6 cze 2021

 Mam Wam do powiedzenia dziś tylko jedno: czytajcie "Rebekę".


 


Może i całość w ogólnym rozrachunku nie jest jakaś specjalna, intryga jest przeciętna, ale ta atmosfera i budowanie grozy sprawiają, że bardzo trudno się od książki oderwać. Będzie konkurowała o tegoroczną palmę pierwszeństwa z "Trzynastą opowieścią".

15 kwi 2021

Wycieranie kurzu... A nie. Życiowa udręka.

Kiedy twitter jara się ogromnie wywiadem z aktorami z nadchodzącego wielkimi krokami serialu na podstawie "Cienia i kości" ja sobie spoglądam na tą właśnie książkę, mniej więcej tak jak wy:

 

komu linieje pies?

Bo wiadomo - trzeba nadrobić skoro to wywołuje aż tak szalone emocje.

Nie mam jednak pojęcia kiedy to zrobię. Nie żebym nie miała czasu, ostatnio wszak pogoda nie sprzyja za bardzo jakimkolwiek aktywnościom w granicach własnego podwórka. Jest też pierdyliard innych książek, które mogłabym czytać, ale aktualnie mam ten okropny stan totalnego doła. I nie bardzo wiem jak sobie z nim radzić.

Postaram się to wyjaśnić, bo w zasadzie nikomu o tym jeszcze nie mówiłam, a mam wrażenie, że jeszcze trochę i zwariuję. Mówiąc krótko - im więcej wiem, tym głupsza się czuję. Tak, to też idiotyczne. Chodzi o to, że lubię słuchać podcastów czy to o książkach, czasem o filmach, o zjawiskach społecznych. Lubię audycje Klaudiusza Slezaka, który streszcza to co dzieje się w polityce, czasem lubię opowieści o ekonomii. Lubię wiedzieć kim z wykształcenia i jakie zajęcia mają osoby które dostarczają mi tych wszystkich wiadomości. Lubię kiedy w ich głosach słyszę entuzjazm. Internet i wszelakie aplikacje pozwalają też wejść w kontakt z kimś takim co jednak robię bardzo rzadko, bo cieszy mnie po prostu to, że oni gdzieś tam są i mnie cieszą.

Ale ja jestem głupia. Durna. W porównaniu do nich jestem nikim. Poczytam sobie książkę i mam z tego przyjemność, ale czy potrafię coś o niej powiedzieć, tak szerzej i głębiej? Profesjonalniej? Nie. Może i coś tam wiem o tej polityce, ale i tak wszyscy mnie zakrzyczą, bo wiedzą lepiej. Ekonomia i tak ogólnie jęczy i kwiczy, a ja mam w sobie zapewne zbyt dużo negatywnych emocji choć lubię to nazywać 'patrzeniem na świat realnie'. Wkurza mnie bardzo dużo rzeczy z czym niestety totalnie nie umiem sobie radzić. Mam wrażenie, że wszyscy mają o to co ja pretensje i choć w gruncie rzeczy podzielają moje zdanie, to jeśli przyjdzie co do czego to moja głowa zostanie ścięta i nikt nie będzie mnie żałował.

Poza tym po raz setny chyba oglądam "Zmierzch" w tv, bo Małża nie ma i jest mi z tym po prostu dobrze (z filmem, bo z tym, że Małża nie ma to akurat nie bardzo). Czego jednak trochę się wstydzę, bo przecież skoro uważam się za taką super powinnam wykonywać rzeczy Ważniejsze, tak, przez wielkie w.

I dobija mnie bezsens tego co dzieje się w mojej głowie.

Wiem, że powinnam być... Bardziej. Ale nie wiem jak mam to zrobić i nie wiem czy mi na tym zależy.

__________________________________
"Szóstka wron" w skrócie:

Kaz:
Wszyscy: OMG MINA KOMBINATORA
Kaz: Mam plan.
Wszyscy: Jaki???
Kaz: Kurwa sprytny.


Hihi.

29 mar 2021

Wycieranie kurzu.

Dokładnie. Tak zaczęłam dziś dzień. No, wiadomo, jakaś toaleta, jakieś śniadanie, a później właśnie wycieranie kurzu. Z książek i mebli. Z podłogi pod szafkami i tak dalej. Bo za tydzień święta, a wypadł mi dziś tak w zasadzie wolny dzień, więc spędziłam go pożytecznie. Trochę poprzestawiałam książki na półkach, trochę rzeczy które gdzieś tam zalegały powyrzucałam.

Lubię mówić, że przychodzę wycierać kurze kiedy odwiedzam miejsca w których mnie dawno nie było. I tak jest z tym blogiem.

Czasem coś chciałam napisać i jednocześnie nie chciałam, bo wiedziałam, że nie mogę zapewnić kontynuacji. Teraz w zasadzie też nie, niczego nie mogę zapewnić, ale chciałam się odezwać, bo dzisiejszy dzień nasunął mi kilka myśli. Bardzo luźnych i w gruncie rzeczy pewnie mało istotnych.

Kiedyś bardzo lubiłam czytać fantastykę, a teraz choć kilka książek z tego gatunku zalega u mnie na półce i na czytniku nie chce mi się ich nawet tknąć palcem. Oglądaliśmy sobie ostatnio trzecią część "Władcy Pierścieni" i powiedziałam do Małża, że chciałabym jakieś takie dobre, fajne fantasy z magami i mieczami i tym wszystkim co dla mnie najlepsze. Mam i "Zakon Drzewa Pomarańczy" i "Maga bitewnego"... Ale nie. Mam też wrażenie, że już kiedyś o tym pisałam, wybaczcie jeśli się powtarzam.

Bardzo mnie wkurzyło wydawnictwo "Świat Książki". Bo wiecie, wydają tą swoją ekskluzywną edycję limitowaną. Nie powiem, książki są fajne, są to klasyczne tytuły (pomijając te książki Kristin Hannah - nie wiem dlaczego one też są w tej serii), bardzo ładnie wydane i swoje kosztują. Nacięłam się z "Dumą i uprzedzeniem" i jej kupnem. Wydałam na nią jakieś dzikie pieniądze na olx by mieć wszystkie dostępne wtedy tomy, a wydawnictwo jakiś czas później ogłosiło sobie, że oto dla dobra ogółu i ludzkości daje dodruk. Zatem chciałabym wiedzieć co to znaczy 'edycja limitowana'. I do ilu egzemplarzy jest ten limit. Bo raczej nie sprzedam tych książek, ale w gruncie rzeczy chciałabym by miały jednak jakąś wartość choćby właśnie przez to, że nie będzie zbyt wielu egzemplarzy na rynku.

Ostatnio jakoś ta żyłka zbieracza się we mnie odezwała trochę silniej i nabyłam dwutomowe wydanie "Muminków zebranych". Uzupełniam też serię butikową od Albatrosa. Przez "Kirke" przebrnęłam w wersji kieszonkowej (nigdy więcej!) więc przynajmniej cieszy oko w twardej okładce z obwolutą, książki Diane Setterfield przesłuchałam w audio (obie bardzo wciągające, ale "Trzynasta opowieść" podobała mi się bardziej), "Rebeki" jeszcze nie czytałam, a "Syrena i Pani Hancock" dotrze do mnie pod koniec tygodnia.

W międzyczasie przeczytałam czy przesłuchałam też:

- "Running. Autobiografia mistrza snookera",
- "Słodka przynęta" (i to wcale nie jest erotyk czy romans),
- "Dotyk Crossa",
- "Lista, która zmieniła moje życie",
- "Siostra słońca" (w końcu skończyłam tą serię i teraz czekam na ostatni tom),
- "Zamiana" (o niej to można by dłużej, bo to dość fajna powieść była, to ta z serii Mała czarna),
- "Droga Pani Bird",
- "Co powiesz na spotkanie?",
- "Impreza u Ralpha",
- "Świat według Clarksona cz.4",
- "Boże Narodzenie w Lost River",
- "Grzech" (ten Czornyj nic ciekawego nie pisze).

Same lajtowe tytuły.

Mam jednak nadzieję na małe zmiany, bo po tym co teraz czytam ("Uwikłani. Pokusa") czeka na mnie nowy Glukhovsky. I o jeżu, chciałabym przesłuchać ponownie tą "Trzynastą opowieść" i przeczytać tą ostatnią trylogię Paulliny Simons (tak, wyszła już cała i to dawno, a ja przeczytałam tylko pierwszy tom - wstyd!) i przeczytać książki Kristin Hannah i te miłe Muminki i dowiedzieć się z ostatniego numeru "Książek..." którym Muminkiem jestem i chciałabym przeczytać jakąś książkę Rutherfurd'a. Chciałabym poznać książki Ali Smith, ale lewitująca głowa z "Zimy" trochę mnie niepokoi. Chciałabym tak dużo, tak bardzo, bardzo dużo i w zasadzie mogłabym to robić gdybym o tym nie pisała. Ale musiałam. Sobie tutaj pogadać. Mu. Sia. Łam.

I teraz jest okej.

Idę przygotować śniadanie do pracy i poszukać kolejnego audiobooka na Empik Go, bo to, że postanowiłam wykupić pełen abonament na audiobooki był jedną z lepszych decyzji jakie podjęłam w ostatnim czasie. 




2 gru 2020

"Unorthodox", D. Feldman.

Jeśli ktoś mi mówi o jakimś popularnym serialu z Netflixa to ja zazwyczaj przytakuję i chrząkam, bo nie jestem fanem śledzenia kolejnych odcinków najnowszych produkcji. To, że na okładce książki jest etykietka "Netflix serial oryginalny" nie robi na mnie wrażenia. Omawianą niżej pozycję jednak polecała mi siostra, a jej nasza kuzynka, więc w zasadzie nie zastanawiałam się zbytnio. Może i zazwyczaj nie zgadzam się z gustem literackim mojej siostry, ale historia o ortodoksyjnej Żydówce, która opuszcza swoją rodzinę mnie zainteresowała.

Naszą bohaterką jest Deborah. Poznajemy ją jako kilkulatkę, która ma nieciekawą historię rodzinną. Jej matka opuściła chasydzką społeczność, więc dziewczynka jest jakby wyklęta. Jej ojciec również nie jest do końca normalny. Ma problemy głównie z sobą i dlatego dziewczynką opiekują się dziadkowie.

Jej dzieciństwo jako takie nie wydaje się być znacząco inne niż dzieciństwa innych dzieci, wyznających inne religie. Ciekawie zaczyna się robić wraz z upływem lat, kiedy bohaterka staje się coraz starsza. Musi chować książki, które ukradkiem poczytuje, kiedy nikt nie widzi. Nie może mówić po angielsku, mimo, że mieszka nigdzie indziej jak w Nowym Yorku. Musi powstrzymywać się w szkole przed wygłoszeniem jakiegoś złego komentarza, musi pamiętać by ubrać się odpowiednio, jak dobra, pobożna dziewczyna.
Okazuje się, że bycie kobietą w tak hermetycznym środowisku jest niezmiernie trudne. Brak informacji odnośnie tego kim się jest i kim trzeba się stawać wydaje się wręcz niemożliwy do wyobrażenia. Poczytywałam fragmenty na głos Małżowi i oboje zastanawialiśmy się wtedy jak to w ogóle możliwe. Wchodzenie w małżeństwo, sposób w jaki się to robi sprawia, że to wydaje się nie do przyjęcia, nie w takiej formie, nie z takim podziałem obowiązków. Absolutny brak informacji o tym co kobieta i mężczyzna powinni z sobą robić, a jednocześnie stawianie im wymagań i analizowanie życia intymnego nowożeńców razem z rodziną, znajomymi i rabinem na czele wydaje się być czymś odstręczającym i nienormalnym.

Debatowaliśmy nad tym długo i bardzo trudno było nam sobie wyobrazić takie życie. Całkowicie poświęcone Bogu i rodzinie, studiowaniu pisma i wychowywaniu sobie służących jakimi w tym środowisku są kobiety. Podporządkowanie mężczyznom i domu. Rezygnacja z wykształcenia. Podobnie jak i Deborah dziwiliśmy się, że całe życie toczy się we względnym ubóstwie, a kiedy przychodzi do organizacji wesela nagle pieniądze nie mają znaczenia i po prostu są. Chodzenie do mykwy i odliczanie czystych szmatek - koszmar.

To dobra książka jeśli chcecie takiej lektury podczas której będziecie bardzo szeroko otwierać oczy z niedowierzania. To ciekawa książka jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć o życiu w wewnętrznym świecie chasydów. To książka, którą w zasadzie powinien przeczytać każdy by przestał narzekać i zaczął doceniać to jak może żyć i ile wolności posiada.


 

Tak swoją drogą to wydaje mi się, że Stephenie Meyer jest taką ortodoksyjną zmierzchówką. Czekałam na tą książkę, na "Słońce w mroku", ale nie mogę powiedzieć, że mnie ucieszyła. Ale jeszcze trochę do końca.


24 lis 2020

"Siedem grzechów głównych", C. Taylor.

Nim rok się skończy chciałam, jak wcześniej wspominałam, pozbyć się z sekcji 'teraz czytam' książek, których już raczej na sto procent nie przeczytam.

Są na szczęście tylko dwie, co mnie niezmiernie raduje.

Pierwszą z nich jest "Siedem grzechów głównych" Coreya Taylora. Jest to najprawdopodobniej jedyna książka piosenkarza, która została wydana u nas (jeśli nic się nie zmieniło), bo on sam napisał jeszcze dwie. Ta książka i to, że nie przeczytałam jej do końca dręczy mnie już od dłuższego czasu, ale nasiliło się to kiedy Taylor wydał w końcu swoją solową płytę. Znamy jego występy ze Slipknotem, znamy ze Stone Sour, możemy więc dowiedzieć się co siedzi w nim samym. 


Ta książka mnie jednak rozczarowała. Powiedzmy sobie, że nie miałam bliżej określonych wymagań i nie spodziewałam się niczego konkretnego, ale nie tego. Taylor przytaczając różne historie ze swojego życia stwarzał rozdziały traktujące o kolejnych grzechach głównych i mam wrażenie, że w każdym z nich autor starał się przekonać mnie, że tak naprawdę ten grzech nie jest taki zły. Bo wszystko można usprawiedliwić. Być może i nie jestem gorliwą katoliczką, ale uważam, że dekalog akurat jest bardzo w porządku. To są proste i jasne zakazy, proste i jasne nakazy. Można się na nie obrażać, ale zgadza się to z moją ulubioną zasadą czyli "nie czyń drugiemu co tobie nie miłe". Proste. Grzechy główne też podciągam pod tą kategorię. Pomagają. Nie myślę o nich w każdej chwili życia, ale warto pamiętać.

A po każdym rozdziale miałam wrażenie, że Corey do mnie mówi, że 'eee, no może i faktycznie, ale wiesz, przymkniesz oko i jakoś przeżyjesz'.

Drażniło mnie to.

Znam teksty jego piosenek i wiedziałam, że nie są to radosne i pozytywne treści dla dzieci. Nigdy jednak nie zastanawiałam się jakoś głębiej co on takiego ma w głowie, że takie rzeczy tworzy. I po dobrnięciu do połowy tej książki stwierdzam, że jednak bliżej nie chciałabym go poznać. Nie sądzę, że bym się z nim dogadała. Historie, które przytaczał sprawiały, że mi jeżyły się włosy na głowie. Gnidy, narkotyki i alkohol lejący się litrami. Nie, nie, nie.

No, ale eksperyment był fajny. Pomijając już poruszane tematy to bardzo bym chciała, żeby Corey został podcasterem, bo bardzo dobrze się to czytało. Jakby siedział obok i opowiadał to co mu ślina na język przyniesie. Napisał książkę, bo miał coś do przekazania, a nie po to by tworzyć nową klasykę literatury. Sam na końcu wspomina, że opinie po lekturze całości były skrajnie różne i jego rodzina nie przyjęła tego tekstu zbyt dobrze, a przyjaciele się śmiali. On jednak spełnił swoje marzenie i czuł się z tym dobrze. A chyba o to chodzi.

Z tej książki jednak zostanie ze mną na bardzo długo jeden cytat:
 

    Noce, których nie pamiętacie zawsze rodzą historie, których nie zapomnicie.

________________________________________

A wiecie co jest zupełnie totalnie najgorsze? Że jutro jest premiera "Słońca w mroku" i mam zamówioną tą książkę i nic nie wskazuje na to by Empik ją jutro dostarczył. Bo paczka jest zaledwie 'skompletowana'. I nic mnie nie interesuje, że termin dostawy to 25 - 26.11.2020. Jutro jest premieraaaa... Co najgorsze Małż jutro będzie w Poznaniu, bo mama musi odebrać leki, a ja nie mogę anulować zamówienia, bo w paczce przyjdą też inne książki, kupione w promocji 3 za 2. Tak, wiem, że to chyba nie będzie hit, ale chciałabym po prostu przeczytać tą książkę i poznać tą historię z perspektywy Edwarda.

Na pocieszenie przywiezie mi jednak nowe felietony Jeremy'ego Clarksona.