13 gru 2018

"Jeźdźcy" jako przykład serialu obyczajowego.


Gorący i pełen humoru romans w świecie wyższych sfer.

Hm... Tak właśnie brzmi pierwsze zdanie polecajki, którą wydawca, Zysk i S-ka, umieścił na tylnej okładce.

"Jeźdźcy". Czekałam na tą książkę od momentu kiedy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź gdzieś tam w internecie. Zaczęłam czytać i czytałam szukając w literach tego romansu. Gorącego. Pełnego humoru. Tych wyższych sfer.

Hm...

Na wstępie należy zastopować wszystkich innych, którzy pokierują się zacytowanymi wyżej słowami. Nie gorący. I nie pełen humoru. I romans, ale na pół gwizdka. Jeśli poczytamy zapowiedź wydawcy dalej dotrzemy do czegoś co bardziej odpowiada rzeczywistości: "Jedna z najbardziej popularnych książek obyczajowych w historii Wielkiej Brytanii". Obyczajowych. I tu już zgadza się wszystko. Nie wiem dlaczego otagowano Jeźdźców jako romans. Owszem, są wątki miłosne i to nawet wiele. Rupert (Włedny Łupełt :) ma kobiet na pęczki i nic sobie nie robi z tego, że ma też żonę. Jego przyjaciel Billy może jest w tym temacie trochę bardziej oszczędny, ale nie przeszkadza mu to by kochać się jednocześnie z własną żoną i żoną Ruperta (ot, skromna (i odrażająca dla Helen - żony Rupa) orgietka). Jest wspominany w poprzednim poście Jake, który wiedzie dość wstrzemięźliwe życie pod tym kątem. Jest jego szwagierka i co jest domeną młodości - ciągle poszukuje, zawodzi się, rozpacza, pielęgnuje rany i szuka na nowo. Jest Helen. Wierna dobru dzieci, bez względu na męża. Tory - kompletnie zepchnięta na daleki plan kura domowa. Do tego dochodzi szeroka gama postaci pobocznych, zgraja zawodników, którzy poza alkoholem i końmi nie widzą prawie nic. Komentator, który guzik się zna na swoim fachu i często myli startujących. Są zabawne momenty np. kwestie Lavinni, któła nie wymawia popławnie 'r' czy cała niemiecka drużyna, ktora po prosztu pokaszuje jak pofinno szię szkakacz. Ale to skromna część historii.

Z romansu tu nie ma zbyt wiele, z takiego klasycznego, płomiennego romansu. Dla mnie są to dwie osoby, jakieś tam przeciwieństwa losu (bądź nie), osoby trzecie, bicie się z myślami, gmatwanina itd. Pod koniec książki, autorce w końcu udaje się spotkać z sobą dwoje bohaterów, którzy wydawać się mogło, powinni być osią historii. Ale tu nagle zostało nam jakieś 150 stron (na 850 - sic!), więc gdzie tu rozegrać ten romans tak naprawdę i to płomienny? Kiedy tak sobie czytałam przestałam szukać wybuchów namiętności na stronach i kiedy spojrzałam na książkę jak na serial obyczajowy, to zaczęło się czytać o wiele lepiej. Jak to od serialu - nie mamy zbyt wygórowanych wymagań, ważne by coś się działo. I pod tym kątem książka spełniła wymagania. Działo się. Do "Mody na sukces" było na szczęście daleko, choć Rupert, mógłby i tam grać głównego bohatera. Butny, paskudny, agresywny wobec zwierząt, wiecznie pełen pożądania, dążący do celu po trupach, a do tego przystojny i piekielnie zdolny. Jego żona, Helen, zakochana w nim do szaleństwa, ślepa na wszystkie zdrady i wytrzymała na wszelakie fanaberie, przykładna pani domu. Billy - przyjaciel aż po grób ze wzlotami i upadkami. I Jake - outsider mający jednak coś do powiedzenia i liczący się w świecie skoków, choć prześladowany przez pech. Trzymając się tego, że to książka obyczajowa, można być zadowolonym i nie ma na co narzekać. Dom mody oczywiście zastępujemy arenami i padokami dla koni. Ich kupnem, derkami, bryczesami i treningiem.

Na Lubimy czytać "Jeźdźcy" maja dość słabą opinię (4,57 z 4 ocen). Średnia bardzo średnia, bo opinie się równoważą. Powiedziałabym, że za ten romans to słabiutko, ale za obyczaj to już nie tak źle. Dało się przez to przebrnąć i w głównej mierze to dzięki autorce, bo choć może jej historia nie powaliła, to styl znacząco uprzyjemnił lekturę.

Wspomina się też, że adaptacja tej książki przyciągnęła przed telewizory miliony ludzi. Czy tylko ja mam wrażenie, że to tak jak z Patrickiem Melrosem? Książka miała być cudem, elementem kanonu, który mi się absolutnie nie podobał, a serial oglądało się przyjemnie?

3 gru 2018

Koniec z Harrym. Na ten rok.

Tak, plan na ten rok został zrealizowany. Wszystkie tomy o Harrym Hole zostały przeczytane, nie ważne jakim kosztem.



Ciągle utrzymuję, że to bardzo dobra seria. Ciekawa. Bohater interesujący. Fabuła nie zamyka się w danej części tylko się przeplata, łączy poszczególne tomy czy to bohaterami których lubimy (lub nie. Do Berntsena mam teraz na przykład bardzo mieszane uczucia i nie wiem czy chcę mu kibicować (bo może jakimś cudem się naprostuje) czy mam nadzieję, że w końcu padnie (bo jest kanalią)) czy wręcz odwrotnie. Zbrodniarze kończą odsiadkę i wracają do gry.

W tym wszystkim znajduje się Harry, samotny rewolwerowiec nie wahający się przed niczym. I co mnie trochę martwi - stosuje podobne metody co indywidua które ściga. Z tomu na tom mam nieodparte wrażenie, że to się pogłębia. Faktem jest, że i sprawy (jak się należy) też są coraz cięższego kalibru, ale wydaje się, że to popycha głównego bohatera w otchłań szaleństwa. Nie zawsze. Jakaś tam jednak nieznaczna psychoza chyba jest.

Teraz, jak i wielu innych czytelników, czekam do przyszłego roku, kiedy ukaże się "Nóż". Jestem ciekawa tej książki i tego co Nesbo zrobi, bo nie wydaje mi się, że można tu ciągnąć wątek wampiryzmu przez kolejny tom, na co jednak wskazuje epilog. Mam nadzieję, że Norweg po raz kolejny wymyśli coś dobrego i Harry, a w zasadzie poziom serii o nim nie ucierpi. W jednym z wywiadów powiedział, że historia jest już bliższa końca i gdyby tom dwunasty miał być ostatnim pewnie nie miałabym nic przeciw. Byle tylko Harry odszedł w dobrym stylu.

29 lis 2018

Gdzie książki a gdzie ekologia?

Przeczytałam 'Odwet oceanu' i cierpię teraz na srogiego książkowego kaca z którym nie mogę sobie ni jak poradzić. Nawet Harry tu nie pomaga, bo w końcu wzięłam się za czytanie 'Pragnienia' (wszak chcę przeczytać tą serię jeszcze w tym roku) i mnie nie cieszy. Minęło kolejne parę lat, Harry twierdzi, że jest szczęśliwy w małżeństwie, a ja mam ochotę go strzelić. Jak szczęśliwy? On? Szczęśliwy? Dajcie spokój...

Ten 'Odwet' mnie tak męczy, bo się naczytałam o ekologi, teraz mamy ten szczyt i w kółko gdzieś coś słyszę i mam dość. Zważania na wszystko, pilnowania się i patrzenia na to czy opakowania aby na pewno są do ponownego użytku.

Jak na mola przystało skończyłam znów na książkach i na tym jak to jest z wytwarzaniem takowych. Jak z papierem? Papier to przecież drewno, a drzew wycinać tak sobie nie można. Pamiętam, że kiedyś w jednej z książek wydawnictwa Media Rodzina widniała informacja, że żadne drzewo nie ucierpiało, że papier wytwarzano z wiatrołomów czy wycinek pielęgnacyjnych. Czy każde wydawnictwo się do tego stosuje?

I czy nie lepiej by było gdyby jednak włożyć więcej w rynek ebooków? Owszem, przyznam się, że choć czytam na czytniku, to z Targów w Krakowie przywiozłam książki w formie papierowej i bardzo mi się one podobają. Bo wyglądają. Bo się ładnie prezentują. Bo coś o mnie mówią osobie, która mnie odwiedza. Bo papier jak wiadomo ładnie pachnie. Bo książka pomimo, że jest treścią, jest też okładką. Czasem tandetną, a czasem naprawdę piękną. Bo to frajda dostać od wydawnictwa książkę, prawdziwą, namacalną książkę, a nie tylko jej elektroniczny odpowiednik. Kindle leży sobie w etui. Smukły, czarny przedmiot jak wiele innych w pokoju. Nijaki. Książki elektroniczne miały być rewolucją. Miały chyba też być tańsze. Z ciekawości spojrzałam na cenę wspominanego 'Pragnienia'. Na Virtualo wydanie elektroniczne kosztuje 31,92 zł. Cena z okładki wydania tradycyjnego - 39,90 zł.

Różnica jak dla mnie zbyt mała - wolę dołożyć kilka złotych i mieć papier. Czy zatem przyczyniam się do degradacji środowiska?

25 lis 2018

Odwet oceanu - F. Schätzing.

Cóż jeszcze mogło się stać?

Dużo.




Można było do i tak już ciekawej i bardzo 'naukowej' fabuły dorzucić jeszcze science-fiction. Można było drogi bohaterów połączyć. Zgromadzić znane nam do tej pory jednostki na największym okręcie desantowym świata. Można było w to wpleść wojsko i wszędobylski rząd Stanów Zjednoczonych. Można było kibicować naukowcom i współczuć im kiedy tajemnicze Yrr znów atakowało. Można było znienawidzić Vanderbilta za machloje i Li za jej ciasny umysł, ślepotę i rządzę krwi.

Można też tak zwyczajnie polubić tę historię i odetchnąć kiedy skończyło się ją czytać. Można trochę inaczej patrzeć na otaczający nas świat. Na ciągły postęp, który w końcu odbywa się zawsze czyimś kosztem.

Frank Schätzing roztoczył jak dla mnie dość ponurą wizję przyszłości. Owszem, pewnie jakieś nieznane stworzenia nie zaczną przejmować nagle kontroli nad największymi mieszkańcami mórz i oceanów, ale kto wie czy tak właśnie nie musiałoby się stać, by my ludzie, w końcu się opamiętali. Każdy z bohaterów, czy to badacz inteligencji wielorybów Anawak, czy Johanson, który jest biologiem poruszał tu istotne kwestie. Kondycja wód i zwierząt w nich żyjących, rozwój techniki, dbałość o środowisko, wykorzystywanie surowców naturalnych, poszukiwanie innych inteligentnych stworzeń, zwykłe sumienie. Czy zawsze to co inne od nas jest złe? Czy moglibyśmy znieść myśl, że to my jesteśmy gatunkiem niższym? Czy to, że jesteśmy największym szkodnikiem tej planety może zostać usprawiedliwione i puszczone płazem?

W książce się udało. Ludzkość poniosła duże straty, ale została oszczędzona. Wróg, czy być może ktoś od nas po prostu lepszy i stanowiący o losie ziemi został na jakiś czas udobruchany.

Czy możemy z tej historii wyciągnąć jakiś morał?

Naprawdę - polecam każdemu. Bo każdy znajdzie coś dla siebie. Multum informacji. Wiele na codzień przemilczanych faktów (dla wrażliwych - pomińcie rozmowę Anawaka i Greywolfa o 'pracy' delfinów w armii. Dla fabuły nic wielkiego nie stracicie, a oszczędzicie sobie smutku i przykrości). Autor doskonale opisuje i stopniuje napięcie. Opis tsunami i rozpadanie się USS Independence LDH8 sprawiły, że z żalem rozstawało się z książką. Zespół naukowców który chce badać, poznawać i możliwie bezpiecznie nawiązać kontakt jako jedna frakcja, a z drugiej strony przedstawiciele rządu i wojska, którzy wszędzie widzą wrogów i możność ugrania dla siebie tego co najlepsze czyli możliwości władania światem. Tajemnice, które prowadzą do nieuniknionego konfliktu i tragedii z której żywi wyjdą tylko nieliczni.

Morał jest jeden. Tik-tak, czas ucieka. Powinniśmy bardziej dbać o nasz dom.

Nunavut - ojczyzna Anawaka


Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Dolnośląskiemu.



- Wiesz, Leon, co jest problemem naszych czasów? Ludzie tracą swoje znaczenie. Każdego można zastąpić. Nie ma już ideałów, a bez ideałów nie ma nic, co czyniłoby nas większymi, niż jesteśmy. Każdy rozpaczliwie szuka dowodu, że świat z nim jest troszeczkę lepszy niż bez niego.

20 lis 2018

Gdy natura upomina się o swoje. Odwet oceanu - F. Schätzing.

Do książek w których wiem, że będą występowały zwierzęta podchodzę ze sporą rezerwą. Boję się czytać o przemocy wobec nich i zazwyczaj kiedy się tylko na to zanosi odkładam książkę i już do niej nie wracam.

Kiedy przeczytałam opis jaki wydawca umieścił na tylnej okładce miałam tylko nadzieję, że jakoś przetrwam. Thriller ekologiczny? Thriller to ja rozumiem. Ale ekologiczny? Te biedne zwierzaki...

Nie ma się jednak czego bać, bo tak naprawdę tu rządzą zwierzęta i natura. Przynajmniej do momentu do którego doczytałam. I to mi się podoba.

Na świecie zaczynają dziać się różne rzeczy. Niecodzienne rzeczy. Giną rybacy. Wieloryby i orki znikają, a kiedy się pojawiają zachowują się bardzo niepokojąco, bo atakują statki czego do tej pory naturalnie nie robiły. Najniebezpieczniejsze gatunki meduz też wykazują mobilizację i sprawiają, że plaże zostają zamknięte dla turystów, którzy nie chcą stać się ofiarami śmiercionośnych parzydełek. Ludzie chorują po zjedzeniu podejrzanych homarów. Nieznane dotąd robaki destabilizują podwodne złoża metanu, co doprowadzi do strasznej katastrofy.

Wszystko to może wydawać się absurdalne czy ciężkie do wyobrażenia, ale autor, Frank Schätzing, podaje to w bardzo fajnej i przystępnej formie. Książka powinna przypaść do gustu wszystkim fanom ekologii, biologii oraz fauny mórz i oceanów. Znajduje się w niej wiele ciekawych informacji i jak czytamy na końcu, są one jak najbardziej rzetelne. Pewnie na niektóre rzeczy należy przymknąć oko (wybuchające homary?), aby akcja na tym nie traciła, ale łatwo się z tym pogodzić, bo wspomniana akcja naprawdę wciąga.

Co też bardzo mi się podoba to to, że historia nie biegnie po łebkach. 4 miliony sprzedanych egzemplarzy i thriller? Eee, pewnie opisy scen będą okrojone, tak by wszystko tylko popychać do przodu... Ale przy 960 stronach? Kolejny plus. Akcja ładnie się zazębia i nie nudzi. Opisy są bardzo szczegółowe. Zobrazowanie tsunami sprawiło, że naprawdę trudno było się oderwać od czytania. Dzięki talentowi autora możemy sobie wyobrazić z łatwością wygląd tajemniczego robaka, bierzemy udział w sekcji wieloryba dziejącej się na plaży. Przy okazji dostarcza się nam bardzo dużo wiedzy, co jak już wspominałam jest niewątpliwym plusem.

W książce to natura gra główną rolę. Bohaterzy próbują zrozumieć wydarzenia, które rozgrywają się na ich oczach i dojść do jakiś wniosków. Próbują się ochronić (nie, na pewno nie walczą), ale zawsze są o ten krok za późno. Próbują też ugrać swoje, bo w grę wchodzą interesy koncernów naftowych i państw.

Któż z nich wygra? Jaki będzie koniec? Kto będzie górą, natura czy człowiek?

Jestem w połowie, więc nie wyobrażam sobie co jeszcze może się stać.