16 lis 2019

"Jej wisienki", P. Bloom.

Nastały te czasy kiedy jesienna chandra osiągnęła apogeum. Wychodzę rano z domu i jest ciemno. Wracam do domu i jest ciemno. Poniedziałek nie bardzo chce się różnić od piątku czy nawet soboty. Obowiązkowe nabijanie kilometrówki na orbitreku i spanie. Na takie właśnie czasy na kindlu czekały na mnie "Jej wisienki", ale dobrze się stało, że przeczytałam tą książkę na początku listopada.

Nie była w stanie mnie rozbawić. Ani trochę.

Te wszystkie zachwyty nad nią były zupełnie chybione. Strach pomyśleć co mieli na myśli ludzie, którzy pisali, że to lepsza książka niż ta pierwsza z cyklu, "Jego banan". To musiał być totalny gniot.

Mamy sobie Hailey, młodą właścicielkę piekarni, która nie bardzo ma skąd wysupłać pieniądze na czynsz. Ma też byłego chłopaka, który ciągle ma nadzieję, że coś się zmieni między nimi.
Mamy sobie Williama. Typowego bogatego pajaca, który myśli, że może wszystko. Przy okazji jest też kleptomanem, który ze swojego problemu próbuje uczynić coś jakby sztukę, bo stworzył pomieszczenie na kształt galerii rzeczy skradzionych.

Oczywiście zaczynają się z sobą spotykać, wypadki się dzieją, a oni zostają parą.

To przykre, że ludzie piszą takie książki, wydawnictwa je wydają i jeszcze wykładają pieniądze na promocję. Zastanawiają mnie tez ludzie, którzy piszą pozytywne opinie na temat podobnych historyjek. Szczerze, tak naprawdę szczerze, z ręką na sercu, im się ta książka podobała?

Nie stawiałam tu nie wiem jak wysoko poprzeczki. Chciałam się po prostu odprężyć i trochę pośmiać. Umęczyłam się jednak okropnie brnąc uparcie przez historię o wiśniowej tarcie. Takie to wszystko było niedopracowane i rozbite. Tu jakaś była Williama, tu jego pazerni rodzice jak urwani z choinki i ta babcia Hailey, skończona hazardzistka...

Aż samej siebie mi żal, że tak czekałam na tą książkę.

Trzeba przyznać, że kryzys jest i to poważny. Książek tyle, a czytać mi się nie chcę. Zapodaję sobie tylko kolejne audiobooki z serii Harry'ego Pottera i zastanawiam się czemu są w nich takie różnice, bo w "Czarze Ognia", którą czyta Wiktor Zborowski mój ulubiony profesor od czarnej magii nazywa się 'Lupę' (brzmi bardzo francusko), a kiedy książkę czyta Fronczewski jest już profesorem Lupinem. Tak samo sprawa tyczy się jednego z domów. 'Slajterin' a Slytherin. Drażni to. Zborowski ma jakiś dziwny akcent. W ogóle czemu akurat Zborowski? Myślałam, że czytał tylko Fronczewski. Nic tu nie pasuje.

6 lis 2019

"Dzieci Hitlera", G. Posner.

Kiedyś na insta ktoś zachwycał się jedną z książek traktujących o rzeczywistych wydarzeniach. Nie pamiętam już o jaką książkę chodziło, ale ta osoba pytała też czy lubimy taki typ literatury. Napisałam, że nie, że mój tata taką bardziej woli.

Mnie w zupełności zawsze zadowalała fikcja.

Ostatnimi czasy, bo oczywiście w środowisku też to odnotowano, podobnie jak wielu innych książkoholików, zaczęłam poczytywać książki o wojnie w których autor osadził jakąś w pełni czy w części zmyśloną historię. Zazwyczaj są to historie o miłości. Pomyślałam jednak, że fajnie by było gdyby nie o to zawsze chodziło, przynajmniej nie o miłość na linii kobieta - mężczyzna. A co jeśli mowa o miłości ojcowskiej względem dziecka?

W bibliotece moją uwagę przykuła książka Geralda Posnera "Dzieci Hitlera". Mowa w niej o potomkach nazistów, o tych którzy zdecydowali się coś autorowi powiedzieć o relacjach jakie łączyły ich z ojcami. W książce wspomina się tylko o ojcach. No cóż, matki siedziały w domach i nie przygotowywały planów wojennych.


Historie są przeróżne, a w niektóre naprawdę trudno uwierzyć. Bo jak można być synem generalnego gubernatora i nie wiedzieć czym tak naprawdę było getto i Auschwitz? Bardzo dziwna jest też historia Josefa Mengele i jego syna Rolfa. Niektóre postaci są dość intrygujące, bo wydawać by się mogło, że sędziowie nie zawsze są sprawiedliwi i ktoś kto miał być oprawcą jawi się nam jako ofiara.

Jeśli nikomu nic nie mówią nazwiska takie jak Frank, Saur, czy Goring niech się nie martwi. Autor przytacza życiorysy opisywanych nazistów, więc będzie wiadomo o kogo chodzi i co ten ktoś zrobił. Są zdjęcia.

Uważam, że to niesamowity plus, te zdjęcia i życiorysy, bo przyznam się szczerze, że o II Wojnie Światowej wiem mniej niż więcej. Wiedza ze szkoły już dawno wyparowała, a jeśli mam ją ponownie przyswoić to wolę takie książki niż podręczniki.

Relację ojców i ich dzieci jak wspominałam są różnorodne. Jedni starają się zrozumieć. Nie pochwalają. Drudzy się dystansują. Trzeci ostro potępiają i chcą się odciąć od takiego ojca. Te historie są bardzo ciekawe i pokazują, że tak naprawdę działania które podejmowali naziści nie dotykały tylko tych, których zbiorowo nazywa się 'ofiarami'. Dotykały również osób o których się nie myśli od razu kiedy przed oczami wyskakuje nam hasło 'zbrodniarz wojenny'. Może to nie była typowa przemoc, nie był to głód czy zimno. Coś jednak za ich dziećmi się ciągnie i często kładzie cieniem na ich życiu.

Jeśli komuś ta książka wpadnie w ręce niech czyta.

2 lis 2019

"To", S. King.

Dawno temu spotkałam się z krótką, bardzo ogólną opinią o tej książce. Ot, ktoś chyba miał pewne wyobrażenie i nie zweryfikował go myśląc, że we wszystkich bajkach grupka dzieciaków pokonuje zło, które na nie dybie. Odbywa się to szybko, łatwo i przyjemnie.

W gruncie rzeczy "To" można określić jednym przymiotnikiem. "To" jest trudne. Trudne do czytania, trudne do zabierania ze sobą, trudne do trzymania w dłoniach. Trudne do ogarnięcia. Trudne do zrozumienia.

Historyjka niby prosta. Dzieci - strach - zło - walka - zwycięstwo. W naprawdę wielkim skrócie.

Jak to u Kinga bywa bohaterowie są odmalowani bardzo realistycznie, całe Derry, czyli miejsce występowania "Tego" również. (Sonia Kaspbrak jak dla mnie została najbardziej wyrazistą bohaterką, choć nie gra w tej historii pierwszych, drugich czy nawet trzecich skrzypiec. Jej solowy występ w szpitalu na długo zapada w pamięć (choć w tym przypadku to niewątpliwie zasługa lektora)). Bardzo to u niego lubię, bo dowiaduję się wielu rzeczy z życia przeciętnego Amerykanina żyjącego w roku 1958. Strona obyczajowa powieści jest jak zwykle dopracowana na najwyższym poziomie. W pewnym sensie momentami przebija to nawet warstwę fabularną, trochę ją podreperowuje.

Bo książka podobała mi się, owszem, ale do czasu. Jak pisałam wcześniej akcja w pewnym momencie przestała mi się zazębiać. Na początku wszystko fajnie się zgrywało, pasowało, a później, nie wiem nawet kiedy, chyba wtedy kiedy stery przejmują dorosłe wersje naszych bohaterów czegoś zaczyna brakować. (Nie pojmowałam też w czym miałby pomóc seks smarkaczy.) Powiedzmy że ta część książki, która opowiada o życiu Frajerów za młodu wciągnęła i przeraziła mnie bardziej niż reszta.

Wiele matek dostałoby pewnie palpitacji serca na wieść co w czasie wolnym porabiają ich pociechy. A pociechy z Derry miały dość interesujące zajęcia. Budowali tamę. Uciekali przed starszymi, agresywnymi chłopakami. Budowali lepianki, w których później odbywały się spotkania Frajerów i wdychali w nich dym. Mierzyli się z tym o czym dorośli nie mieli pojęcia. Z wilkołakami, wielkimi ptaszyskami, mumiami i trędowatymi. Wszystko to było jednym, było to Tym, które terroryzowało miasteczko od niepamiętnych czasów. To żywiło się i strachem i krwią i ciałem. Mieszkało w kanałach i przybierało różne formy, najczęściej klowna, który rozdawał baloniki. Maczało to palce we wszystkich krwawych masakrach jakie miały miejsce w Derry, a biorąc pod uwagę wielkość i ilość mieszkańców miasteczka było tego stosunkowo bardzo dużo.

Bill Denbrough traci brata. Kilkuletni George wychodzi na dwór z papierowym statkiem, który zrobił mu rozłożony chorobą brat. Kiedy śledzi płynący stateczek napotyka się u wylotu kanału na klowna. To z najgorszych spotkań z klownem George'a kończy się oderwanym ramieniem i śmiercią dziecka.

Dorosły Bill wraz z przyjaciółmi wraca do Derry by ostatecznie pokonać To i przerwać ciągnącą się od wielu lat makabrę.


Ta książka jest okropnie długa. Jest jednak wspaniale napisana czego Kingowi nigdy nie można było odmówić. Jak jednak bywa w moich relacjach z tym autorem koniec książki wydaje mi się zbyt krótki, zbyt nijaki, potraktowany można by powiedzieć po macoszemu, bo jakoś to trzeba było skończyć. Nie wiem jednak co można by dać w zamian. Pozostaje zwyczajowy niedosyt, który chyba jest jednak spowodowany moim niezrozumieniem niż brakami u autora.

Choć mam papierową wersję, książkę przesłuchałam w wersji audio. Lektor jak wspominałam robił to niesamowicie. Książkę czytał Leszek Filipowicz i choć nie przesłuchałam zbyt wielu jeszcze audiobooków ten lektor zalicza się do tych, których będę bardzo lubiła (choćby za interpretację też już wspominanej Sonii Kaspbrak). Gdyby nie to, że można było jej wysłuchać nie poznałabym nigdy tej historii, bo sam widok tej książki budził we mnie przerażenie i wewnętrzny opór, bo 'jednak jest za gruba, daj spokój'. Było to ponad 54 godziny słuchania tekstu, nie jestem w stanie powiedzieć jak długo czytałabym książkę sama.


Został jeszcze "Bastion". Też podobny gabarytowo.

27 paź 2019

To i owo 6.

Facebook wyświetlił mi w dziale wspomnień post sprzed kilku lat, w którym to podobnie jak reszta ludzi zauważyłam, że spadł śnieg. Patrząc na to co za oknem śniegu teraz nie powinnam się spodziewać. Może jednak lepiej by było, bo moja jesienna chandra osiągnęła apogeum jakoś w tym tygodniu właśnie. Mimo, że mam do czytania dobrą, lubianą przeze mnie fantastykę, książka leży odłogiem. "To" też mnie trochę znudziło. Do pewnego momentu było fajnie, później, nie wiedzieć kiedy nawet, akcja jakoś przestała mi się zazębiać. Słucham dalej, bo dlaczego nie, dużo już nie zostało, ale na początku miałam z tego większą przyjemność.

Facebook przypomina mi też, że rok temu czekałam w kolejce do Maxa Czornyja. Jego książka, kupiona wtedy na targach, ciągle stoi nieprzeczytana i pokrywa się kurzem. Jak większość książek, które wtedy przywiozłam.

Z powodu tego, że dzisiejszy poranek trwał godzinę dłużej sięgnęłam po tą moją deskę ratunku, po "Jej wisienki" i poczułam nijakie zażenowania kilkunastoma pierwszymi stronami. Nie jestem przyzwyczajona do tak... Infantylnej literatury. Pewnie ją jednak przeczytam, bo sama chciałam.

W Rosji za to robią ciekawsze rzeczy niż ja. Na klatki filmu przenieśli "Tekst" od Glukhovsky'ego. Ciekawa jestem jak to wyszło, choć raczej mam marne szanse na poznanie tego obrazu. W ogóle nie jestem przekonana do takich ostatnimi czasy, bo wspólnie z Małżem oglądam serial na podstawie trylogii "Wayward Pines". W gruncie rzeczy serial sam w sobie fajny, drugi sezon znacznie odbiega od książki... Choć w zasadzie nie, tego w książce w ogóle nie było, bo dzięki drobnym zmianom w fabule można było dalej pociągnąć akcję i dokręcać drugi sezon. Ja, jako zwolenniczka tego, że zazwyczaj 'książka jest lepsza' trochę kręcę nosem.

Jeśli już mowa o filmach Małż zaszalał i kupił trzy części Harry'ego Potter'a wydane na płytach blu ray z dodatkową płytą dvd na której są różne materiały takie jak usunięte sceny, wywiady z reżyserem czy scenarzystą. Tak, trochę to śmieszne, że mając trzydziechę na karku, siedzę przed telewizorem z rozdziawioną paszczą i oglądam materiał o tym jak to wszystko się zaczęło. W ogóle to takie zabawne, bo kiedy miało się te naście lat i nie miało zarobków wiedzę o Harrym gromadziło się głównie z gazet typu "Bravo" czy dodatków w jakiś innych pismach. Pamiętam, kiedyś w "Gali" czy w "Vivie", była cała dodatkowa wkładka, z dużymi portretowymi zdjęciami np. Lucjusza. Szanowało się to, a wycinki zbierało. Teraz kiedy człowiek ma już własne źródło utrzymania wystarczy iść do sieciówki by kupić ciuchy z godłem Gryfonów czy skarpetki z logo serii. Tylko, że teraz to już jednak nie ma takiego jakiegoś uroku. Choć to niewątpliwie miłe i satysfakcjonujące, że można. Film w dobrej jakości też ogląda się o wiele przyjemniej.  

17 paź 2019

"Za Frajerów."

Nie wiem na co się zdecydować.

Jestem już w połowie książki.

 czy

Jestem dopiero w połowie książki*.



Nie wiem też nawet co napisać. Kinga trzeba nazywać 'królem', bo sobie na to zasługuje. Może i nie każdą książką zachwyca, ale "To" jest jak do tej pory świetne. Tak - dłuży się. Z drugiej jednak strony tą dłużyznę bardzo przyjemnie się poznaje. Ktoś chce wiedzieć jak traktowano czarnych mieszkańców Ameryki kilkadziesiąt lat wstecz? Niech tam zajrzy. Ktoś chce wiedzieć jak wyglądało życie w miasteczkach? Niech tam zajrzy. Ktoś chce się przekonać, że dzieci pomimo tego, że bawiły się całymi dniami same i bez telefonów komórkowych, jakoś przeżywały, miały się dobrze i dorastały też niech tam zerknie. Ktoś chce sobie przypomnieć jak to było: bez internetu, z kilkoma kanałami w telewizji? Zachęcam.

Nie wiem dlaczego ta historia budzi we mnie taki sentyment. To nie moje czasy. Nie ten kraj, nie ten kontynent. Może to ta uniwersalność?


________________________________
* Ta pozycja ma ponad 1000 stron i naprawdę nie wiem co wybrać. Co prawda słucham jej, ale mam też książkę i sprawdzam codziennie swoje postępy w... Słuchaniu. Czytaniu.