28 mar 2020

Pozytywny PR maseczek antywirusowych.

Praca trwa. Co prawda z pracy wyleciało wczoraj pięć osób ze względu na koronawirusowe oszczędności, ale reszta zespołu nadal ma co robić. Zaczyna to wyglądać poważnie.

W moim poprzednim zakładzie piastowałam stanowisko dziewiarza. Było też jakieś trzydzieści szwaczek. Czasy aktualnie trudne, nie do końca wiem co tam się teraz dzieje, no ale teoretycznie czapki potrzebne na głowę zawsze. Mniejsza. Na fb mignęła mi reklamka informująca, że tenże zakład zaczął produkcję i sprzedaż maseczek. Maseczki są z bawełny, z jakimś tam filtrem o "odpowiedniej gęstości" (cokolwiek to znaczy).

No i tak sobie patrzę na te maseczki, wzory idealne na wiosnę. Jakieś tam pastelowe groszki czy linie, jakieś różyczki. Ewentualnie dla chłopca można sobie dobrać do czapki czy komina. W tukana i liście.

Pod postami odnośnie tych maseczek wywiązała się dyskusja. Bo cena za to wątpliwe cudo mała nie jest - 17zł + 10 filtrów. Ludzie więc życzliwie radzą by szyć maseczki do szpitali. Tam by się bardziej przydały. Z zakładowego konta odpisano, że szpitale przyjmują maseczki ze specjalnego materiału, a ten teraz trudno dostać. Sytuacja staje się tym bardziej zabawna, że inny zakład materiał dostał i z racji tego, że szyją dla szpitala właśnie, wynegocjowali nawet dość przyzwoitą cenę. Poza tym większość szpitali chyba bierze wszystko, nie mogą wybrzydzać.

Nie wiem czy się śmiać czy płakać. No ogólnie z racji tego, że już tam nie pracuję, to się trochę śmieję. Zwolniłam się stamtąd (z dwa lata temu), bo okazało się, że nie ma pieniędzy na wypłaty. Rozumiem więc decyzję o chwytaniu się brzytwy i produkowaniu designerskich, choć w gruncie rzeczy bezużytecznych maseczek. Tym bardziej, że pewnie znów jakiś remont czeka i to niekoniecznie w zakładzie pracy. A może trzeba mieć na fryzjera, czy na nową kieckę. Wypłaty poczekają.


Gdzieś tam na samym szarusieńkim końcu doczytałam, że do szpitali też oddają. Za darmo.


Takiej informacji oczekiwałabym na samym początku, wielkimi literami. Co prawda większość osób i tak by to pominęła, bo wiadomo, że najfajniej jest się poczepiać i powytykać, ale taki szary koniec dla tak wydawać by się mogło istotnej informacji? No cóż. Inne firmy lubią dbać o pozytywny PR.

25 mar 2020

"Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta", C.North.

Będę się zachwycać, ostrzegam.

Każdy kto tutaj zagląda wie, że lubię historie, które mają kilka tomów. Czytam sobie takie mniej więcej na przestrzeni roku. Poprzednio były to książki Nesbo o Harrym Hole, teraz poczytuję felietony Jeremy'ego Clarksona.

Ale książka którą ostatnio przesłuchałam była jakby skondensowaną kapsułką. Mieściła w sobie piętnaście żyć głównego bohatera. I była świetna.


Harry August przychodzi na świat jako owoc gwałtu. Jego przybrany ojciec pracuje w majątku jego biologicznego ojca. Przeżywa swoje życie i umiera. Rodzi się znowu. Znowu jako bękart, znów przeżywa swoje życie. Rodzi się w znajomych sobie okolicznościach, pamięta poprzednie życie. Żyje i umiera. Zazwyczaj umiera na szpiczaka chyba że popełnia samobójstwo, chyba że ktoś strzela mu w tył głowy. Jest ouroboraninem i urodzi się znowu. I znowu umrze. W którymś życiu dowiaduje się o Bractwie Kronosa. O innych osobnikach jemu podobnych. O swoistych podróżach w czasie, o przekazywaniu wiadomości z przeszłości i z przyszłości. Bo świat nagle zaczyna się rozpadać, niszczeć, a Harry może temu położyć kres, bo wie co się dzieje.

Jeśli zaczniecie głębiej się zastanawiać nad istotą tej książki nie poczujecie się zbyt mądrzy. Przynajmniej ja się nie poczułam, bo jak można się rodzić i przeżywać wciąż to samo życie? I jak mogą to robić inni? Co tam z tym czasem? To linia, czy koło? Dlaczego w ogóle istnieje przeszłość i przyszłość? Radzę się nad tym nie zastanawiać i po prostu czytać.

A książka jest wyborna. Bo jeśli na początku wszystko może wydawać się trochę pogmatwane i jednocześnie nudne, to później już historia się klaruje i naprawdę wciąga. Śledzimy poszczególne epizody z życia Harry'ego, które składają się w jedną spójną całość. Poznajemy innych ouroboraninów, dowiadujemy się jakie skutki może mieć amnezja i zabójstwo przed urodzeniem. Dowiadujemy się też dlaczego nie warto grzebać w historii, nie można zmieniać jej biegu i przyspieszać rozwoju technologii.

"Piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" kwalifikowana jest jako fantastyka czy sci-fi. Zgodzę się z tym, ale jest to całkiem fajna powieść obyczajowa, momentami sensacyjna. Po części opowiada o szukaniu swojego miejsca na ziemi, bo to kim bohater jest pozwala mu na obranie kilkunastu różnych dróg i sprawdzenia ich. Walka z głównym antagonistą pokazuje jak wielką cierpliwość trzeba mieć i jak bardzo przebiegłym trzeba być, bo nie zamyka się ona w jednym żywocie.

Historia Harry'ego skłania do wielu przemyśleń. Bo iluż z nas po jakimś czasie myśli sobie, ach zrobiłbym/zrobiła to inaczej? Albo że obralibyśmy całkiem inne drogi, studiowalibyśmy co innego, lub związali się z kimś innym? Bohater ma takie możliwości, ale jest też trochę uprzywilejowany, bo z poprzednich żyć zna wyniki meczów, gonitw, wszystkiego na czym można zarobić i trochę się ustawić pod kątem pieniędzy. Będąc dzieckiem jednocześnie ma świadomość dorosłej osoby. Ma o wiele większą kontrolę. My życie mamy tylko jedno, kontrolę przez sporą jego część praktycznie żadną, a i tak umieramy z przeświadczeniem, że coś było nie tak. Przynajmniej ja mam takie wrażenie, choć raczej na końcu pewnie mało mnie będzie to obchodziło. Chyba, że umrę na raka płuc. Wtedy będę umierała strasznie wkurzona, bo nigdy nie paliłam. Mniejsza z tym.

Książkę polecam.

Wspomnę też skąd pomysł na to by poznać historię Augusta. Jakiś czas temu pisałam, że zaczynam słuchać podcastów, bo raz, że już nie słucham Trójki, a dwa, że ogólnie za często w radiu mówią o koronawirusie. Trafiłam więc na kanał Strefa Czytacza, gdzie było tylko kilka odcinków w temacie okołoksiążkowym. Później odwiedziłam kanał na You Tubie i tam poznałam trochę bliżej sympatyczną parę która opowiada o książkach właśnie. I robi to na różne sposoby, na przykład takie >klik, klik< :)

21 mar 2020

Jeśli chodzi o targi...

...to mało na samych targach byliśmy.


Wystawców było chyba mniej więcej tylu co zeszłego roku. O wiele mniejsza była strefa komiksów. Było kilka spotkań z autorami, była konferencja... Nowością było to, że kto chciał musiał przemieszczać się między Targami a Starym Browarem, bo tam też odbywała się część wydarzeń.

Mnie interesowało najbardziej spotkanie z B.A. Paris i z Jarosławem Grzędowiczem. I oczywiście książkowa wymiana.

Na spotkanie z Paris, które odbywało się w sobotę w Starym Browarze przyszło kilkadziesiąt osób. Autorka opowiadała o swoich starych książkach, ale promowała również tą nową pt. "Dylemat". Można ją było na targach i w Empiku kupić przedpremierowo. Spotkanie prowadziła Marta Guzowska.


Padały ciekawe pytania, autorka opowiadała również o sobie, o tym dlaczego B.A.Paris (bo nie jest to jej prawdziwe nazwisko), o rodzinie, pomysłach na książki i o książkach które chciałaby napisać. Była możliwość zadania własnych pytań z czego skorzystałam, bo zawsze byłam ciekawa czy pisarzy thrillerów nie przerażają za bardzo ich własne myśli. W tym sensie, że autor wymyśla sobie daną sytuację, zazwyczaj dość niecodzienną i przerażającą. Wymyśla sobie, myśli o niej i co? Nie boi się samego siebie? Paris powiedziała, że nie, nie przeraża jej to, ale kiedy opowiada o swoim pomyśle komuś, na przykład mężowi, to on bardzo często się dziwi jej wymysłom i zastanawia się skąd to jej się w głowie bierze.
Po spotkaniu była możliwość zdobycia autografu i zrobienia sobie zdjęcia z autorką. Skądinąd miłą, otwartą i sympatyczną kobietą. Dla zainteresowanych - jest w trakcie pisania kolejnej książki.


Kolejnym wydarzeniem do odhaczenia była książkowa wymiana. Też w Browarze, w niedzielę.


Wymiana miała się rozpocząć w południe, my byliśmy kilka minut po dziesiątej i zaraz po nas powoli zaczęli się schodzić ludzie. Książek było sporo, ludzi było jeszcze więcej. Ponieważ byliśmy na początku mieliśmy w czym wybierać. Książki po prawej stronie to te z wymiany. Po lewej te które kupiłam na Targach czy odebrałam (bo książki o serialu "Dr. House" są z drugiej ręki).


Na sam koniec odbywało się spotkanie z autorem na które najbardziej czekałam i cieszyłam się od momentu kiedy tylko zobaczyłam informację, że w ogóle takowe będzie. Jarosław Grzędowicz.


Nie ma to jak jego "Pan Lodowego Ogrodu". Spotkanie prowadził Michał Sołysik. Miało ono bardzo swobodny przebieg i było pełne smaczków, a to o wydawnictwach, o innych autorach czy też o tym jak sobie radzić z blokadą twórczą. Przyszło bardzo mało osób, myślę że około dwudziestu. Grzędowicz jednak nie wyglądał na zrażonego i opowiadał o swoich trzech kotach.




Tak, tak. Kicia Kocia też była :)


17 mar 2020

"Krew na śniegu", J. Nesbo.

Kto tęskni za Harrym Hole jak ja - ręka w górę!

Nie ma to jak stary, kochany Harry. Nie dotyka mnie ten przesyt, tych złych, pijanych, poturbowanych przez życie chłopców bo tak wyszło, że nie poznałam ich więcej i Harry jest jedyny.

Ale Harry nie jest jedynym bohaterem którego do życia powołał Nesbo. W niedzielę poznałam nijakiego Olava, który na życie zarabia zabijaniem ludzi. Jest płatnym mordercą czy też likwidatorem, jak kto woli.

Nasz bohater pracuje dla Hoffmanna, kolesia który zajmuje się prostytucją i heroiną. Od niego dostaje kolejne zlecenie. Za pięciokrotnie wyższą stawkę ma zabić jego żonę.


Jest to króciutka książeczka, bo przeczytałam ją w kilka godzin. I nie mogę powiedzieć bym odnalazła się w takiej formie. Zwyczajnie - po prostu lubię jakieś dłuższe historie. Tutaj akcja zamyka się w kilku konkretnych wydarzeniach, kilku zdradach i rozmyślaniach bohatera (w zasadzie jak zwykle, ale to jakieś takie krótkie było). Olav wspomina swoją rodzinę, ale także i Marię, dziewczynę, którą wyciągnął z tarapatów i z którą powinien najzwyczajniej w świecie być. Ponieważ musi być tragicznie płatny zabójca zakochuje się w swojej ofierze, a ta... No cóż, działa z myślą o sobie.

W ogóle ta książka jest pełna pomyłek, bo Olav przez pomyłkę czy raczej niedoinformowanie zabija syna swego pracodawcy przez co raczej nie zyskuje jego sympatii. Zawiązuje pakt, który zamiast mu pomóc odnosi odwrotny skutek. Jego historia kończy się tragicznie, przez to, że wybiera złą kobietę. (Panowie strzeżcie się.)

Bardzo przygnębiająca historia.

Chciałam napisać, że "Krew na śniegu" mi się nie podobała. Kiedy jednak myślę nad uzasadnieniem tego zdania muszę przyznać, że to nie przez to iż Nesbo miał tu jakieś braki i beznadziejnie to wszystko wymyślił. Nie podobała mi się, bo źle się skończyła dla Olava, a choć jego fach nie wzbudzał mojego entuzjazmu i to nie mogło się skończyć inaczej to jednak gdzieś tam w głębi serca miałam nadzieję na takie paskudnie tandetne, dobre zakończenie. A to wszystko skończyło się tak fatalnie.




Zadanie na marzec odhaczone. Książa ze słowem związanym z naturą w tytule.

14 mar 2020

Truteń książkowy i mapa marzeń.

Włączyłam rano radio (obecnie testuję Tok FM) i po pięciu minutach pomyślałam, że jeśli kolejne pięć będę słuchała o korona******* to chyba zwariuję. Rano rozwijali ten temat z perspektywy aptekarza. Wyłączyłam. Cisza jednak nie była zbyt interesującą opcją, książki słuchać mi się nie chciało i pomyślałam, że włączę i posłucham tych sławnych podcastów.

Wybór był dość spory. Padło na "Marzenia Flow Magia". Izabela Kula jest kołczem od spełniania marzeń i wierzenia we własne siły. Mówiła miłym dla ucha głosem i dość spójnie. Miałam wrażenie jakbym słuchała dość swobodnego programu radiowego, a o to chyba w tym wszystkim chodzi.

Ale gdzie tu coś o książkach? Otóż, w jednym z odcinków tego podcastu autorka opowiadała o tworzeniu mapy marzeń. Mapa taka ma wizualizować nasze mniej czy bardziej osobiste pragnienia i pomóc do nich dążyć. Nigdy w to nie wierzyłam i nie praktykowałam. Ona mówiła, że najpierw należy sobie przygotować duży kawałek papieru, najlepiej B1, kilkanaście kolorowych gazet, klej i nożyczki. Najpierw przeglądamy prasę, wycinany z niej interesujące nas obrazy i wyrazy czy litery by sobie z nich coś ułożyć. Gdy już mamy dość przeglądamy te które już mamy i przeprowadzamy ostatnią selekcję. Później wszystko co nam zostało grupujemy wg. stworzonych przez siebie kategorii i naklejamy na bristol. Tak powstałą mapę przyczepiamy w widocznym dla nas miejscu, ewentualnie robimy zdjęcie i umieszczamy na tapecie tak by móc ją widzieć dość często. Mapę najlepiej tworzyć na nowiu i za jednym zamachem. Resztę zrobi podświadomość.

Tia...

Ponieważ jednak do popołudnia nie miałam bardzo zajmujących zajęć zaczęłam rozmyślać o takiej mapie ukierunkowanej szczególnie na książkowego trutnia. Cóż mogłabym tam umieścić?

Kilka lat wstecz przeczytałam "Paryż" ze Szmaragdowej serii. Z Targów przywiozłam sobie "Londyn" i "Rosję". Kto kojarzy te serię wie, że to nie są książki małego kalibru. Ale chciałabym, chciała. Przykleiłabym więc ich okładki.

Nakleiłabym też jakąś ilustrację, która miałaby symbolizować dyskusyjny klub książki. Bo w zasadzie ja chciałabym o książkach z kimś pogadać. Z drugiej jednak strony kiedy mam przemówić do innych ludzi to strasznie mi drży głos, a ja zaczynam się trząść co mogłam odczuć pytając B.A. Paris "czy jej własne myśli czasem jej nie przerażają". Małż ma to nagrane. Stąd blog. Bo pisać łatwiej.

Regały czy półki z książkami. Kiedyś chciałam być bibliotekarką. W zasadzie nadal chcę, bo czemu nie. Życie po prostu skierowało mnie na inną ścieżkę zawodową. Opiekuję się więc moją małą biblioteczką, po ciuchu się ciesząc, że moje książki nie muszą przeżywać tego co niekiedy przeżywają książki biblioteczne.

Zdjęcie dzikich tłumów. Chciałabym pisać na tyle sensownie i być na tyle poczytną blogerką by móc wejść na targi książki z etykietką 'bloger'. Choć w gruncie rzeczy wiem, że to śmieszne, bo czasem ilość nie przekłada się na jakość (dlatego ostatnio nie przeglądam w ogóle insta). Po prostu chciałabym mieć świadomość, że osiągnęłam to co jest coś warte i to nie tylko dla mnie. Nie chciałabym być krytykiem literatury. Nie chciałabym też zarabiać milionów. No nie wiem, chciałabym mieć jakąś pozycję.

Zdjęcie z Sankt Petersburga. Bo chciałabym tam kiedyś dotrzeć i zobaczyć miasto znane mi z kartek "Jeźdźca Miedzianego". Rosja, sporo fotek z Rosji.

Duże litery, które układałyby się z słowo "BLOG". Bo chciałabym rozwijać to miejsce i starać się by było przyjazne dla czytelników. Tak, wiem, blogi to przeżytek. Ale dla mnie to najbardziej przyjazne medium, jakie mogłam sobie wymyślić. Może i nie jestem zbyt kreatywna, wystarczyłaby mi jednak świadomość, że czytelnik dobrze się czuje z moim słowem. Rozdawajki, wyzwania, jakieś łańcuszki? Nie, to nie dla mnie, bawię się sama. Tak, wiem, że to najprawdopodobniej moja największa wada.

Powklejałabym zdjęcia kilku pisarzy, np. Sapkowskiego, Nesbo, Rowling, Hannah, Weis, Simons itd. Miło by było spotykać kolejnych ludzi, którzy tworzą wspaniałe książki. Ostatnio byli to Paris i Grzędowicz.

Tak mniej więcej by ta mapa wyglądała.

Praktykowaliście kiedyś?

Ps. Pani kołcz powiedziała też, że dobrze jest dziękować i to dziękować za coś konkretnie.
Dziękuję Ci Małżu. Za to, że sprawdzasz rozkład pociągów i nie masz nic przeciwko inicjatywom okołoksiążkowym ;)