weimert przechodzi wewnętrzną przemianę, Milena nigdy go nie zdradza.

To chyba jedna z lepszych książek jakie zdarzyło mi się  przeczytać. Podparta faktami i zawierająca w sobie historię prawdziwych ludzi o których szczególnie dziś należy pamiętać.

24 sty 2020

Piątkowy wieczór w odcieniach czerni i purpury.

Popijam herbatę o smaku truskawki i mango. Czytam "Czerń i purpurę". Idę jutro do pracy.

A później sobotnie popołudnie i skoki i wolna niedziela czyli, że jest się z czego cieszyć.

Czemu "Czerń i purpura"? No cóż, tak akurat się złożyło, że jeszcze trochę, a będziemy obchodzić rocznicę wyzwolenia obozu w Oświęcimiu. Ale dlatego też, że znalazłam na Pintereście coś co nazwano wyzwaniem, ale ja traktuję to raczej jako wskaźnik czy też wytyczne odnośnie wyboru lektury. Wygląda to tak:


Dlatego "Czerń i purpura". To dobrze, bo choć chciałam ta książkę przeczytać od momentu zakupu to jednak jakoś nie mogłam po nią sięgnąć. Jestem teraz mniej więcej w połowie i główni bohaterowie dopiero się ze sobą pierwszy raz spotkali. Zacna historia. Bardzo przyjemnie się czyta, a mi dodatkowo bardzo podoba się wplecenie prawdziwych nazwisk i prawdziwych postaci, no, przynajmniej osnucie pomysłu fabuły na wydarzeniach które miały miejsce i osobach, które istniały.
Wystarczy wygooglować "Franz Wunsch".

Chyba porzucę fantastykę na rzecz takich właśnie historii.

W ogóle kiedy człowiek choć trochę bardziej zagłębi się w historię obozów i osób tam 'pracujących' może wsiąknąć na dobre i przepaść z kretesem.

Bardzo ciekawa jest też kwestia wybaczenia. Mój dziadek podobnie jak dzisiejszy gość Michała Olszańskiego w "Godzinie prawdy" był w Auschwitz. Stanisław Zalewski zapytany przez dziennikarza o wybaczenie tego co go spotkało nie potrafił odpowiedzieć. Nie mógł jednoznacznie przyznać, że wybacza. Dziadek też rzadko o tamtym okresie swojego życia mówił, ja jako dzieciak nie słyszałam nigdy żadnych opowieści o wojnie, choć wiem, że zachowały się dokumenty i kaseta z wywiadem jakiego kiedyś udzielał odnośnie tego co spotykało wtedy ludzi. Muszę po prostu poszukać.

19 sty 2020

Bo jeszcze jest kogo posłuchać.

Cóż może mnie gnieść i męczyć? Och, dużo rzeczy.

Ostatnio na przykład sytuacja w Trójce.

Nie, nie jestem jakimś totalnym fanem tego radia. Lubię słuchać ogólnie. Lubię poranki z Łukawskim i Hanke. Lubię Barona, Stelmacha, Strzyczkowskiego w duecie z Wałkuskim. Lubię "Listę". Lubię Manna w piątkowe poranki, bo on lubi puścić coś mocniejszego. Polubiłam w końcu Gacek (Gackową?) i kiedyś najnudniejszą dla mnie piątkową audycję kiedykolwiek czyli "Godzinę prawdy" Olszańskiego.

Są dla mnie rodziną, którą spotykam w pracy, bo w każdym miejscu jeśli tylko ja mogę wybierać stację jest to Trójka.

Od kilku lat kiedy to zaczęli drogę polityczną wytyczać nam światli i bez żadnej skazy na duszy powstało hasło 'dobra zmiana'. I ta dobra zmiana sprawiła, że z Trójki jak i z innych stacji czy to radiowych czy telewizyjnych zaczęli znikać ludzie. A to kogoś zdegradowali, a to kogoś zwolnili, a to nie przedłużyli umowy.

To ostatnie spotkało w Trójce autora audycji "Raport o stanie świata" Dariusza Rosiaka. Nie jestem zwolenniczką takich programów, bo jakoś tak zawsze wychodzi, że wolę te muzyczne, ewentualnie są też emitowane w takich godzinach w których radia nie słucham. Ponieważ jednak od jakiegoś czasu śledzę stronę na fb poświęconą Trójce zobaczyłam jak wielkie poruszenie wśród fanów to wywołało. Tym bardziej, że pan Rosiak nie mógł poprowadzić nawet dwóch ostatnich audycji, które jakoby do końca stycznia miałyby powstać.

Nie od dziś wiadomo, że przejęcia władzy nie są miłe. Mogą się kończyć tak jak w słuchanej ostatnio "Vox", ewentualnie też mogą dotykać innych obywateli, nie tylko kobiet.

Nie dziwię się, że ludzie są poruszeni. Nie dziwię się, że myślą nad jakimś sposobem dzięki któremu zmuszą aktualną dyrekcję Trójki od ustąpienia i do przywrócenia do pracy wszystkich dziennikarzy, którzy polecieli.

Dziwi mnie natomiast to, że piją do tych którzy zostali. Do Metza, do Stelmacha... Czepiają się ich, że nic nie mówią na antenie, że nie stawiają oporu, nie piszą listów otwartych. No, kurczę. To ich praca, nikt nie chce jej stracić, prawda? Póki mogą trzymają się jeszcze razem. Skąd pewność, że kiedy zaczną nie stanie się coś takiego jak zwolnienie grupowe i nastanie cisza w eterze, albo przekształcą Trójkę w kolejną stację, która puszcza tą samą muzykę co wszystkie inne? Po ilu rozgłośniach później się rozejdą? Kto w ogóle wróci do pracy?

Ludzie piszą to tak jakby w tych czasach obowiązywały jeszcze jakiekolwiek ideały o jakich lubi mówić prezydent czy premier. Może i obowiązują, ale to są tylko ich ideały, ich wizje. Wiedzą jak sprawić by choć iluzorycznie ale ich ideały podzielał naród. Naród dostaje za to pieniądze i nawet nie zdaje sobie sprawy, że te pieniądze są jednym wielkim długiem.

Oczywiście, że szkoda mi Trójki.

Ale dajcie sobie spokój z wymaganiem od innych jakichkolwiek działań. Oni są tylko ludźmi.

17 sty 2020

"Czerwony notes", S. Lundberg.

Tak sobie słuchałam i słuchałam i życzyłam sobie, żeby ta książka nie miała dobrego zakończenia. Nie, nie, nie... Bo by ono nie pasowało, bo to powinno się skończyć właśnie tak że...


Poznajemy Doris. Sympatyczna pani mieszkająca samotnie w Sztokholmie. Ma 96 lat. Doris ma Jenny. Jej jedyna żyjąca krewna żyje jednak dość daleko, bo w Stanach Zjednoczonych. Rozmawiają ze sobą przez Skype'a. Doris spisuje swoje wspomnienia. Robi to dla Jenny. Przegląda swój czerwony notes, który przed wielu laty dostała od ojca. Śledząc spisane w nim imiona i nazwiska poznajemy historię życia staruszki. 

Lubię książki, które opowiadane są z perspektywy teraźniejszości i przeszłości. Wraz z bohaterką cofamy się w czasie by śledzić jej dość burzliwe losy. Wcześnie straciła ojca, po krótkim czasie matka odprawiła ją z domu. Pracowała jako służąca, później wyjechała do Paryża.

Wszystko byłoby fajnie gdyby nie to dobre zakończenie. Postać Doris jest postacią z gatunku tych co wiatr im w oczy cały czas. Praktycznie wyrzucona z domu. Wyjeżdża do kompletnie obcego kraju bez znajomości języka. Owszem, dzięki swej urodzie może pracować jako modelka w domach handlowych Paryża, ale cóż z tego kiedy już wkrótce umrze jej matka, a siostra, która żyła do tej pory z nią w Szwecji nagle zjawia się we Francji?

Pewnego dnia, kiedy opiekunka się spóźnia Doris będąc głodną wstaje i powolutku idzie w stronę szafki w której ma schowane czekoladki. Przewraca się, w wyniku czego łamie kość i zostaje uziemiona w szpitalu.
Przylatuje do niej Jenny. Jenny, która kocha Doris jak matkę, której praktycznie nigdy nie miała.

Sprawa idzie o niespełnioną miłość z młodości głównej bohaterki. Ileż to przeciwności losu i złośliwych przypadków sprawiło, że nigdy nie była ze swym ukochanym. Nigdy tak naprawdę nie zaznała szczęścia, a jej los był pasmem nieszczęść przeplatanych maleńkimi uśmiechami losu, takimi tylko by dało się przeżyć.

Wiem, że to być może i straszne i złe, ale wydaje mi się, że czasem nie jest wskazane kończyć książki dobrze. Tak na siłę, że oto nagle jeden strzał, jedna szansa na milion, ale, cudownie, się udaje i ooooo... Po prostu się udaje.

Nie.